in Fraszki
20. 11. 20
posted by: Andrzej Curyło

Tego taka kwintesencja,

kiedy kłamie eminencja,

rośnie sprzeciwu potencjał.

20. 10. 31
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Bursztyn (a sprawa strzyżowska).

 Polskie złoto. Najchętniej przywożony i kupowany nad morzem, noszony jako biżuteria we wszelkich postaciach, bądź zalewany spirytusem i pity, czy wcierany jako panaceum na wszystkie boleści. Już starożytni Grecy czy Rzymianie, Arabowie i Egipcjanie napawali się cudownymi właściwościami bursztynu i zatracali w wonności dymu wydobywanego podczas jego spalania. Na początku XVIII wieku, epidemia dżumy dotknęła tak Polskę, jak Prusy, ale mężczyzn pracujących w Królewcu przy wydobyciu i obróbce jantaru, nie dotknęła. Przypadek, czy jednak jest coś w tej wierze w zdrowotne działanie bursztynu? Nie jest moim celem opis działania nalewki, czy podanie nań przepisu. W obecnej dobie każdy ma dostęp, czy to do gotowej mikstury, czy do przepisu, by ją sporządzić. W zasadzie, chcę zwrócić Twoją, Czytelniku, uwagę, że coraz bardziej zachwyca nas natura i naturalność, bycie eko i postępowanie zgodnie z zasadami bio. Trochę tak jakbyśmy bali się, że dla nas tej natury nie wystarczy, dlatego chcemy napawać się nią na zapas. Przykłady? A proszę uprzejmie! Będąc w Sandomierzu kupujemy drobiazg z krzemieniem pasiastym, bo stamtąd i bo nasz, polski. No i naturalnie cydr, bo Sandomierszczyzna z jabłek szeroko jest znana. Gdy pojedziemy w Tatry, z pewnością wrócimy z oscypkiem, albo kierpcami, bo kupno góralskiej ciupagi- to już ryzyko, że zrobiły ją małe, chińskie rączki. Biłgoraj, niby lubelski, ale mocno ciążący ku Podkarpaciu, zaskoczy nas pierogami z kaszą i serem oraz pierogiem biłgorajskim, który pierogiem nie jest, lecz czymś co przypomina pieczeń lub pasztet, ale z kaszy gryczanej. Z Krakowa przywozimy szmacianego lajkonika, z Krosna szklaną błahostkę, z Wieliczki św. Kingę na krysztale soli, z Gór Świętokrzyskich babę Jagę na miotle, a z Rudnika nad Sanem wiklinowy drobiazg. A my? Co my mamy takiego, co wyróżni nas spośród innych? Co sprawi, że zechcą do nas przyjeżdżać i wydawać „miliony monet” (dziękuję za określenie pani Dorro). Coraz śmielej poszukujemy lokalnych smaków, miejscowych delicji. Mamy swoich okresowych dostarczycieli wiosennej, brzozowej wody życia. Mamy swoich pszczelarzy, czy bartników, którzy każdy miód są w stanie dla nas wyczarować: faceliowy, pokrzywowy, nawłociowy, malinowy, a jak trzeba, to i koniczynowy. Mamy tu żyjących zielarzy i twórców zdrowotnych nalewek, swoich serowarów i kompozytorów specjalnych kosmetyków i mydeł. Mamy grzybiarzy, którzy wejdą do lasu, powęszą na jego skraju i już wiedzą czy będą tu grzyby, czy szkoda zelówek. Mamy majowe strumienie salamander, ale po co się chwalić, jeszcze przyjadą się gapić? Mamy miłośników wina i jego producentów w klimatycznych winnicach, a enoturystów nie zapraszamy jakoś szczególnie. Mamy najlepsze w Polsce śliwki w czekoladzie, ale choćby we Wrocławiu ich nie kupisz, bo… nie są tam wysyłane. Mamy uznanych fotografików, a nawet wirtualnej ich galerii nie mamy. Zresztą, poza Galerią Miejską, do której: ręka w górę, kto był lub choćby „bywnął” z raz; rzadko kto się zapuszcza w celach zwiedzenia jej. W naszych okolicach ulokowały się świetne (co do poziomu) obiekty agroturystyczne, ale nie jest to szczególnie dopieszczany produkt eksportowy ziemi strzyżowskiej. Ręce naszych cukierniczek, „tortowniczek”, „mufinkarek” robią „cuda świata” i „niebo w gębie”, ale kto wie, ten wie, a pozostali niech obejdą się smakiem. I wciąż z tego bogactwa ludzkiej wyobraźni i pracowitości, nie robimy naszej lokalnej specjalizacji.

Otrzymaliśmy od losu, opatrzności, sama nie wiem od kogo/ czego, niezwykły dar. Tym darem jest umieszczenie na mapach Googla, wykorzystywanych przez tysiące kierowców, przejazdu przez strzyżowską obwodnicę, dla kierujących się z autostrady w Bieszczady. Jeśli nawet do jednego procenta podróżujących dotrze, że warto do nas przyjechać i celowo się tu zatrzymać, będzie to jak wygrany na loterii los. Los czasem znaczy karty, sprytny wie ,jak z tych podpowiedzi korzystać. Czy my umiemy być sprytni?

 

 

 

in Fraszki
20. 10. 10
posted by: Andrzej Curyło

Ogłoszenie

Udostępnię waginę,

dwieście za godzinę.

Uczep się

Uczep się swego ogona,

jestem śpiąca, rzekła żona.

Przedsiębiorca

Wielki przedsiębiorca,

od robienia stolca.

Twardy

Twardy był tylko w barze.

Wymiękł przy pisuarze.

 

 

in Fraszki
20. 10. 01
posted by: Andrzej Curyło

Żona, córka, matka, ciotka,

rozpustnica czy kokotka,

ważne jeśli kogoś spotka,

by rzekł jej bez kokieterii:

- Ładnie ci w tej biżuterii.

in Fraszki
20. 10. 01
posted by: Andrzej Curyło

Jeżeli obrosłeś w pióra,

to znoś jaja tak jak kura.

Jeśli marny będzie efekt,

znaczy to, że gdzieś był defekt.

in Fraszki
20. 09. 25
posted by: Andrzej Curyło

Czasem po nocach mi się śni

ta jedna, wymarzona.

Otwieram oczy, marszczę brwi,

patrzę: to znowu żona!

in Fraszki
20. 09. 18
posted by: Andrzej Curyło

Kiedy dużo jest w obwodzie,

nie mieścisz się w samochodzie,

kiedy urosło podbrodzie,

trzeba żyć tylko o wodzie.

in Fraszki
20. 09. 14
posted by: Andrzej Curyło

W dobie koronawirusa

to najbardziej mi doskwiera, że

wskutek noszenia maski

uszy jak u "netopera".

20. 08. 23
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Od zawsze lubiłam kamienie, skały, piasek, jaskinie, wąwozy i pustynie. Zawsze też pociągało mnie w nich oprócz barw, kształtów, pochodzenia to, że są takie stare, a wciąż wyglądają na takie same, takie niestarzejące się i mimo wieku, „bezwieczne”. W zasadzie kamieni nie rozróżniam, pomijając podstawowe „pierścionkowe” oraz piaskowiec czy marmur. Przed laty zaczęłam kamieniami „obrastać”, zatem wokół domu mamy ścieżki i murki z piaskowca, a i z każdej wycieczki, wyjazdu czy wyprawy, przyjeżdżał ze mną jakiś mniejszy czy większy kamyk. Moi znajomi wiedząc o mojej kamiennej namiętności, także obdarowywali mnie przywiezionymi zewsząd kamiennymi drobiazgami.

 W dzieciństwie sporo nam, dzieciom, czytano, co nie dziwi w kontekście bycia dzieckiem księgarza (chyba nie ma odmiany dla kobiety tej profesji). Bardzo lubiłam słuchać baśni, a szczególnie takich z powiewem Wschodu. Nic dziwnego zatem, że żywo przemówił do mnie ten fragment baśni o Alibabie, który opisywał przebogaty Sezam. Wiele lat później, będąc na wycieczce w Istambule, z zachwytem zwiedzałam pałac Topkapi, czyli rezydencję sułtanów osmańskich. W nim największe wrażenie zrobił na mnie skarbiec, kapiący od złota, drogich kamieni, a wśród nich wspaniałe brylanty, słynny, olbrzymi szmaragd wyglądający jak lampion czy wisior oraz złoty sztylet inkrustowany brylantami z rękojeścią zdobioną przecudnej barwy szmaragdami.  Oczywiście nie takie minerały przywoziłam z moich bliższych i dalszych wyjazdów. Jednakże zawsze miałam wrażenie, że z tym kamykiem, czy woreczkiem piasku z tamtego miejsca, przyjeżdża do mnie jego dobra energia i ciepłe, serdeczne wspomnienia. Podobały mi się wówczas kamyki zwykłe- szare, zielone, rude, białe, w kształcie określonym i nie, czarne, udające samorodki złota, przeźroczyste. no wszelakie. Aż pewnego dnia spotkałam się z labradorytem. I to była miłość od jednego z pierwszych wejrzeń. Z pozoru kamień szarawy, może ciut w zieleni, jakiś czasem przebłysk błękitu, czasem wspomnienie lśnienia złota. Stało się to podczas przypadkowego wejścia do znajomego jubilera skupującego złom metali szlachetnych. Coś miałam kupić na prezent. I nagle propozycja: - Mam coś dla pani. Za grosze, dziś skupiłam. I na ladzie wylądowała srebrna bransoletka z okrągłym i wypukłym oczkiem, szarawym i bez blasku. Tak do końca przekonana nie byłam. -Czemu dla mnie? – spytałam. - Bo to niezwykły kamień, ale trzeba go nosić, on musi czuć ciepło człowieka i jego sympatię. Wówczas pierwszy raz usłyszałam nazwę: labradoryt. Faktycznie bransoletka kosztowała mnie jakieś marne parę złotych. Po powrocie do domu zaglądnęłam do internetu i na stronie Jubiler.pl przeczytałam m.in. „Pomaga podążać za głosem intuicji (wyostrza ją) i określić właściwy czas do wcielenia danych idei w życie. Pozwala pozbyć się uczucia strachu i niepewności wzmacniając wiarę w siebie i ufność do Wszechświata. Pomoże odkryć Twoje przeznaczenie i właściwą drogę a także nakieruje, jak nimi podążać mądrze używając swoich wrodzonych zdolności. Rozwija silną wolę i poczucie własnej wartości, również  pomaga łączyć intelektualną stronę umysłu z mądrością intuicyjną. Pobudza kreatywność inspirując Cię do wcielania oryginalnych, nowatorskich idei i rozwiązań problemów. Przynosi cierpliwość, która prowadzi do lepszego skupienia myśli i koncentracji.” A do tego jest kamieniem zwanym „Świątynią Gwiazd”, bo rozprasza negatywną energię, dając inspirację i entuzjazm tu i teraz. Według legendy Eskimosów, w skałach labradorytu odpoczywała Zorza Polarna. Próbował ją zdobyć pewien dzielny młodzieniec, włócznią rozłupując skały. Nie udało mu się w pełni. Jej niezwykłe światło pozostało tam na zawsze.

 Od tej pory na mojej drodze często stawała biżuteria z tym niezwykłym, półszlachetnym kamieniem. Lubię patrzeć w te inkluzje tańczące w oczkach moich pierścionków, bransoletek, przywieszek czy broszek. A ostatnio odkryłam powód, dla którego tak zachwycają mnie labradoryty. Okazało się, że wszystkie ich niezwykłe kolory, plamy, blaski, złocenia i zieloności, a także obramowania z szarości i granatu i dalekie pozdrowienia błękitu, są dokładnie takie,jak oczy naszej córki Ani. Bo jej oczy są labradorytowe.

 

in Ludzie
20. 08. 15
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 W dawno minionych czasach, ludzie z „lepszych sfer”, przy służbie czy osobach o niższej pozycji społecznej, przechodzili na francuski, manifestując w ten sposób swoją „lepszość”. O ile pamiętam z historii, zjawisko wybierania komunikacji w „lepszym” języku funkcjonowało w znacznie bardziej zamierzchłej przeszłości. Wystarczy osobom zainteresowanym tą tematyką prześledzić casus łaciny czy greki. Teraz, od lat, tę funkcję pełni język angielski. Jest narzędziem, którym z lepszym czy gorszym skutkiem posługuje się większość, intensywnie przemieszczających się po świecie, ludzi. Tzn. obecnie to przemieszczanie zostało znacznie ograniczone covidem, ale jak już do podróży za granicę dochodzi, to angielski stanowi najskuteczniejszą drogę do porozumiewania się. Miało tę funkcję pełnić. wymyślone dla potrzeb powszechnego dogadywania się ludzi. esperanto, a wygrał żywy język. Pisałam już jakiś czas temu, w eseju „Galopem przez polszczyznę” http://www.loqueris.pl/index.php/9-strzyzow/224-galopem-przez-polszczyzne, o meandrach komunikacji. Dziś poniekąd do tematu wracam, ale w kontekście nie obcojęzycznych wtrętów, lecz maniery prowadzenia rozmowy pisanej w języku angielskim. Na najpopularniejszych komunikatorach zjawisko bardzo powszechne. Rozumiem, gdy ktoś jest polską „gwiazdą” (Boże, jak to słowo się zdewaluowało…) czegoś, ma fanów na całym świecie i chce być dobrze zrozumianym, to oczywiste, że w języku polskim się nie porozumie. Ale, gdy koleżanka do koleżanki omawiając zachwyty nad urlopem, dzieckiem, widoczkiem- pisze o tym po angielsku? Dla mnie żałosne i śmieszne!! Ktoś powie: Nie pojmujesz znaku czasów!!Nie interesuje cię, nie czytaj! No, zaraz. Przecież, jeśli byłaby to korespondencja w trybie wiadomości bezpośredniej, nie miałabym szans jej przeczytać. A skoro jest publiczna, to widocznie do czytania przez każdego  przeznaczona. Zatem mogę odnieść się do tej tendencji publicznie.

 Znam wielu anglistów, zatem ludzi, dla których ten język jest, może nie  tak bliski jak polski, ale z pewnością bardzo bliski i doskonale znany. Wiem też, że traktują go jak narzędzie, szanując, ale z całą pewnością nie stawiając wyżej niż język ojczysty. I nie pamiętam fejsbukowego spostrzeżenia, żeby rzeczeni angliści, w rozmowach między swoimi znajomymi, Polakami, w komentarzach zdjęć, wypowiedziach o wydarzeniach dla wszystkich, posługiwali się angielskim. Czepiam się? Nie pierwszy raz i zapewniam nie ostatni.

 Dziś rano wpadłam na nieco groteskowy koncept rozważania roli smartfonów w walce z nikotynizmem ;-) Przedtem samotnie czekając na kogoś, by nie być takim samotnym, wiele osób wybierało papierosa. Teraz tę rolę spełnia z naddatkiem smartfon. Naturalnie on też uzależnia, kto wie czy nie bardziej? A ileż zła niesie z sobą nieumiejętne i bez umiaru życie w wirtualu.! Nikt nie jest w internecie niewidzialny, a wielu robi wszystko, by być widzialnym za wszelką cenę. Ludzie kłócą się w przestrzeni publicznej, hejtują, oświadczają, chwalą… Wszystko na sprzedaż. Trawestując jedno z powiedzeń: królestwo za lajka! A dwa, za udostępnianie. Sama też nie jestem bez grzechu, często udostępniam różne informacje, ale mam wrażenie, że niosą one jakieś przesłanie, wartość czy cenną informację. I nadzieję mam, że nie przyczyniam się do zaśmiecania przestrzeni czyjejś prywatności. Wpatrujemy się w nasze elektroniczne pudełka, wsłuchujemy w odgłosy z kosmosu, wypowiadamy życzenia do spadających gwiazd, a nie słyszymy jak bije prawdziwe życie. Nie wierzymy w to co wydaje nam się niemożliwe. Ale to opowieść na całkiem inny esej. Bo najpierw muszę sobie w sercu i głowie poukładać to, co wydaje się nieprawdopodobne i uwierzyć w to co się zdarzyło prawie na moich oczach i prawie przy mnie, a ja nie chciałam zauważyć i usłyszeć.