20. 10. 31
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Bursztyn (a sprawa strzyżowska).

 Polskie złoto. Najchętniej przywożony i kupowany nad morzem, noszony jako biżuteria we wszelkich postaciach, bądź zalewany spirytusem i pity, czy wcierany jako panaceum na wszystkie boleści. Już starożytni Grecy czy Rzymianie, Arabowie i Egipcjanie napawali się cudownymi właściwościami bursztynu i zatracali w wonności dymu wydobywanego podczas jego spalania. Na początku XVIII wieku, epidemia dżumy dotknęła tak Polskę, jak Prusy, ale mężczyzn pracujących w Królewcu przy wydobyciu i obróbce jantaru, nie dotknęła. Przypadek, czy jednak jest coś w tej wierze w zdrowotne działanie bursztynu? Nie jest moim celem opis działania nalewki, czy podanie nań przepisu. W obecnej dobie każdy ma dostęp, czy to do gotowej mikstury, czy do przepisu, by ją sporządzić. W zasadzie, chcę zwrócić Twoją, Czytelniku, uwagę, że coraz bardziej zachwyca nas natura i naturalność, bycie eko i postępowanie zgodnie z zasadami bio. Trochę tak jakbyśmy bali się, że dla nas tej natury nie wystarczy, dlatego chcemy napawać się nią na zapas. Przykłady? A proszę uprzejmie! Będąc w Sandomierzu kupujemy drobiazg z krzemieniem pasiastym, bo stamtąd i bo nasz, polski. No i naturalnie cydr, bo Sandomierszczyzna z jabłek szeroko jest znana. Gdy pojedziemy w Tatry, z pewnością wrócimy z oscypkiem, albo kierpcami, bo kupno góralskiej ciupagi- to już ryzyko, że zrobiły ją małe, chińskie rączki. Biłgoraj, niby lubelski, ale mocno ciążący ku Podkarpaciu, zaskoczy nas pierogami z kaszą i serem oraz pierogiem biłgorajskim, który pierogiem nie jest, lecz czymś co przypomina pieczeń lub pasztet, ale z kaszy gryczanej. Z Krakowa przywozimy szmacianego lajkonika, z Krosna szklaną błahostkę, z Wieliczki św. Kingę na krysztale soli, z Gór Świętokrzyskich babę Jagę na miotle, a z Rudnika nad Sanem wiklinowy drobiazg. A my? Co my mamy takiego, co wyróżni nas spośród innych? Co sprawi, że zechcą do nas przyjeżdżać i wydawać „miliony monet” (dziękuję za określenie pani Dorro). Coraz śmielej poszukujemy lokalnych smaków, miejscowych delicji. Mamy swoich okresowych dostarczycieli wiosennej, brzozowej wody życia. Mamy swoich pszczelarzy, czy bartników, którzy każdy miód są w stanie dla nas wyczarować: faceliowy, pokrzywowy, nawłociowy, malinowy, a jak trzeba, to i koniczynowy. Mamy tu żyjących zielarzy i twórców zdrowotnych nalewek, swoich serowarów i kompozytorów specjalnych kosmetyków i mydeł. Mamy grzybiarzy, którzy wejdą do lasu, powęszą na jego skraju i już wiedzą czy będą tu grzyby, czy szkoda zelówek. Mamy majowe strumienie salamander, ale po co się chwalić, jeszcze przyjadą się gapić? Mamy miłośników wina i jego producentów w klimatycznych winnicach, a enoturystów nie zapraszamy jakoś szczególnie. Mamy najlepsze w Polsce śliwki w czekoladzie, ale choćby we Wrocławiu ich nie kupisz, bo… nie są tam wysyłane. Mamy uznanych fotografików, a nawet wirtualnej ich galerii nie mamy. Zresztą, poza Galerią Miejską, do której: ręka w górę, kto był lub choćby „bywnął” z raz; rzadko kto się zapuszcza w celach zwiedzenia jej. W naszych okolicach ulokowały się świetne (co do poziomu) obiekty agroturystyczne, ale nie jest to szczególnie dopieszczany produkt eksportowy ziemi strzyżowskiej. Ręce naszych cukierniczek, „tortowniczek”, „mufinkarek” robią „cuda świata” i „niebo w gębie”, ale kto wie, ten wie, a pozostali niech obejdą się smakiem. I wciąż z tego bogactwa ludzkiej wyobraźni i pracowitości, nie robimy naszej lokalnej specjalizacji.

Otrzymaliśmy od losu, opatrzności, sama nie wiem od kogo/ czego, niezwykły dar. Tym darem jest umieszczenie na mapach Googla, wykorzystywanych przez tysiące kierowców, przejazdu przez strzyżowską obwodnicę, dla kierujących się z autostrady w Bieszczady. Jeśli nawet do jednego procenta podróżujących dotrze, że warto do nas przyjechać i celowo się tu zatrzymać, będzie to jak wygrany na loterii los. Los czasem znaczy karty, sprytny wie ,jak z tych podpowiedzi korzystać. Czy my umiemy być sprytni?

 

 

 

20. 03. 29
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Starzenie się to nie tylko zmarszczki, laska czy protezy. Cechą charakterystyczną są niekorzystne zmiany w funkcjach poznawczych czyli w trwałości pamięci krótko- i długotrwałej, myśleniu, orientacji w czasie i przestrzeni, rozumieniu, liczeniu i przeliczaniu, pisaniu, czytaniu, zdolnościach uczenia się i planowania. Powszechnie uważa się, że ludzie w „pewnym wieku” dla poprawy kondycji mózgu powinni rozwiązywać krzyżówki i rebusy. A ja pytam: czy tylko? I w ogóle, co znaczy „pewien wiek”? 200 lat temu ludzie średnio żyli około 30 lat. Obecnie oscylujemy wokół trzykrotnego wydłużenia tej liczby, a nie mało osób z naszego terenu zdecydowanie ją przekracza, będąc w znakomitej formie czy to fizycznej, czy też intelektualnej. Kilka tygodni temu miałam przyjemność spotkać się ze słuchaczami Strzyżowskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, by w tej kwestii przedstawić stanowisko mojej profesji oraz przekazać konkretne wskazówki w tej materii. Zachęcona przez przemiłych Słuchaczy SUTW, pozwolę sobie na skrótowe przybliżenie konkretnych propozycji dbania o swój dobrostan. Zatem, do konkretów.

Ćwicz pamięć- każdego dna postaraj się coś nowego zapamiętać: numer telefonu znajomego, cytat, słówko z obcego języka. W erze cyfrowej zapamiętywanie nie jest popularne, ale stanowi znakomitą rozgrzewkę dla mózgu przed gotowymi ćwiczeniami- grami, testami czy quizami.

Ruszaj się- osoby utrzymujące dobrą kondycję fizyczną łatwiej opanowują nowe umiejętności. Ustalono w badaniach, że regularna aktywność fizyczna powoduje rozrost hipokampu, czyli obszaru mózgu odpowiedzialnego za zapamiętywanie. A że z wiekiem coraz mniej chce nam się ruszać, nasz hipokamp się „kurczy”. Ospałość fizyczna skutkuje rozleniwieniem umysłu.

Naucz się czegoś nowego. Zacznij szydełkować, grać na instrumencie, popróbuj z opanowaniem kroków do sirtaki/ zorby. Naukowcy kanadyjscy badali 30 par uczestniczących w lekcjach tanga. Po 10 tygodniach tancerze mieli lepsze wyniki w testach pamięci i wielozadaniowości.

Śpiewaj, graj, wystukuj rytm, „dyryguj”, a przynajmniej słuchaj muzyki. Wprawdzie między bajki wkładamy związek ze wzrostem IQ pod wpływem słuchania muzyki Mozarta, lecz naukowcy twierdzą, że muzyka stymuluje te części mózgu, które są odpowiedzialne za pamięć, narządy ruchu, mowę, zatem taka aktywność może opóźniać wystąpienie chorób otępiennych.

Wysypiaj się. Brak snu powoduje szybsze starzenie się mózgu. Badania przeprowadzano dla amerykańskiej armii i stwierdzono, że deficyt snu o jedną godzinę przez tydzień wywołuje taką samą degradację zdolności poznawczych jak 0,1 promila alkoholu we krwi. Ponadto wzrasta poziom markerów wskazujących na uszkodzenia mózgu.

Bądź towarzyski- integracja z ludźmi zmusza mózg do zachowania plastyczności i poprawia pamięć. Spotykaj się ze znajomymi, dyskutuj, wymieniaj stanowiska, a nie plotki. Graj w gry wymagające współpracy lub rywalizacji- w brydża, kierki, tysiąca, a z gier stolikowych w domino, chińczyka czy monopol. W tej kategorii zaleceń można zaproponować grę „Państwa, miasta” lub : Z podanej sylaby napisz najwięcej znanych ci wyrazów, bądź: Z podanego, dość długiego słowa ułóż maksymalnie dużo wyrazów. A jeśli nie możesz realizować się towarzysko, układaj sudoku.

Kontroluj poziom cukru, a nawet wręcz go unikaj. Nawet jeśli nie jesteś chory na cukrzycę, pamiętaj, że duże wahania poziomu insuliny hamują wydajność mózgu i opóźniają jego reakcje. Najlepiej zastąpić wszelkie słodkości deserami ze świeżych owoców, czy owocowymi lub warzywnymi sokami.

Pij dużo wody, bo odwodnienie osłabia mózg. Co ciekawe odwodnienie u kobiet objawia się bólem głowy i problemami z koncentracją, ale bez zmian w zakresie zdolności poznawczych. U mężczyzn natomiast gorzej funkcjonuje pamięć i refleks.

Unikaj tłuszczu. Nie, no nie namawiam na przejście na korzonki i dietę wegetariańską. Dobrze jednakże wiedzieć, że dieta wysokotłuszczową zmienia zarządzanie dopaminą (jeden z hormonów szczęścia), co może skutkować depresją, parkinsonizmem czy schizofrenią.

Skuś się na rybkę. Mózg składa się w 60% z wysokogatunkowych kwasów omega -3 . To one budują osłonki komórek nerwowych, zapewniając im elastyczność i sprawiając, że włókna nerwowe są bardziej czułe na nadchodzące sygnały. Ryby w diecie to zastrzyk kwasów omega-3 i sposób na dbanie o zdrowy mózg. A które ryby ją w nie najbogatsze? Makrela, łosoś, śledź, tuńczyk i sardynka.

Pozwól sobie na drinka, bowiem alkohol w niedużych dawkach jest pożyteczny tak dla serca, jak dla mózgu. A mówię to za profesorem M.Mossakowskim i jego książką „Mózg a starzenie”.

Pływaj. Śmiej się głośno i często, bo regularne, głębokie oddychanie naprzemiennie z zatrzymywaniem oddechu, poprawia ukrwienie mózgu. Natomiast śmiech tajemniczą ścieżką prowadzi nas do powstrzymywania organizmu od produkcji kortyzolu, hormonu strachu i stresu. A otwiera na produkcję hormonu szczęścia, endorfin. Hormon ten wytwarzany jest w mózgu podczas ruchu. Im więcej się ruszamy, spacerujemy, jeździmy na rowerze, tańczymy, pływamy, tym więcej endorfin produkuje nasz mózg.

Rzuć palenie. Argumenty związane ze zdrowiem są powszechnie znane. Do nich dochodzi potwierdzona w badaniach (izraelskich) informacja, że wypalający paczkę papierosów dziennie, osiągają ok 10% gorsze rezultaty w testach na inteligencję, od ich niepalących kolegów.

 A do tego pamiętaj, miły Czytelniku, że pisanie odręczne pobudza neurony do pracy, wielokrotnie bardziej niż zapisywanie tekstów na klawiaturze. Burzę neuronów najlepiej widać w okolicy obszaru Broki, więc miejsca odpowiadającego za zdolność mówienia i płynność wypowiedzi. Czytanie jest jak kolejne życie. Gdy umiemy tak się w czytaniu zapamiętać, że wręcz identyfikujemy się bohaterem, to doświadczamy życia wielokroć. Wielka to sztuka i szkoda bardzo, że te emocje dostępne są już nielicznym.

Zastanawiacie się Państwo, czy tak aktywna „obsługa” swego intelektu pozwoli przeżyć życie bez natknięcia się na którąś z form degeneracji? Nikt na to nie odpowie. Nasza krajanka, dr Aneta Keliris, pracująca na Uniwersytecie w Antwerpii, zawodowo  zajmująca się wyjaśnianiem roli stresu i zaburzeń snu w rozwoju choroby Alzheimera uważa, że w rozwoju choroby ważna jest higiena życia. 5% przypadków to postaci rodzinne choroby, a 95% to splot naszych przeróżnych wyborów, które prowadzą, bądź oddalają nas od zachorowania na tę straszną w konsekwencjach chorobę.

Warto zatem przyjrzeć się swoim decyzjom w kategorii : higiena mojego życia, by nie kierować się w rejony grząskich zachowań i brzemiennych w skutki decyzji.

 

19. 10. 13
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Nie jestem filologiem. Moim guru w aspekcie polszczyzny jest profesor Jan Miodek. Od dawna miałam pragnienie, by nasz język wziąć w obronę przed językowymi chwastami. Wiem, sama niewiele zdołam zrobić, mogę najwyżej powalczyć z wiatrakami lub spróbować zawrócić Wisłę kijem. Nie mniej, na potrzeby II Skarbów Strzyżowian przygotowałam swoje wystąpienie w tej właśnie materii. Nie konsultowałam go z żadnym polonistą. Jeśli takiego wykształcenia Czytelnik doszuka się pomyłek i uproszczeń, proszę o powiadomienie mnie, bo jestem praktykiem słowa i słowo jest w centrum mojej osobistej i zawodowej uwagi. Zaczynajmy zatem od czasu sprzed blisko 200 lat. XIX w. to czas wielkiej polskiej literatury, troski o czystość języka i powstańczych zrywów, a te okoliczności sprzyjały szeroko pojętej polskości np. próbowano wtedy„obcy” uniwersytet zastąpić wszechnicą. Sytuacja geopolityczna uzasadniała obecność języków rosyjskiego i niemieckiego w mowie. Utrwalała wtręty z tych języków typu: wsio, chwatit, genug, ja (tak), ancug. Obecność w granicach ówczesnej Polski Lwowa i Wilna gwarantowała występowanie cech tych regionów – z zaśpiewem: proszy c’ebi , Kos’c’uszka, dźwięcznym h (wahadło, Bohdan) czy przedniojęzykowo-zębową spółgłoską ł (łapa), co słyszymy oglądając filmy z tamtych lat. W okresie międzywojennym mówi się o trwałej obecności gwary w polszczyźnie (bo ok. 80% Polaków nią się posługiwało), dopełnianej językami mniejszości narodowych (Rusini, Niemcy, Żydzi, Tatarzy) będącymi 1/3 całej populacji naszego kraju. Do języka ogólnego napływają wówczas i utrwalają się w nim pierwsze w dziejach polszczyzny anglicyzmy: mecz, trener, kort, dżokej, brydż, klub, biznes, komfort, strajk. Nowością w języku jest zaczynający się proces maskulinizacji form odnoszących się do kobiet – zwłaszcza zajmujących prestiżowe stanowiska (pani prezes, pani mecenas), a także nazwisk (pani Nowak, pani Curyło, pani Zaręba), chociaż ciągle obowiązują w tekstach urzędowych żeńskie postacie nazwiskowe (Nowakowa, Curyłowa, Zarębina, Nowakówna, Curylanka, Zarębianka).

 Lata II wojny światowej to czas słów – rodzimych i obcych, takich jak: nalot, sztukas, łapanka, godzina policyjna, getto, zsyłka, lagier, oflag, gestapo, ausweis. Koniec wojny to początek okresu niespotykanych ruchów ludności – ze wsi do miast, ze wschodu na zachód, spowodowanych zmianami granic państwa. W efekcie tereny ziem zachodnich i północnych, w których funkcjonuje tylko język literacki, to nowa jakość w historii języka polskiego – Polska stała się krajem narodowo jednorodnym z minimalnym procentem w pełni zasymilowanych mniejszości.

 Polska w latach 1945-1989 jest państwem należącym do bloku krajów tzw. demokracji ludowej. Realia tego okresu znalazły odbicie w języku: pegeer, sojusz robotniczo-chłopski, inteligencja pracująca, żelazna kurtyna, komitet centralny, gospodarka planowa, tysiąclatka, strajk okupacyjny, kartki na żywność, pewex, beton partyjny, pieriestrojka. Były to zarazem czasy cenzury przekazu, który przed 1989 r. nazwano nowomową (za Orwellowskim newspeak).Czasy gierkowskie to ogromny przyrost nowego słownictwa naukowego, technicznego i zawodowego (np. koparka, kruszarka, ładowarka, zwałowarka, montażownia, nastawnia, wykańczalnia). Dzięki środkom masowego przekazu i ograniczonym – ale postępującym, zwłaszcza po 1956 roku– kontaktom ze światem, przenikały do polszczyzny z Zachodu anglicyzmy: big-beat, dżinsy, hit, trend, prezenter, relaks, serial, western. Powojennie powstałe zapożyczenia to zapożyczenia sztuczne tj. wyrazy utworzone współcześnie, z greki i łaciny typu: dyktafon, kserokopia, logopedia. Rzeczywistość elektroniczna, która wkroczyła po 1989 roku i coraz powszechniejsze obcowanie z komputerem, internetem, pocztą mailową, telefonem komórkowym zmieniło radykalnie sposób porozumiewania się. Komputerowy świat wprowadził setki anglicyzmów, takich jak: digitalizacja, haker, laptop, link, reset, skaner, serwer, smartfon, spam. Potwierdzeniem wpływu elektroniki jest model budowy: e-...., takich jak: e-podpis, e-mail, e-faktura, e-PIT. W mowie potocznej odbierane są one jako obce polszczyźnie. Utrwalane za sprawą reklam zapadają  w świadomość i traktowane są neutralnie – zwłaszcza przez młodych ludzi stykających się z nimi od dzieciństwa. Wyraźna jest dominacja języka angielskiego w nazewnictwie gospodarczo-ekonomicznym: audyt, biznesplan, deweloper, grant, non profit, rating, sponsoring. W codziennym języku zauważalne jest anglizowanie wymowy nawet takich form, które są w dziedzictwem innych kręgów kulturowych jak: Dżosef Reicinger , kawa Dżejkobs, walka Dejwida z Golitem. Wpływ angielszczyzny widać wszędzie. Pokolenia starsze wzmacniały ekspresję wypowiedzi wtrętami obcojęzycznymi używając sentencji greckich, łacińskich, francuskich, niemieckich i rosyjskich – ad vocem, pardon, fertig, bumaga, chwatit. W wypowiedziach młodszych generacji tę funkcję pełnią wtręty angielskojęzyczne: sorry, wow, jestem cały happy, power, afterek, biforek, debeściak, kesz, lajcik. Młodzi Polacy żyją w rzeczywistości elektronicznej. Charakterystyczny dla języka informatycznego megabajt jest źródłem popularności cząstki mega – : megawypas( znakomite warunki), megamózg( wybitny student). Inny termin – reset– stał się wariantem wypoczynku, relaksu, odnowy, zregenerowania się, a dilejtowanie kasowania. To zwrot popularny w języku sportowym, gdzie wraz z masakrowaniem wyparło wygrywanie, zwyciężanie, pokonywanie, faulowanie, przegrani nazywani są rozstrzelanymi lub zgilotynowanymi, a ich zwycięzcy poczuli krew i byli ich katami. Ekspansywność języka młodzieży to widoczna cecha polszczyzny po 1989 r., budują oni dwa światy językowe – ludzi młodych i starszych, nierozumiejących kontekstu słów typu: lol, flow, beka, dzban, wtopa. Charakterystyczne dla slangu młodzieżowego są ucięcia jak: komp, siema, dozo, nara, spoko, cze. Postępującą brutalizację codziennej mowy, lansują media z telewizją na czele. O potoczności świadczą takie formy, jak: strasznie, fajnie, szajba, jaja, facet, dobra, dzięki. Wulgarność stała się znakiem rozpoznawczym Polaków w Europie. Przeklinają wszystkie grupy społeczne, a usprawiedliwianie takich słów prowadzi do powstawania społecznych mitów, że forma zajebisty, kiedyś wulgarna, stała się neutralna.

Zmiany w języku są znakiem czasu. Coraz powszechniejsze jest przekonanie o zasadności nieodmieniania nazwisk – zwłaszcza w tekstach urzędowych: Pawłowi Krypel, zamiast Pawłowi Kryplowi, tradycyjne państwo Curyłowie wypierane są przez: państwo Curyło. Odchodzą grzecznościowe zwroty zawierające nazwiska pani Rędziniak, panie Haligowski, pani Gruszczyńska, zastępowane modelem imiennym, lansowanym szczególnie przez firmy, banki: panie Andrzeju, pani Ulu, pani Mariolko – bez względu na różnice wiekowe między partnerami rozmowy. Zwracanie się po imieniu obowiązuje programach telewizyjnych, a w wołaczach tychże imion przewagę zyskuje mianownik: żegnaj Hubert (Hubercie); dziękujemy Kasia( Kasiu). Model imienny, zaczyna się pojawiać nawet w relacjach rodzice–dzieci, teściowie–synowe/ zięciowie, tak jak odchodzą w przeszłość zwroty typu: proszę babci, niech mamusia zobaczy, niech tatuś powie, czy wujek przyjdzie?, zastępowane przez powszechne już „tykanie”: chodź, babciu, zobacz, mamo, powiedz, tato, przyjdziesz, wujku?To są znaki czasu rzeczywistości geopolitycznej, ekonomicznej, cywilizacyjnej, ukształtowanej w ostatnich latach dziejów polszczyzny.

Dawno w niebyt odeszły prześliczne określenia ilości- półtrzecia czyli dwa i pół, czy samoczwart tj. we czworo. Otrzymując spadek po mamie nie mówimy, że to macierzyzna, podobnie jak po babci- babizna. Gdy mamy zastrzeżenia do czyjegoś intelektu, nie mówimy o tej osobie- to hebes ( z łaciny tępy, głupkowaty) lub gułaj (gamoń). Tchórza określano kiedyś cykoriantem, dłużnika debitorem a opoja dusikuflem. Przekleństwa zapewne też były barwniejsze, do dziś w pamięci miłośników wojaka Szwejka pozostało: „od Krakowa wieje wiater, wszystko idzie na sermater”... Mnogość i barwność tych określeń każe mi się zastanowić czy kiedyś powstanie zawód tłumacza z polskiego na polski?

 

19. 01. 01
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Z czym Ci się kojarzy biblioteka? Z wypożyczalnią.

 Z wypożyczalnią czego? Książek, czasopism, filmów, płyt … Strzyżowska biblioteka kojarzy się jeszcze z wieloma imprezami, wystawami, prezentacjami, konkursami. I to chyba wszystko.

 No, właśnie co do słowa „biblioteka”, nie wszystko. Zapraszam na spotkanie z szefową Podkarpackiej Biblioteki Chustowej, Doradcą Chustowym Clau Wi, adminką grupy Chustowej, absolwentką studiów uniwersyteckich z zakresu technologii żywności i żywienia, mamą Jasia i Małgosi, miłośniczką ekologii we wszystkich jej przejawach, mieszkanką Gbisk z wyboru, panią Joanną Krypel. Spotykamy się w niezwykłym siedlisku Asi i jej męża, Pawła, gdzie na ścianie stodoły wymalowane są imponującej wielkości portrety przodków gospodarzy. Asia, rzeszowianka z dziada pradziada i Paweł, rzeszowianin w drugim pokoleniu. Ten dom należał do dziadków Pawła, opuszczony popadał w ruinę, dopóki nie zapadła decyzja o powrocie młodych na- w tym wypadku chce się rzec- „dziadowiznę”. Ponieważ jest zima miałam obawy przed dojazdem, ale zupełnie nie potrzebnie. Większość trasy to dojazd wygodną drogą asfaltową i jakieś 100 metrów szutrową. Dom stoi opodal ściany lasu, otulony sadem. Na powitanie leniwie wysuwa się czarny, spory pies w typie labradora, a że nie robię wrażenia agresora, wchodzi powrotem do swojej ogromnej budy.

Asia, to szczęśliwy przypadek, który po części zawdzięczam facebookowi. Traf chciał, że gdy kiedyś coś na facebooku przeglądałam, to Asia w tym czasie na swoim profilu umieściła poruszającą fotografię. Na niej były dwa duże metalowe pojemniki z siatki. W na dnie jednego leżał stosik tetrowych pieluch, na oko dwadzieścia, a drugi pojemnik był cały wypełniony pampersami. Było to, o ile pamiętam, roczne zużycie dla jednego dziecka. Wprawdzie nie mam dzieci w tym wieku, ale pomyślałam, że to interesująca osoba i wyjątkowe podejście do życia. Nie pomyliłam się. Dalej okazało się tylko ciekawiej. Mam problem z przechodzeniem na ty, ale w tym wypadku, gdy gospodarze okazali się pokrewnymi ze mną duszami, problem rozpłynął się bez śladu.

Urszula: Co Was tu sprowadziło, oprócz tytułu własności ?

Asia: Mieszkanie tu to same plusy- powietrze jak kryształ, widoki jak z bajki, koszty życia niewielkie, możemy zacząć planować i realizować nasze dość szalone marzenia.

Urszula: Jesteś doradcą chustowym. Co to takiego?

Asia: Jestem Doradcą Noszenia, co oznacza, że przekazuję rodzicom wiedzę na temat zasad prawidłowego noszenia dzieci w chustach i innych miękkich nosidłach, a także w zakresie budowy oraz rozwoju kręgosłupa i bioderek małego dziecka. Mówię rodzicom na temat roli tulenia dziecka i tego, że to naprawdę krótki czas oraz, że warto go wykorzystać, bo dziecko wyrasta z tulenia. Niestety. Bardzo wierzę w to co robię i dlatego powołałam do życia Podkarpacką Bibliotekę Chustową, w której nieodpłatnie można wypożyczyć chustę.Młodzi rodzice najczęściej (choć miałam wiele różnych przypadków) wybierają najtańsze, niskopółkowe chusty, których ceny oscylują wokół 150-200zł. Takie też wypożyczam. Najdroższa chusta, jaką mam w bibliotece, kosztuje chyba 450zł. Chusty tkane ręcznie to najczęściej chusty bawełniane, mogą w nich wystąpić domieszki jedwabiu lub kaszmiru w formie wątku. Cena jest uzależniona od wielu rzeczy. Np. czy wątek jest farbowany ręcznie pod konkretną chustę, dla uzyskania określonego, zamierzonego efektu. Ogólnie, ceny chust mogą sięgać kwot znacznie wyższych niż 2500zł (ale też mniej). Z biblioteki korzysta sporo rodziców. Są to osoby, które chcą spróbować czy ta przygoda im odpowiada. Są też tacy, których nie stać na kupno swojej chusty. Po konsultacji, którą prowadzę, zostawiam czasem chustę z Biblioteki, żeby rodzice ćwiczyli wiązania im pokazane, zanim podejmą decyzję o zakupie.

Urszula: Jestem zaskoczona poziomem świadomości i dojrzałości w przeżywaniu swojego rodzicielstwa i bycia rodziną. A co jeszcze robicie w zakresie szeroko pojętej ekologii?

Paweł: A, na przykład, pijemy wiosną sok z brzozy. Z praktyki wiem, że u nas najbardziej efektywne jest ściąganie soku z południowej strony brzozy i że ściągnięcie ok 15 litrów soku w niczym drzewu nie zagraża. Więc pijemy go, częstujemy znajomych i czujemy się świetnie. Asia zna się na ziołach, zbiera je , suszy i dorzuca do posiłków. Wokół domu rośnie sporo starych gatunków drzew, suszymy ich owoce i mamy chipsy owocowe na całą jesień, zimę i wczesną wiosnę. Kochamy kamienie, więc kupiliśmy kamień z budowy obwodnicy i wyłożyliśmy sporą część podwórka, tworząc coś na kształt patio. Mój dziadek wykopał tu studnię głęboką na 44 betony. Pierwszy beton (80 cm) to była ziemia, pozostałe to był lity kamień. Rozwoził go potem po okolicy, ktokolwiek się zgłosił. Myślę, że jak patrzy z nieba na nasze zakupy kamienia, kręci głową ze zdumienia.

Urszula: Widać, że lubicie swoje miejsce. Zechcecie zdradzić swe plany?

Paweł: Moje wiążą się pracami rękodzielniczymi na zamówienie. Póki co nie chcę precyzować , bo pomysły nie są jeszcze ostateczne i jest ich wiele. Sam muszę sprawy z sobą przegadać i przepatrzeć możliwości. Ale czuję, że mogę wiele unikatowych pomysłów wdrażać tu, gdzie wybrałem swe życie.

Asia: Ja rozważam wiele pomysłów związanych z ekologią i żywieniem. Oczywiście pomaga mi w tym moje wykształcenie, ale też pasja do życia blisko natury.

Urszula: A ja Wam życzę takich realizacji, które sprawią przyjemność, pożytek i dumę z siebie, że potrafiliście trafnie odczytać co Wam najlepiej pisane. W imieniu Czytelników Loquerisa dziękuję za gościnę.

 

18. 11. 28
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

No i przyszła ta pora roku, co to w niej dzień ledwo się zacznie, a już dobiega końca. W dialogach króluje słowo: „nawzajem”, a w sklepach piętrzą się Mikołaje poprzekładane czerwonymi włosami anielskimi, pstrokatymi kalendarzami adwentowymi z mdlącymi czekoladkami i mieniące się „szczerym” złotem czuby na choinkę. Po tym wstępie od razu widać, że to nie jest mój ulubiony czas. Wytłumaczę się w paru zdaniach – nie lubię, gdy wszystko jest na sprzedaż, a takie złudzenie funduje nam handel. Mamy myśleć, że jak kupimy to, co właśnie reklamują, to będzie to niezbędny składnik świątecznej atmosfery. A ja tam myślę, że jeśli tęsknisz za Świętami Bożego Narodzenia, to zapewne nie za świętami handlu, który upchnie każdy „badziew”, bo udało się go wykreować na to, co rzekomo mieć musisz. Handlujący kredytami dostali jakiejś wścieklizny i wciąż dzwonią nie bacząc na RODO czy inne przeszkody. W poczcie mailowej aż się roi od spamu- a to propozycje nowych znajomości (przysięgam- na TE strony nie wchodzę i nigdy nie wchodziłam ), to znów chcą mi przed Sylwestrem przedłużyć… rzęsy o 90% (a ja naiwna zawsze myślałam, że mam swoje wystarczającej długości), a to informują mnie, że Black Friday mam od początku listopada i on dla mnie wyjątkowo wciąż trwa, zatem okazja goni okazję…

Dla mnie, mieszkanki doliny Wisłoka, ten czas jest jeszcze dodatkowo trudny do przeżycia. Otóż, ja nie mam czym oddychać! I nie jest to żarcik z kategorii dwuznacznych. A zatem precyzując, powietrze wokół mnie do oddychania się nie nadaje! Czy to rano, idąc do pracy, przemykam obok, stale tych samych, dymiących posiadłości, czy to wieczorem idąc z psem lub na spacer, chowam nos w szalik, ale oczu już nie za bardzo mam w co. Więc wgryza mi się to śmierdzidło w gardło, wyciska łzy i drapie w nosie. Smog robi od lat karierę medialną, zapewne są zatem jednostki, które jakiegoś specjalistę od ochrony środowiska zatrudniają. Tyle tylko, że mam wrażenie, że tego dymu, ani tego smrodu w owych urzędach nie czuć ani nie widać.

 

18. 10. 09
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

W rozmowach ze znajomymi jestem pytana o to, że skoro twierdzę, że wszyscy mówią CO zrobią, a ja wiem JAK, to może przestanę się „przechwalać” i coś na ten temat powiem. Zgoda. Oto jedna z przykładowych kategorii na JAK.

Dużo i często wyjeżdżam.Nie są to wprawdzie jakieś egzotyczne wyprawy, choć bywają i takie. Sporo pracuję, więc często potrzebuję się trochę oderwać. A zawsze staram się zobaczyć coś innego lub inaczej pokazanego, coś co może ubarwić moje życie, czasem dom czy ogród, czasem wspomnienia. Uważam, że należy obserwować świat, różne nowinki i ułatwienia, a potem je przemyśleć i może dopasować do swojej sytuacji lub okoliczności. Ostatnio miałam takie komunikacyjne doświadczenia i przemyślenia. Chciałam sprawę w naszym urzędzie załatwić, krótką, podjeżdżam i oczywiście zero miejsc parkingowych. Natomiast na dwóch miejscach dla samochodów stoją centralnie ustawione dwie motorynki. Naturalnie, jeden pojazd zajmuje jedno miejsce parkingowe. Miałam ochotę chwycić pędzel, wymalować 2 symbole motocykla i podzielić miejsce parkingowe na pól. Na szczęście, mam uczonego znajomego, specjalistę od projektowania parkingów i znawcę znaków drogowych., który dokładnie wyjaśnił mi jak należy się za sprawę zabrać. I już teraz wiem JAK i wiem, że to nie jest trudne, a wielu osobom ułatwi życie i oszczędzi stresu poszukiwania miejsca do zatrzymania się. Podobnie można oznakować miejsce parkingowe dla kobiety w ciąży. Są takie znaki w Rzeszowie, mogą być i u nas. Pomyślałam także, że w centrum naszego miasta rowerzyści często mają problem z bezpiecznym zostawieniem swego bicykla. Widziałam nad Jeziorem Cisa interesujący stojak rowerowy, może się komuś przyda fotografia pokazująca JAK to tam wygląda.

 Kiedy spotykam na swojej drodze dużą przeszkodę, omijam ją, bo wiem, że sama sobie z jej pokonaniem nie poradzę. Kiedy przeszkoda jest mała, taki przysłowiowy kamyk w bucie, ja, ale nie tylko ja, bagatelizuję tę niedogodność. Jakoś się do niej przyzwyczajam i przystosowuję. A potem ze zdumieniem stwierdzam: O! Odcisk mi się zrobił! O, mam dziurę w skarpetce! O! Boli mnie noga, choć nie szłam daleko.Bo chyba większość z nas tak ma, że drobiazgi pomija machnięciem ręki. A przecież gros naszego życiowego bagażu to drobiazgi właśnie. Sądzę, że warto kolekcjonować wartościowe, a szybko pozbywać się szkodliwych.

 

18. 10. 05
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Zastanawiałam się czy napisać choć parę zdań na temat zbliżających się wyborów, czy raczej taktownie pomilczeć. No i coś mi nie daje zachować się taktownie. Czyli jak powiedział klasyk- tracę szansę, żeby milczeć ;-)

Zdecydowałam się kandydować do rady miejskiej i oczywiście nie stało się to ot tak. A do tego, kto mnie zna, wie, że nie za bardzo odpowiada mi rola paprotki. A wymóg parytetu również jest mi intelektualnie obcy.

Czytałam programy, czy też raczej obietnice wyborcze kandydatów do różnych rad, a także moich kontrkandydatów. Wszędzie obietnice i pomysły jedne bardziej, drugie mniej nierealne. Oczywiście wszystkie, a przynajmniej znakomita większość, są z kategorii : CO, a prawie żadna z kategorii :JAK.

Pomyślałam sobie, że ja nie znajduję w sobie takiej siły, żeby moich wyborców przekonać, że to właśnie ja będę gwarantem, że wybudowana zostanie dłuższa droga,szerszy chodnik, większe przedszkole czy żłobek oraz kolejne place zabaw i ścieżki rowerowe itede itepe. Nie mam także pojęcia jak moja marna osoba mogłaby zawalczyć skutecznie z bezrobociem np. budując u nas fabrykę czy coś, co kojarzy się z zatrudnianiem innych.

Jak ja chcę w tej kategorii CO zaistnieć, to muszę zaproponować taki fajerwerk, żeby wszystkich przebić i na wiele lat zapisać się w pamięci moich PT wyborców. Mógłby to być tramwaj do tunelu, bo chyba wyjdzie taniej niż pociąg. Ale jeszcze ktoś mnie z tym na wiek wieków skojarzy i nawet z moich wnuków będą się śmiać, że ich babcia na taki oryginalny koncept wpadła.

To może ogłoszę, że będę pracować usilnie, by nasza gmina od północy graniczyła z Jeziorem Tarnobrzeskim, a od południa z Soliną. U nas mieszka sporo żeglarzy, to im się spodoba i może mi wielu głosów przysporzyć. Przecież nie jeden na przestrzeni dziejów żądał dostępu do morza. To my chociaż dostępu do mniejszego akwenu możemy sobie życzyć. I, jak mi zaraz podpowiedziała moja złośliwa wyobraźnia, między tymi skrajnymi punktami- nazwijmy je T i S obiecam starać się o metro. Albo chociaż jakiś pociąg.

A tak poważnie mówiąc, to zastanawiam się, jak przyjdzie się dogadać wybranym przez nas radnym, skoro już teraz błoto polityki tak bardzo dosięgnęło nasz mały Strzyżów?

17. 05. 05
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Lubimy mieć w swoim otoczeniu coś wyjątkowego, np. żelazko z duszą, stary moździerz, zabytkowy sekretarzyk czy jakiś porcelanowy drobiazg. Coś, co świadczy o posiadaniu herbowego przodka lub o wyjątkowości naszych potrzeb do otaczania się przedmiotem szlachetnie urodzonym. Dbamy, czyścimy, eksponujemy go. A co? Niech zaświadcza…

Razem z moim mężem przyjechał do Strzyżowa tzw. babci kubek - wyprodukowany z okazji 50- lecia panowania cesarza Franciszka Józefa. Zawsze mnie zadziwiało skąd się wziął w rodzinie niebogatych, małopolskich chłopów. I jak musiał być odświętnie używany skoro przetrwał grubo ponad wiek w całkiem dobrym stanie. Ta przypadłość „otaczania się” zupełnie nie dotyczy spraw niematerialnych,  zwłaszcza słowa. Bez oporu przesiąkamy anglicyzmami, wchłaniamy  technicyzmy czy słownictwo korporacyjne. Nie posługujemy się słowami utożsamianymi z gwarą. Taką mamy postawę, jakbyśmy wypierali się, że rozumiemy słowa z przeszłości. Bo o zdecydowanej większości z nas świadczą, że nasi przodkowie byli, co najwyżej, szaraczkową szlachtą, częściej chłopstwem czy mieszczaństwem.

Sądzę, że w każdej rodzinie są wyrazy sprzed lat, które w niej zasłużenie funkcjonują. Są i u nas słowa, z nami mieszkające, które bez oporów wplatamy do rozmów. Moim ulubieńcem są charaje, świetnie się sprawdzające na określenie ugotowanych w zupie jarzynowej warzyw, ale także na określenie „odpadów biodegradowalnych”. Lubię używać wyrazu mecyje - wraz z odpowiednim ruchem głowy - wszystko wyjaśniają. Gdy nie potrafię znaleźć odpowiedniej nazwy na przedmiot wystarcza mi słowo koromysło - w nim jest zawsze wszystko to, o co mi chodzi. Razem z moim ojcem, który do Strzyżowa przyjechał z nad Wisły, przyjechało słowo studzielina.  Tak mi niedobrze na to słowo, jak innym na słowo „flaki”. Był tatuś mój człowiekiem dość zasadniczym i w kwestii jedzenia niewybrednym - glimania nie cierpiał. A że był czas, w którym jeść lubił, urósł mu całkiem imponujący wanc. Mój dziadek Franek był koniarzem. Nic z tej namiętności na mnie nie przeszło, koni się boję i je omijam łukiem szerokim. Ale wiem, że najdelikatniejsze nozdrza mają źróbki. Tak babcia moja określała chłopaków nastoletnich, skłonnych do nieszkodliwych psot. Źróbek mieścił się w kategoriach - trochę mniej jak despetnik, a już zdecydowanie mniej jak chuncfot. Niegrzeczne czy niemądre zachowanie  mogło skutkować kłopieniem. Opowiadał mi jeden z księży, że jak zawitał na nasz teren, jednym  z pierwszych grzechów, który podczas spowiedzi usłyszał było: „kłopiłam się z chłopem”. A że nie wiedział co to słowo oznacza, spytał tylko czy ze swoim, bo jak tak, to nie grzech. Zrobiłam wśród moich młodszych znajomych rekonesans - kto wie co oznacza słowo balaski? Najczęściej kojarzyło się z… pętami kiełbasy.

I tak idą ze mną przez życie: pluskiewki, kociuba, ciulajza, sycz, uzlącany dom z cokli, omaśklane szklanki czy zaguźlane nitki. Nie epatuję nimi w rozmowie, ale są ze mną  od zawsze. Tuż przed Bożym Narodzeniem karierę międzynarodową zrobił filmik reklamujący Allegro - o dziadku, który uczył się angielskiego, bo wybierał się do wnuczki mieszkającej w którymś z anglojęzycznych krajów. Film słodki, z nienachlaną reklamą, ale pokazujący mimowolnie, że dla ojca dziewczynki język polski ważny nie był, skoro nie nauczył swojego dziecka jak po polsku powitać dziadka. Słowa nieużywane bledną, nikną i odchodzą, bo język jest wtedy żywy, gdy się go używa. Słowa są kluczem do zrozumienia ludzkich „dlaczego”. Dlatego warto pomyśleć nad budowaniem i dbałością o własne muzeum słów.