in Fraszki
17. 11. 19
posted by: Andrzej Curyło

Nie wygrałeś w lotto,

to przestań pomstować,

zacznij skreślać te liczby,

co będą losować.

in Fraszki
17. 11. 18
posted by: Andrzej Curyło

Jeśli jakiś interes

przyniósł ci kokoszę,

używaj takich perfum

byś nie śmierdział groszem.

17. 11. 17
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Przygnębiający jest czas przedzimia. Ten krótki i najczęściej bezsłoneczny okres jest nie dla mnie. Nadto zaczynają się żniwa w handlu, więc w moim życiu startuje czas niechodzenia do sklepów. Wszelkich. Ja w ogóle nie lubię zakupów, tu mogę się powołać na świadectwo mojego męża. Decyduję się szybko i ostatecznie. Szoping to dla mnie dyscyplina obca, kojarzona ze stratą czasu. Nigdy Andrzeja nie prosiłam, aby pojechał ze mną kupić dla mnie buty czy sukienkę. Zupełnie nie rozumiem w jakim, to jego towarzystwo, miałoby być celu. Nie jestem niedojdą, która nie potrafi podjąć decyzji w czym jej do twarzy. Posiadam czynne prawo jazdy na cały rok, na miasto, wieś, autostradę oraz parking. Nie potrzebuję więc kierowcy. Jak chcę coś dla siebie kupić nie muszę mieć pretekstu typu okazja czy święta. Irytuje mnie nachalność, wszędzie, a zwłaszcza w handlu.

Wkurzają mnie wszechobecne reklamy świąteczno – mikołajowe. Denerwuje mnie włażenie nachalnego konsumpcjonizmu w moją przestrzeń. Do szału mnie doprowadzają komputerowe ciasteczka, które, mam wrażenie, w myślach czytają. Czasem nawiedza mnie przeświadczenie, że to coraz bardziej nie mój świat.

A wszystko to tak we mnie buzuje, bo uroda z jesieni opadła, została posprzątana, jak nie służbami komunalnymi, to wiatrem, a zima biała jeszcze hen, wysłała tylko szron na przeszpiegi. Nie, nie, absolutnie jej nie przywołuję, wręcz niech sobie pani Zima siedzi jak najdłużej z daleka ode mnie. Jakby tu powiedzieć – póki co, niczego miłego w najbliższych dniach się nie spodziewam.

E, chyba przesadziłam. Jest jednak coś. Miłe zdarzenia z codzienności to nasi karmnikowi goście. Oczywiście moglibyśmy się uprzeć, że jeszcze czas, jest bezśnieżnie, więc niech sobie lecą szukać czegoś na polach. Ale to nie u nas. No co zrobić, skoro tak nam się podoba, że ptaki nas rozpoznają i w odległości pół metra od nas siedzą, spokojnie czekając aż nasypiemy słonecznik. Przywołują nas, gdy się jedzonko rozejdzie po dziobach i brzuszkach, siadają na parapetach i zaglądają do domu. Zdarza się niestety, że to podfruwanie pod nasze bardzo duże okna, źle się dla nich kończy. Nie widząc szyby, uderzają w nią z impetem. I giną, niestety. Ale to rzadkość na szczęście. Każdego dnia , przy porannej kawie, zawieszamy wzrok na buszujących w ziarnach kowalikach,dzwońcach, czarnogłówkach, mazurkach i bogatkach, przepędzamy sójki i cukrówki oraz sroki. Natomiast dzięcioły wszelkie – prosimy pięknie, mogą się częstować. Nasz młody kotek ma zdziwienie w oczach : czemu oni tak stoją przy oknie i się gapią na nie wiadomo co. Wykorzystuje nasze zapatrzenia i bezszelestnie układa się na kamiennym stoliku. Czasem zdarza się, że zostaje nam czerstwy chleb. Wówczas Andrzej rozkłada kromki przed domem i wkrótce potem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawiają się gawrony, zabierają każdy po jednej kromce i rozsiadają się na drzewach. Teraz mają z tym rozsiadaniem problem, bowiem sąsiad skorzystał z „lex Szyszko” i wyciął cały sad, który wiele lat rozpościerał się poniżej naszego domu. Przecież „wolnoć Tomku w swoim domku”.

Jakiś czas myślałam, że niewiele osób dokarmia ptaki. Póki w takich prywatnych pogwarkach nie podsłyszałam jak ten i ów komentuje, kto u niego w karmniku bywa. I ciepło mi się zrobiło na sercu, że chociaż w rozmowy ptaszarzy polityka nie wepchnęła swego nosa.

in Fraszki
17. 11. 12
posted by: Andrzej Curyło

Ciekawie było w szałasie,

gdy gaździna przy juhasie,

zaczynała rozbierać się,

bo z ciupagą wkroczył gazda,

to dopiero była jazda.

in Fraszki
17. 11. 11
posted by: Andrzej Curyło

Niejeden by utracił

poselską dietę,

gdyby się nie zasłaniał

immunitetem.

in Ludzie
17. 11. 10
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Czym ona jest ta wolność, oprócz tego, że dla każdego czymś innym. Może wolność to swoboda robienia tego, na co mamy ochotę? E, nie, to pewno raczej nazwiemy swawolą, a od niej krok do wszelakich występków. To może wolność, jest życiem bez różnych przymusów? Też nie, bo przecież przymus, to rodzaj poczucia obowiązku, a to stan znany większości ludzi wolnych.

L. Kruczkowski definiuje ją tak: wolność to zrozumienie konieczności. Zasmuca mnie to. Zatem być może wolność jest brakiem konieczności liczenia się z opinią drugiego człowieka? Nie, z pewnością nie, bo to już blisko do lekceważenia czy wywyższania się nad innych. Wiem - wolność to życie, w którym mogę wyrażać swoje myśli bez obaw. Hm, akurat. Wejdź na jakieś forum w internecie i sprawdź czy ktoś tam swoje myśli wyraża bez obaw - większość opinii podpisane nickiem. Hejt, jak plotka i dwuznaczności lubią anonimowość, bo już jak trzeba byłoby powiedzieć w twarz, to kto wie czy odwagi starczyłoby na obronę swojego zdania. Czyli to, że wiem, że mi wolno, nie znaczy, że mogę. To jest: WIEM, że nie zawsze mogę. Lubię słowa autora arcydzieł literatury rosyjskiej, hrabiego Lwa Tołstoja „Wiedza daje pokorę wielkiemu, dziwi przeciętnego, nadyma małego…” Nie dalej jak wczoraj Andrzej Dec przypomniał mi postać angielskiego myśliciela lorda Johna Actona, żyjącego wprawdzie w XIX wieku, którego przemyślenia nic nie straciły na aktualności. W kwestii wolności lord Acton uważał, że „Wolność składa się z dystrybucji władzy, a despotyzm z jej koncentracji”. Wymowne. Szczególnie obecnie.

Na wolność czekało kilka pokoleń Polaków. I pewno nie jeden z walczących o nią miał dylematy - po co się narażać? Dla kogo? Czy ma to sens, przecież żyje się raz… A jednak zrobili to, wywalczyli czy wyszarpali zaborcom i mocarstwom własne państwo.

Moje pokolenie, o młodszych nie mówiąc, często niepodległość traktuje jako jakiś frazes, przymusowe, urzędowe święto, listopadowe pochody dla złożenia kwiatów pod pomnikami mającymi słowo „niepodległość” na tablicach. A jest ona przecież wynikiem wolności człowieka, a więc wartości, której odebrać sobie nie damy, bo nie wyobrażamy bez niej życia. Wolność moja graniczy z wolnością drugiego człowieka. Czy jeśli depczę czyjąś wolność -  to czy o taką wolność od… i niepodległość w… walczyli ci, którzy się jesienią 1918 roku tak szaleńczo z jej odzyskania cieszyli?!

Chodzę pod pomniki i tablice, bo to rodzaje grobów, a do nich mam z domu wyniesiony szacunek. Mówi się: póki ktoś o zmarłym pamięta, póty nie całkiem umarł. Dobrze, że Dzień Niepodległości obchodzimy w listopadzie. Nie koliduje z pięknem przyrody, które mogłaby nasze myśli  kierować na jej urodę. Możemy, oderwawszy się od nachalnego dydaktyzmu, serwowanego przez media, pomyśleć ilu tych „Jasieńków co w polu padli” padło, bo wolność czy ojczyzna albo wręcz honor, to były słowa święte. Że banalnie zabrzmiało, tak bogoojczyźnianie? Cóż patriotyzm miewa takie barwy właśnie. Cieszę się, że czas, w którym trwa moje życie nie wymaga ode mnie żadnego takiego patriotyzmu, waleczności czy wręcz bohaterskich zachowań. Bo się znam i raczej nie jestem do nich zdolna i niech Bóg broni bym miała się w tych sytuacjach sprawdzić. Dlatego chylę czoła przed wszystkimi, których waleczne życie sprawiło, że wciąż mogę po polsku, pod swoim nazwiskiem i z twarzą bez maski pisać o tym jakiego jestem zdania. I boję się myśleć, że strata tej wolności jest przecież możliwa.

in Fraszki
17. 11. 05
posted by: Andrzej Curyło

Zamiast budzić mnie podnietą,

to ty budzisz mnie roletą.

in Fraszki
17. 11. 04
posted by: Andrzej Curyło

Nie było takiego powodu,

żeby miał nastąpić efekt wzwodu.

in Ludzie
17. 11. 03
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Rozmyślałam o mojej pracy. I taka nasunęła mi się konkluzja, że przecież nie wszystko, nie z każdym i nie zawsze mi się udało. I o tym chciałam dziś te kilkanaście zdań napisać. Truizmem jest stwierdzenie, że „ do tanga trzeba dwojga”, ale w przypadku postępowań terapeutycznych, szczególnie trzeba. Nie ma większych szans powodzenia, gdy oprócz posiadania gruntownej wiedzy w temacie, ludzie mający współpracować się nie lubią, czy nie akceptują dróg i metod postępowania. A wiadomo, nie każdego da się lubić i nie każdy musi polubić na przykład mnie.

Miałam okazję przez chwilę popróbować pracy z dzieckiem, które było przyzwyczajone robić to, na co miało ochotę, (z pełną aprobatą mamy i całej rodziny zresztą też). Bo jak nie, to zaczynało wycie godne wygłodniałego wilka albo rzucało się z pięściami i kopniakami. Czterolatek. Próbowałam po dobroci. Próbowałam stanowczo. Próbowałam głośniej. Żadnych skutków. Najmniejszych zmian na lepsze. Odpuściłam, błogosławiąc, że mogę sobie na to pozwolić.

Zdarzyło mi się dziecko 8 letnie, które na dzień dobry zadeklarowało, że ćwiczyć nie będzie, bo nie widzi na biurku komputera, to i gier na komputer też pewno nie posiadam. A ono ostatnie 4 lata chodziło do logopedy i grało sobie w gry logopedyczne. A jak tak jest, jak widzi, to nie jest zainteresowane przychodzeniem, ani udziałem w zajęciach. Faktycznie współpraca się zakończyła po paru tygodniach. Zrezygnowano z moich usług.

Zdarzył mi się pacjent mocno dorosły, laryngektomowany, który odmówił nauki ruktusu (bekanie albo dźwięczne odbicie, jak chcesz nazwij, bo znaczy to samo). Uważał, że to zachowanie niekulturalne. I on tak nie będzie ćwiczył. A ja innej metody na nauczenie mowy przełykowej nie znam. Więc pat.

Trafił do mnie kiedyś dorosły, jąkający się mężczyzna, który chciał u mnie zostawić swój problem niepłynności, jak bagaż. A zapowiedział z góry, że o żadnych technikach pamiętać nie chce, bo to za dużo korowodu. A że płaci, to i wymaga.  I właśnie tak wymaga, żeby było bez pamiętania o czymś, a zwłaszcza o jakichś metodach czy sposobach. Niestety, nie posiadając umiejętności czarowania, ani minimalnych umiejętności hipnotyzowania, nie byłam w stanie sprostać oczekiwaniom. 

Miałam pana, dyzartryka, którego wysoki poziom uszkodzenia mięśni aparatu mowy mnie przerósł i nie dałam sobie z nim rady. Nie mówiąc o pacjencie, który także bezradny był w swej nowej sytuacji. I tak oboje polegliśmy w walce z ograniczeniami natury psycho – somatycznej.

Trafił do mnie 9 letni chłopiec z tzw. mogirotacyzmem czyli pomijaniem głoski r. Miał na imię Patryk. W związku z jego wadą w klasie mówiono o nim Patyk, co było dla chłopca przykre, bo był dość korpulentny. Ćwiczyliśmy na wszelkie sposoby, a po około roku ćwiczeń... postępów jak nie było tak nie było. Oburzona mama wpadła do mojego gabinetu i naurągała mi, że ona sobie poszuka takiego logopedy, który ma jakieś umiejętności zawodowe. Trzasnęła drzwiami i tyle ją widziałam. Nie, nie tak. Spotkałam ją jeszcze raz jak odkuwałam lód przed domem moich rodziców. Pani z radością odezwała się do mnie: O, zmieniła pani pracę! Minęło jakieś pół roku może trochę dłużej. Była niedziela. Poszłam do kościoła na mszę dla dzieci. Ksiądz zadawał jakieś pytania, dzieci zgłaszały się do odpowiedzi i nagle słyszę głos tegoż Patryka, który sensownie odpowiada. Ksiądz pyta : jak masz na imię? Patyk – słyszę. Ulżyło mi, powiem szczerze.

Mam świadomość, że może być różnie. Czasem są natychmiastowe efekty. Bywa, że odroczone w czasie. Bywa, że zupełnie ich nie ma. Bo i cóż z tego, że miewałam w pracy niepowodzenia?

Sądzę, że niekiedy istotniejsza jest droga niż jej cel.

17. 10. 30
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło
Mała bestia na dziś to ubarwiony na żółto i dość kudłaty szlaczkoń siarecznik.

 


fot: Stach Dybich