18. 12. 11
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Takie mgliste okoliczności przyrody i krótkie dni zawsze prowokują mnie do planowania urlopów na kolejny rok, bądź do wspominania wyjazdów minionych. Ponieważ na następny rok mam plan taki : nie wiadomo dokąd, za to kiedy, za ile i na jak długo, to i owszem, zaplanowane, pozostaje mi rozpamiętywać słoneczne chwile przeżyte niedawno. Późnym latem.

W tym roku jednym z wybranych przez nas kierunków, czy jak się obecnie mówi, destynacji, była Albania( wraz z zaczepieniem o Kosowo i Macedonię). Na szczęście samolotem, bowiem podróże do 500 - 700 km lubię, ale przy dystansie powyżej, już mi ta sympatia przechodzi.

 W myśleniu o tym kraju wciąż dominuje myślenie o nim jako o krainie bunkrów, dziurawych dróg, osiołków, starych mercedesów i Albańczyków żyjących poza Albanią. Nie ważne jest, że od pięciu lat kraj ów przeżywa najazd turystów i rozwój przemysłu turystycznego z prędkością iście kosmiczną. Nasza czwórka wybrała termin tuż po rozpoczęciu roku szkolnego, dzięki czemu osobiste doświadczenia owego najazdu nas ominęły. Mogłabym pisać o przemiłych studentkach pracujących jako kelnerki w naszym hotelu – Bleonie i Elce, które zawzięcie uczyły nas niełatwych albańskich zwrotów grzecznościowych (faleminderit), świetnym ambasadorze polskości, byłym studencie UW, będącym naszym przewodnikiem po zawiłościach bałkańskich ( faleminderit Flobens ), o uśmiechach i życzliwości Albańczyków, spotykanych na każdym kroku. Dla równowagi mogłabym pisać o chodnikach bez płyt, za to wysypanych niewielkimi okrąglaczkami ( spróbujcie iść po tym w klapkach lub w butach na obcasach!). Albo o zaskoczeniach typu brak możliwości zapłacenia kartą za zakupy na przykład na lotnisku im św. Matki Teresy z Kalkuty w Tiranie. A może o całkiem legalnej propozycji od pogranicznika- możesz bez paszportu przekroczyć granicę , ale to kosztuje 50 euro( serio, byłam tego świadkiem, nie zmyślam). Bo o specyficznym podejściu do czasu, i o roli kawy w rozwiązywaniu problemów wszelakich, wiedzą wszyscy, którzy cokolwiek o tym kraju przeczytali. Mogłabym coś skrobnąć o Macedonii, w której Macedończycy to prawdę mówiąc Albańczycy i wszyscy to wiedzą, ale jednak.... Macedonia. Albo o Kosove ( to nie literówka, Albańczycy tak mówią o tym państwie), które niby jest Serbią, ale mieszkają tam Albańczycy. Ah Bałkany! kto zrozumie bałkańską duszę?Pisać o widokach, które zapierają dech, o wszystkich odcieniach kolorów ziemi, całkiem mi się nie chce.Każdy może zobaczyć zdjęcia w internecie i wyrobić sobie własną opinię.

Czy tam pojadę ponownie? Nie wykluczam, bo zawsze tęsknię za życzliwym człowiekiem. A takich ludzi spotkałam w Albanii wyjątkowo dużo.

 

17. 10. 13
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Spędzałam kiedyś urlop w okolicach Batumi. Ponieważ mój organizm nie mógł się pozbierać po radykalnej zmianie pogody, kolejnego dnia po przylocie, udałam się do hotelowego врачa po poradę. Akurat nie było go w pracy. Była przemiła медсестра, z którą natychmiast się dogadałam korzystając z ciągle dobrej i komunikatywnej znajomości rosyjskiego. Dziewczyna ta bez zbędnej zwłoki zaproponowała mi jakąś tabletkę do ssania. Siedziałyśmy czekając na polepszenie mojego samopoczucia i powrót ciśnienia do miejsca, w którym jest u ludzi żywych, gadając jednocześnie o wszystkim, o czym potrafiłam powiedzieć. W trakcie tej rozmowy słowa i zwroty wyskakiwały z moich pudełek pamięci jak z procy. Kiedy moje samopoczucie wróciło do normy, nowa koleżanka zaproponowała mi popołudniowy spacer po miasteczku. Oczywiście, natychmiast się zgodziłam. W końcu kołysanki śpiewane przez moich rodziców, a wśród nich ”Herbaciane pola Batumi”, do czegoś zobowiązują. Ponieważ nie było do zwiedzania za wiele, a i herbaciane pola były tylko romantyczną imaginacją, Nino Kachidze zaprosiła mnie do siebie do domu. Poznałam jej rodzinę i… otrzymałam zaproszenie na sobotnie wesele brata Nino, Timura. Byłam ogromnie zaskoczona, był czwartek, nie znałam w Gruzji nikogo i wszystkiego mogłabym się spodziewać, ale nie tego, że będę na adżarskim weselu. Ale nie byłabym sobą, gdyby babska ciekawość nie zwyciężyła.

W sobotę zapakowałam w kopertę jakiś finansowy bilet wstępu, przyodziałam się właściwie i poszłam na to gruzińskie wesele.  W domu weselnym gości było już… kilkuset, państwa młodych za to wcale. Nino przedstawiała mnie wszystkim, kogo znała, bo byłam tam za atrakcję.Zupełnie tego nie rozumiałam. Timur i Ketino czyli państwo młodzi, poszli wziąć ślub ze świadkami, natomiast goście zupełnie się do pałacu ślubów czy cerkwi, nie wybierali. W końcu przyszli na wesele, a nie na ślub. Nawet rodzice zostali w domu. Ponieważ był to lipiec, za salę weselną służył ogród rodziców Timura, zastawiony na całej płaszczyźnie stołami. Na stołach mnóstwo wszystkiego, pamiętałam pyszne owoce, które tam nazywano churmą, u nas znane są jako kaki, choć smak naszych jest ,do tamtego „nieba w gębie”, nieporównywalny. Było gorąco, wszystkie Gruzinki miały wachlarze, mnie też jakiś zorganizowano. Jako takiemu ważnemu gościowi podano mi spory róg napełniony winem i poproszono o toast. Coś wydukałam – o wstydzie – zupełnie nie wiedząc, że toast mówi się długo i wzniośle i że to prawdziwy zaszczyt być do tego poproszoną. Zupełnie inaczej niż u nas. Po powrocie do Polski poczytałam o gruzińskich w tej materii obyczajach i… ucieszyłam się, że pewno się nigdy z tymi weselnymi gośćmi nie spotkam, bo to porażka tak się nieobyczajnie zachować. Jako, że Ketino i Timur tańczyli w gruzińskim zespole tanecznym, miałam okazję zobaczyć ich przepiękne tańce. Większość gości mówiła naturalnie po gruzińsku, z czego jak się można domyślać, niczego nie rozumiałam.Ale gdy tylko zwróciłam na kogoś spojrzenie, natychmiast ta osoba podejmowała rozmowę po rosyjsku, nie tylko ze mną, ale właśnie po to, abym ja rozumiała. Zupełnie nie wiedziałam jak się w tej sytuacji honorowego gościa zachować. Toasty, których wysłuchałam były np. za Mateczkę Gruzję, za królową Tamar, za legendarne bogactwa Kolchidy... No zdarzyło mi się uczestniczyć w niejednej imprezie i w różnych miejscach, ale nigdy nie słyszałam, żeby ktoś wznosił toast za np. królową Jadwigę czy władców Cesarstwa Rzymskiego. Nie będę odkrywcza mówiąc, że ludzie południa mają słońce w uśmiechu i duszy, co widać, a ja miałam okazję odczuć. Ktoś może powiedzieć – zaraz, a Iossif Wissarionowicz Dżugaszwili też? Myślę nad tym. I jak zawsze mam jedną konkluzję - dobrze, że póki co żyję w czasach spokojnych i takichże miejscach. I mogę poprzestawać na małych wyborach, niekrzywdzących decyzjach i zwyczajnym życiu.

18. 08. 23
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Ze zdumieniem stwierdzam, że jak dotąd nie podzieliłam się z Wami moją miłością do Węgier. Jeżdżę na Węgry od dość dawna. Próbowałam kiedyś policzyć ile razy zdarzyło mi się tam być. Niestety w okolicach 50 - 60-ciu zaczęłam się gubić. Zastanawiałam się nie raz, co mnie urzeka w tym kraju? Może melodia języka, tak inna od naszej? Może te, niepodobne w niczym do znanych mi słów, nazwy? Może te wspomnienia z dzieciństwa, gdy na Węgrzech „było”, a w Polsce się „zdarzało” wystać coś przed świętami? A może ciepełko, które Węgrzy mają bez łaski, a my musimy wyjeżdżać do ciepłych krajów. Chociaż trzeba przyznać, że w tym roku awansowaliśmy do grona ciepłych krajów. Wręcz niektórzy mają tego ciepła dość.

 Moje jeżdżenie pasjami „do wód” i szczera wiara, że wody leczą i odmładzają, to jedno. A głód zwiedzania i doznawania, poznawania i dziwienia się, to drugie. Celem ostatniego wyjazdu w sześcioosobowej grupie rodzinno – przyjacielskiej były okolice Egeru. Gospodyni naszego domu gościnnego była ogromnie zdumiona gdy spytałam ją o drogę do Poroszlo czy do Doliny Szalajki. Polacy kojarzą się Egerczykom z Doliną Pięknej Pani (piwniczki w tufach), ale z Szalajką czy najpiękniejszym węgierskim wodospadem Fatyol czy hodowlą lipicanów? No w żadnym razie! Podczas naszego spaceru Doliną Szalajki chyba tylko raz miałam wrażenie, że słyszę polski język. Natomiast Węgrzy w parach, samotnie, rodzinnie, na rolkach, rowerami, ciuchcią, w środku tygodnia odpoczywają w Górach Bukowych. W malowniczych jeziorkach hodowane są pstrągi, które z apetytem pożarliśmy w jednej z licznych restauracji na trasie. Mniam! Potem wróciliśmy do Szilvasvarad z nadzieją podziwiania rasy monarszych koni, ale tego dnia była jakaś impreza zamknięta. Moja znajomość węgierskiego ogranicza się do zwrotów grzecznościowych, kilku liczebników, paru rzeczowników, a więc zbyt jest nikła, żebym mogła wywnioskować cóż takiego ważnego działo się w tej słynnej na cały świat hodowli lipicanów.

 Kolejnego dnia pojechaliśmy nad Jezioro Cisa do Poroszlo, w Ekocentrum napatrzyliśmy się na ogromne jesiotry i bieługi w akwarium słodkowodnym, podobno największym w Europie Potem pływaliśmy łódką po rozlewiskach, wśród trzcin i wzdłuż podmokłych łąk. Ścigaliśmy się z łabędziem, obserwowaliśmy się ze ślepowronem, podglądaliśmy kormorany i czaple. Uwodzi mnie uroda tych terenów. Mam marzenie żeby kiedyś dokładniej poznać Park Narodowy Hortobagy. Marzy mi się wyjazd na odloty żurawi, tak gdzieś w połowie października. Kolejny rok mi się tak marzy. Ciekawe czy w tym roku się uda?

 Lubię Węgry. Współcześnie nie mamy im czego zazdrościć. Mamy tyle samo lub więcej, mamy nieco taniej, zatem w tych kategoriach wygrywamy konkurencję. Polki są ładniejsze, Polacy przystojniejsi, więc.. też nie o to chodzi. Na Węgrzech jest jakaś taka wyczuwalna w powietrzu tęsknota, nieśpieszność, równiny i upał oszukują mirażami, ale to niegroźne oszustwa. Bardziej baśniowość. A może najbardziej znane hungaricum- "Dziewczyna o perłowych włosach" Omegi budzi wciąż te same emocje? Choć to przecież 50-lat jak znamy tę balladę.

A może to wina win lodowych, tokajów, merlotów i egri bikaver'ów ?

 I tak się cieszę, że na Węgry mamy tylko nieco ponad 200 km, choć te miejsca, które znów albo po raz pierwszy chcę zobaczyć są już jednak znacznie dalej.

 

17. 08. 18
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Jakie masz skojarzenia ze Słowacją? Słowacki Raj, Tatralandia i inne baseny, nadgorliwa policja i sprawy bezdyskusyjnej pokuty w przypadku wykroczeń drogowych, piwo Złoty Bażant, dużo Romów, narty, haluszki, i…. to by było na tyle, jak mawiał specjalista mniemanologii stosowanej, Jan Tadeusz Stanisławski.

Część Polaków jadąc na Bałkany musi przez Słowację przejechać, ale jako, że jest to stosunkowo niedaleko od domu, nie traktuje się jej jakoś szczególnie zagranicznie. Czyli, jakby powiedzieli politycy pewnego rozpadłego w czasach słusznie minionych kraju - bliska zagranica. Prawdę mówiąc, dość długo Słowacja była dla mnie białą plamą - sporą, bo jednak od Tatr po Dunaj. Kiedyś otarłam się o Bratysławę i ze zdumieniem stwierdziłam, że to może być nie tylko dobre miejsce na nocleg podczas zwiedzania Wiednia, ale nawet ostateczny cel podróży.

Do Vrbova jeździłam kilkakrotnie, co oczywiste dla miłośniczki wód termalnych, ale dopiero niedawno postanowiłam nieco poznać Spisz. Ponieważ, obrazowo mówiąc, są to tereny po drugiej stronie Łysej Polany, być może komuś moje wrażenia podpowiedzą krótki wypad w te strony. 

Ostatnio poznałam niezwykłą historię zamku kieżmarskiego z elementem polskim w tle. Nie wdając się w historyczne szczegóły (kto mnie zna wie, że historia to dla mnie materia ledwo znana z widzenia) - początkiem XVI wieku zamek został podarowany szlachcicowi polskiemu Hieronimowi Łaskiemu, którego syn, Olbracht - birbant i awanturnik, ożenił się ze starszą od siebie o 21 lat Beatą Kościelecką. Potem uwięził małżonkę w zamku kieżmarskim, zmusił do przepisania na siebie całego swojego majątku, po czym więził ją tam wiele lat w niedostatku. Reasumując- ślad polski jak najbardziej historyczny. Czy snująca się po zamku zjawa to Beata?  Tak mówią.

O 25 km od Vrbova leży Lewocza, miasto będące w przeszłości stolicą Spiszu, słynne z najwyższego na świecie gotyckiego ołtarza autorstwa Pawła z Lewoczy (niektóre źródła podają, że miał być uczniem Wita Stwosza). W rynku znajduje się znana w okolicy klatka hańby. Do niej na dobę zamykano te występne kobiety, które wychodziły bez mężczyzn po zmierzchu. Gdyby te zasady nadal obowiązywały, nie wyobrażam sobie rozmiarów współczesnej klatki hańby. W Lewoczy znalazłam dwa polskie ślady: dom Sebastiana Krupka, krakowskiego kupca oraz Polską Bramę - jedną z trzech bram murów obronnych, wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Fasada domu S. Krupka widocznie nadgryziona zębem czasu. Jakoś tak mi się pomyślało, że nie takie nieruchomości odzyskiwali bynajmniej niespadkobiercy. Więc może w Krakowie są jacyś potomkowie kupca Sebastiana…

Ogromne wrażenie zrobił na mnie Spiski Hrad, w zasadzie ruiny średniowiecznego zamczyska, z przełomu XI i XII w. Jak na swój wiek i przejścia prezentuje stan więcej niż dobry. Dla mnie - do teraz onieśmiela potęgą. A jakież dopiero robił wrażenie w czasach, w których był budowany… Przez tę monumentalność spełniał swoje zadanie-kolos mający strzec północnych granic węgierskiego państwa. Warownia zajmuje ponad 4 hektary. Nad nią góruje okazały donżon, na który nie wyszłam, bo – przyjmijmy – że wiało. Ale jeszcze kiedyś to zrobię, tak sobie obiecałam. Przyjadę jeszcze raz. Zresztą, nie tylko w tym celu. Nie zdążyłam być przy gejzerze Siwa Broda, nie byłam w Spiskiej Kapitule, ledwo zerknęłam na Spiską Nową Wieś( która dla niepoznaki jest uroczym miasteczkiem), nie pojechałam do Spiskiego Czwartku jeszcze raz popatrzeć na przepiękne witraże kaplicy Zapolyów. 

Wiele jeszcze przede mną. Jak to dobrze, że ta Słowacja to taka bliska zagranica.

18. 03. 30
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Od dłuższego czasu marzył mi się wyjazd do Maroka. Ale, że jakoś się nie składało, odkładany był na półkę z planami w kategorii „kiedyś”. Wreszcie zdarzyła się taka okoliczność pod nazwą „bardzo okrągłe urodziny Andrzeja”. Postanowiłam, że zrobię mu prezent i pojedziemy na kilka dni razem.( Zauważ jakim wykazałam się sprytem, bowiem Andrzej chyba o Maroku nie marzył. Lecz udało mi się przekonać go, że jak to? Marzył przecież! Tylko nie mówił o tym.). Jako, że oboje z historią, architekturą, zbiorami muzealnymi znamy się przelotnie i nie pałamy wzajemnym entuzjazmem, wybór wyjazdu o charakterze geograficzno – przyrodniczym był oczywistą oczywistością. Ta przyrodnicza część dotyczyła botaniki, a nie zoologii, a zwłaszcza nie dotyczyła „wielbłądologii”, bowiem ledwo zbliżanie się do tych zwierząt toleruję. Natomiast jazdę na nich praktykowałam raz i wystarczy mi po wsze czasy. A i Andrzej także preferuje inne pojazdy.

W zasadzie moja impresja dotycząca pobytu w Maroku będzie się skupiać na tym, co dla mnie było zaskakujące czy inne niż dotąd poznane. Do kategorii tychże zaskakujących mnie informacji należy przekonanie Marokańczyków, że po francusku nie mówią lub nie rozumieją tego języka wyłącznie osoby upośledzone umysłowo. Taaaak, współcześnie w Polsce, zdaje się, większość niewładających francuskim mieszka, ale żeby od razu sądzić, że to upośledzeni? :-D

Mówi się, że Polacy są przesądni, ale jak się okazuje, do mistrzostwa Berberów w przesądności, to nam ogromnie daleko. Berberowie są absolutnie przeświadczeni, że w każdej kratce ściekowej mieszka dżin albo dżinnija, którzy mogą złapać przechodzącego za nogę i wciągnąć go do swego podziemnego, strasznego królestwa. Dlatego kratki ściekowe są przysłonięte różnymi matami czy rodzajem jakiegoś linoleum. Ich zabobonność to także chronienie się wszelakimi amuletami od zet berberyjskiego począwszy, przez rękę Fatimy, na nagminnie używanym, super ochronnym kolorze czarnym w ubraniach. Zresztą podejście tradycyjnych mieszkańców Maroka do mody bardzo znacząco odstaje od tego co noszą Europejczycy. Większość ich nosi dżalabije do kostek. Ku mojemu zdumieniu, sama podobną w kroju posiadam, ale do wyjazdu nazywałam ją krótką parką z kapturem.

Nasza objazdówka zawierała w programie odwiedziny w domach, w jakich mieszkają tam ludzie. I powiem tak, nie miałam świadomości, że mieszkam w tak pięknym i bogatym bogactwem mieszkańców, kraju. W domach nie ma szaf, bo i w jakim celu miałyby być, skoro posiadanie dwóch kompletów ubrań, to zbytek. Nie ma łóżek, sof, foteli, bo przecież siedzi się i śpi na dywanach. Często nie ma szyb, natomiast jest rodzaj ozdobnej kraty okiennej. O toaletach raczej pomilczę...Natomiast posiadanie telewizora jest oczywistą oczywistością. Nasza przewodniczka mówiła, że Marokańczycy, to naród telemanów- przyznają się do oglądania telewizji przez 9 godzin dziennie. Ja, jako osoba oglądająca telewizję w wymiarze maksymalnie paru godzin rocznie, próbowałam zasmakować w ich programach. Jeden, rzekomo wyjątkowo często oglądany, to program muzyczny. Nieustająco śpiewają mężczyźni, wokół nich siedzą mężczyźni, których te pieśni tak poruszają, że zaczynają pląsać we dwóch czy trzech, a pozostali panowie w zachwycie biją brawo. Oczywiście kobiet nie ma w tym programie, a jeśli są to w ostatnich rzędach. Bo też i rola kobiet jest tam, jak dla mnie, nie do zaakceptowania. Przewodniczka wspominała o tym jak wywołała na suku szok wśród handlujących tam panów, bo po pierwsze poszła na zakupy sama a po drugie..... miała pieniądze. Kobieta posiadająca i dysponująca pieniędzmi, to na południu Maroka sytuacja absolutnie nie wyobrażalna.

Czytałam,że na tamtym terenie karierę i szacunek można zrobić zostając ulicznym opowiadaczem. Nie, nie takim jak w Polsce tj. stojącym przed przejściem dla pieszych i przekazującym plotki i podobnie istotne wiadomości. Prawdziwym! W Marrakeszu, na placu Dżemma el Fna spotkaliśmy ich paru. Panowie z zaangażowaniem mówili, podśpiewywali, gestykulowali, a otaczał ich całkiem spory tłumek słuchaczy.

I jeszcze zdanko o Haratynach. To zupełnie u nas nieznana kategoria ludzi. Są potomkami czarnych niewolników arabskich panów. Wprawdzie Francuzi znieśli niewolnictwo w Maroku, ale Haratyni jako najniższa klasa zostali klasą najniższą. Poznaliśmy jednego z nich. Dostał od życia szansę – był krawcem szyjącym kostiumy dla aktorów a także był przewodnikiem po studiu filmowym Atlas w Ouarzazate, studiu w którym kręcono sceny do filmu Gladiator czy Kleopatra. Jest to zresztą interesujące miejsce także z tego powodu, że funkcjonuje tam, bodajże jedyna w świecie szkoła statystów.

Długo można by snuć wspomnienia z tego krótkiego pobytu. Ale ważne jest, że znów spotkaliśmy interesujących i ciekawych świata ludzi. I kolejny raz cieszyliśmy się, że mieszkamy w kraju, w którym mieszkamy, a także w miejscu, które nam się podoba. A że głód podróży trawi nas od wielu lat, wyobrażam sobie, że wkrótce pojawi się kolejny pomysł. Wprawdzie ostatnie wydarzenia zawodowe mocno nadszarpnęły tak nasz budżet jak zaufanie do ludzi, ale wierzę, że znów się pozbieramy, żeby realizować nasze małe podróżnicze marzenia.

 

17. 07. 14
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Jestem przyzwyczajona, że jak coś lubię albo mi się podoba, to nie są to rzeczy, teksty, miejsca, sprawy, które podobają się większości. I nie chodzi o to, że silę się na oryginalność, dlatego wybieram to, co jest mniej popularne. W zasadzie, to nawet nie znajduję na te upodobania argumentu, ale też zupełnie nie szukam. Przywykłam. Lubię na przykład pełnię księżyca. Dobrze się wtedy czuję, świetnie śpię, mam wyśmienity humor i werwę. Pełnia zawsze kojarzy mi się z podróżą, wyjazdem, urlopem, poznawaniem. Niemcy mają takie określenie Reisefieber, które w najpozytywniejszym znaczeniu kojarzę z pełnią. Lubię miejsca, gdzie życie jest prawdziwe, albo gdzie nie „wszyscy” już byli.

Zdarzyło mi się trzykrotnie wybrać jako cel wyjazdu Czechy. Raz klasycznie - byłam zwiedzać  Pragę. Drugi raz na bogato - był to wyjazd do rezerwatu przyrody, do Slavkovskiego Lesu, a konkretnie… do spa w Mariańskich Łaźniach. Każda, no prawie, kobieta marzy o wyjeździe do spa. Sprawdziłam uprzednio oferty wypoczynkowo-upiększaniowe w swojej okolicy - z grubsza licząc jeden nocleg ze śniadaniem  i obiadokolacją, 30 minut masażu relaksacyjnego, o typie miziania, grota, sauny i basen to koszt 300- 350 zł. Sporo za niezbyt wiele. Nie wikłając Cię w szczegóły - jako koleżanka kierowniczka wyjazdu, wybrałam Mariańskie łaźnie, hotel Richard, z jego świetnym zapleczem wellness& spa oraz namówiłam swoje trzy koleżanki na wspólny 6 dniowy wypad. Cena była zbieżna z ceną weekendu w polskim spa, zabiegi: dużo, długo i wspaniałe. Oczywiście miałyśmy sporo czasu na zwiedzanie i spacery po tym cudnie odrestaurowanym mieście. Za jednym zamachem miałyśmy XIX wiek za oknem i sporo lat mniej na duszy i ciele. Kolejny raz to znów był babski wypad, do Blanska na Morawach, zamieszkałyśmy w fantastycznym pensjonacie U Rechu. Niby pojechałyśmy z dziewczynami, żeby pogadać, ale tak naprawdę to na rejs kanałem Baty (nie wyszło nam tym razem) i na Morawski Kras. Jest to prawdziwy labirynt zalesionych wzgórz i wapiennych wąwozów leżący na północ od Brna. Większość turystów przyjeżdża tu ze względu na jaskinie. Spośród kilkuset tutejszych jaskiń i przepaści, najsłynniejsze są Punkevni Jeskyne. Najpierw, idąc wśród stalaktytów i stalagmitów, dociera się na dno słynnej przepaści Macochy – gigantycznej dziury o głębokości około 140 metrów, powstałej po zawaleniu się stropu pieczary. Panuje tu specyficzny mikroklimat – latem porastająca ściany roślinność sprawia wrażenie tropików. Najwięcej emocji wywołuje spływ łodziami podziemną rzeką Punkvą. Podczas naszego spływania poziom wody był wysoki, więc chcąc przepłynąć, należało się w łódce prawie położyć na plecach. A i tak skalne nawisy drapały nas po wystających częściach ciała (No, kto sobie pomyślał, że po brzuchu?! :-)). Podczas tego wypadu, zawadziłyśmy o Austerliz. Tak, tak, teraz to są Czechy i obecnie obowiązująca nazwa to Slavkov u Brna. Prawda, że podobnie brzmi?;-) Co roku w grudniu, w okolicach zamku odbywa się rekonstrukcja bitwy trzech cesarzy, natomiast  w sierpniu - Letnie Dni Napoleońskie, czyli okazja do świętowania urodzin Napoleona. W tym roku wszystko odbywać się będzie 12 sierpnia. Nie pojadę niestety. W tym terminie zaplanowałam wyjazd na Spisz.

A tak poza tematem, a w zasadzie nie koniecznie: jak to jest, że kraje leżące na podobnej szerokości geograficznej, mające podobny klimat, czy zbliżoną historię wychodzenia z różnych politycznych zakrętów, nie muszą za swe usługi  zdzierać  finansowej skóry bez znieczulenia?  Tak jak to ma miejsce w różnych turystycznych „Mekkach” czy letnich/zimowych „stolicach” naszego kraju…