23. 08. 25
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Ogórki to europejski wynalazek- z ich orzeźwiających właściwości korzystał i wychwalał je sam Juliusz Cezar, natomiast warzywa te do Ameryki wywiózł w XV wieku Krzysztof Kolumb, zostawiwszy je dla hodowli na Haiti. Smakoszem ogórków był Ludwik XIV, marzył o ich konsumpcji przez cały rok, więc jego służby wymyśliły dla tego warzywa …  szklarnię.           Sezon ogórkowy, to synonim sezonu letniego, wakacyjnego, kiedy zwalnia tempo życia, ludzie urlopują się - jedni pod gruszą, inni na wczasach, a kolejni na działkach, w ogródkach, w kuchniach - robiąc przetwory. Na rzeczone ogórki jest mnóstwo przepisów, w które zaangażowane są ingrediencje wszelakie, i kwaśne i słodkie i ostre. Same bezkonkurencyjne kiszone robione są na dziesiątki sposobów. Ale nie o przepisach chcę się dziś wypowiadać, bo kto mnie zna ten wie, że kompletnie się na tym nie znam. U nas przetwory robi mój mąż, zresztą on także nam gotuje, a robi to znakomicie. Bieżący sezon ogórkowy ma dla mnie koloryt ciszy przed burzą. Bo jesienią najprawdopodobniej czekają nas wybory, więc spokój, który trwa, jest spokojem pozornym, niczym przed erupcją wulkanu. I muszę powiedzieć, że bardzo boję się tej ciszy szykowania. Bo ja nie lubię w naszym narodzie tego, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie. Nie lubię tego, że normą się stało, by dla każdego mieć inną narrację, by niczym baba z magla, rozmówcy przypadkiem nie zrazić, a wyciągnąć jak najwięcej informacji. Nie lubię tego braku wzajemnego zaufania, podkradania pomysłów, obrzucania się pomówieniami. Nie lubię tego, że taki czas wyostrza reakcje, a że nie zawsze słowa, które w ferworze wyborczego wiecowania padają są prawdą, to co? Potem się sprostuje jakimś drobnym druczkiem na ostatniej stronie.                                                                                         Miałam kiedyś epizod pracy w jednej z rzeszowskich szkół, w której dyrekcja ukończyła wyższe studia w zakresie szczucia pracowników na siebie. Była sprytna i dlatego udawało jej się zajmować to stanowisko lat kilka. A grono było tak podzielone, że grobowe milczenie w pokoju nauczycielskim było normą. Do tego małżonek dyrekcji miał wielkie wpływy u osoby, która pozornie nie miała wiele do powiedzenia akurat materii oświatowej, ale de facto pociągała za wiele rzeszowskich sznurków. Kiedy, wskutek różnych okoliczności, prawda o ręcznym sterowaniu naszymi relacjami ujawniła się, osobom uczestniczącym w owych „tańcach”, wygrywanych na nutę dyrekcji, nagle, jakby łuski spadły z oczu. Zobaczyliśmy w sobie to, co przeróżne szeptane pomówienia nam zasłaniały. Że jesteśmy profesjonalni w tym co robimy, że potrafimy współdziałać i bez utarczek dążyć do celu, że każdy ma wprawdzie jakieś mankamenty i wady, ale one nie powinny nam przesłaniać dobra w danej osobie. Zobaczyliśmy partnerów do współpracy.

 

I mam takie marzenie, żeby w sezonie ogórkowym zacząć patrzeć na drugiego człowieka wzrokiem nie przepojonym oparami politycznych resentymentów. Może chociaż niektórym się uda.

 

23. 07. 23
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Lubię pełnię. Nie tylko dlatego, że księżyc nie przeszkadza mi we śnie, ale dlatego, że w tym czasie zwykle dzieje się u mnie coś interesującego. Albo wydarzenie, albo jakieś wyjście, albo wyjazd, albo niezwykłe spotkanie... A tym razem było wszystko naraz. 6 maja, a więc dobę po Kwiatowym Księżycu, w Domu Dobrostanu i Relaksu, w Setorii, czyli u Asi i Tomka Chmielewskich w Oparówce, spotkało się kilkanaście osób, którym ekologia, życie w zgodzie z sobą, innymi, naturą, jest bliskim i oczywistym wyborem. Na podwórku przed ich domem stał stół, nad nim napis „Restauracja Przewodu Pokarmowego”. I faktycznie, mowa była o restauracji, jako o przywróceniu nas naturze, czy zwróceniu się do natury, ale także był czas na zaskoczenia kulinarne nazywane „niebem w gębie”. To spotkanie było bardzo bliskie ziemi i jednocześnie kosmicznie odległe od tego, co na ogół jemy. Kilkanaście osób dało się porwać prowadzącej warsztaty (czy event albo doświadczenie kulinarne), Donyi Land Fóód &More - Polki, od wielu lat mieszkającej w Nowym Jorku. Uczestniczki przyjechały nie tylko z naszych okolic. Oprócz osób z naszego powiatu – Bogusi, Asi i mnie, była mieszkanka Mogielnicy, choć kto ją zna wie, że tylko tam śpi, bo jest stąd i pracuje także w naszym mieście. Były mieszkanki Uherzec Mineralnych, okolic Beskidu Niskiego, Stalowej Woli, Warszawy, Piaseczna- choć to też Strzyżowianka, a nawet Suwałk. Dla wszystkich wspólnymi znajomymi byli Asia i Tomek, lecz szybko nawiązała się między nami, dopiero poznanymi osobami, dobra komitywa. Prowadząca Donya z łatwością skupiła naszą uwagę na swym malarsko - artystycznym postrzeganiu konsumpcji. Nieśpiesznie przechadzała się słowem po skojarzeniach i konkretach dotyczących swych preferencji kulinarnych. Opowiadała o roślinach, o ich przygotowaniu na talerz, z łatwością komponowała nasze wyobrażenia w tym zakresie. Nie trzymała się sztywno żadnego przepisu- jak wytrawny artysta aranżowała dla nas ucztę wszystkich zmysłów. Przekonująco zachęcała, by pić ciepłe napoje, na które z łatwością daliśmy się skusić. Po aromatycznym naparze z trawy cytrynowej (i kwiatów, ale nie zapamiętałam jakich) i drugim z pokrzywy i także jakichś kwiatów, udaliśmy się do ogródka sąsiadki, Kazi, która pozwoliła nam częstować się swymi ogródkowymi uprawami- kwiatami judaszowca, pigwowca, kłokoczki, stokrotkami, magnoliami, pierwiosnkami, liśćmi funkii, lubczyku i wieloma innymi, zaskakującymi walorami konsumpcyjnymi, roślinami. Następnie wróciliśmy do stołu, by delektować się zupą z pokrzyw i żurku z własną dekoracją. Ja, oprócz kwiatów wrzuciłam do zupy garść pastorałów paproci wraz z kwiatami kłokoczki – wyglądała pięknie, smakowała wybornie. W ogóle, cała ta przygoda kulinarna niezwykle mnie poruszyła. Nie spodziewałam się, że ja, którą z każdego towarzystwa skutecznie przepędzają dyskusje dotyczące przepisów na ciasta, przetwory czy potrawy, wezmę udział w takim spotkaniu i będę miała z tego przyjemność. Dla mnie „system rozwaliła” przekąska -  kieliszek kabaczkowy z masą daktylowo - musztardową, zwieńczony orzeszkiem macadamia i udekorowany listkiem bazylii. Nie przychodzi mi do głowy żadne określenie poza: niebiański smak, kęs ambrozji, poezja kulinarna...no już sama nie wiem jak ją nazwać. Mimo pogody zamówionej u właściwych person,niż o obcobrzmiącym imieniu próbował zepsuć nasze popołudnie. Bezskutecznie. Stół został przeniesiony pod zadaszoną wiatę, a ognisko, mimo deszczu, nie przygasało. Trochę słuchaliśmy siebie wzajemnie, trochę jedliśmy, trochę wsłuchiwaliśmy się w deszcz, trochę zastanawialiśmy się czy to wabią się żabki, czy jednak turkucie podjadki się nawołują. Przestawało padać. Księżyc w pełni, otulony chmurami zaglądał do nas ciekawie.Nawet gwiazdy się pokazały. Donya zaprosiła nas na kolejne degustacje past, warzyw, musów, sosów, posypek, ucierek...Było też magiczne kakao, warzone długo, z ingrediencjami tajemnymi i odtajnianymi ciekawym oraz desery marchewkowe i z nutą amerykańską.

Spotkanie nasze nie mogło się obejść bez czasu relaksacji, w który wprowadziła nas słowem Gospodyni Setorii Joanna. Relaks to obowiązkowa część wizyty na strychu tego domu z duszą. Niezwykle istotna w relaksacji była rola Tomasza, a dokładnie brzmień, które wydobywał z mis tybetańskich, gongów planetarnych, dzwonków Zaphir, kalimby i Happi Drum, które głaskały nasze emocje i tonizowały poglądy, pozwalały uporządkować swoje przeżycia i obserwacje. Nie jest łatwo poskromić nasze myśli nawykłe do ciągłego pośpiechu i biegania na skróty. Relaksacja skutecznie tego uczy, choć po sobie wiem, że wciąż jestem na samym początku tej umiejętności. Mam bowiem tę niezwykłą przyjemność, że co tydzień goszczę w Setorii, spotykając się z osobami, dla których ważna jest nauka bycia z sobą, z innymi, w dobrze i w pokoju. I relaksacja, choć kończy nasze spotkania, zaczyna otwierać nas na poznawanie siebie, co jak wiadomo warto robić zawsze i w każdych okolicznościach.

 

  

 

22. 08. 27
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Niedawno wpadł mi w ręce tekst o kobietach w czasie post patriarchatu. Myślałam o tym, czy faktycznie nasze wybory i decyzje są głównie wynikiem schematów, w których funkcjonujemy? Nie jestem specjalnie przesądna (wyjątkiem jest postawienie torebki na podłodze ;-) ), ale od dzieciństwa mam wdrukowane w pamięć przeświadczenie, że w Wigilię, dla szczęścia i dobrobytu rodziny, pierwszym odwiedzającym dany dom musiał być mężczyzna. Znacznie później dowiedziałam się o takim przesądzie, że podczas ślubu należy sukienkę panny młodej położyć tak, żeby pod nią był kawałek buta pana młodego, co miało dawać gwarancję, że wybranek na pewno będzie siedział po ślubie pod pantoflem. Moja suknia była inna od innych- asymetryczna (lata 80-te ubiegłego wieku, przypomnę dla porządku), zatem, musiałabym się w kościele z niej.. rozebrać, żeby coś na tego buta Andrzejowego zarzucić. No i jeszcze taka „mądrość ludowa”, że jak kobieta w ciąży „traci” urodę, to na córkę. No bo pięknieje się wyłącznie na syna! Jak już kiedyś powiedziałam: dla kobiet przewidziana jest społecznie wieczna drugoplanowość. Tekst, o którym wspomniałam na wstępie, także kategoryzował kobiety na współczesne anielice i współczesne ladacznice. Kobieta miała być albo eterycznym bytem, zwiewnym i (zawsze) wiotkim, lub „heroską”, odważną, zdeterminowaną na przeżywanie przygód i radzącą sobie z wszelkimi problemami i przeszkodami. Wiem, że życie nie jest czarno- białe, a i dokonywane przez nas wybory nie są zero- jedynkowe. Zatem takie konstrukcje teoretyczne zupełnie do niego nie przystają. Dzisiejsze kobiety z powodzeniem radzą sobie w wielu dziedzinach, także tych kiedyś zastrzeżonych dla mężczyzn. Wręcz myślę sobie, że niektórym panom bardzo się podoba, że współczesne panie wiele robią za nich. I że już nie koniecznie muszą się sami we wszystkim wykazywać. Kiedyś mój znajomy psycholog powiedział, że obecnie faceci dużo łatwiej  łapią doła, wypalają się zawodowo, są sfrustrowani pędzącą techniką, mają coraz niższe poczucie wartości, krócej żyją, czyli stają się słabszą płcią. Z tym przedostatnim nie polemizujemy, ale te wcześniejsze męskie problemy można próbować zmienić. Pewna, nieżyjąca psycholog, w rozmowie ze mną wyraziła się, że kobiety mają tendencję do „emocjonalnego kastrowania” mężczyzn, bo nie umieją cierpliwie czekać na wykonanie czegoś, tylko domagają się, żeby zrobić to już i natychmiast. A ponieważ nie ma „już i natychmiast”, to robią same. Halo, mężatki, kobiety we wszelkich związkach! Też znacie ten problem z autopsji? Okazuje się, że my, kobiety to żywy przykład na powiedzenie: chcieć to móc. Pewnie, że nie wszystkich pań to dotyczy. Ale gros moich koleżanek ma wiarę, że nie święci garnki lepią i dlatego ja też mogę z powodzeniem swój sukces i obecność w teraźniejszości ulepić. A że lata lecą, to co? W człowieku zmienia się wygląd, ale reszta tylko go bogaci- doświadczenie, wiedza, praktyka są wiele więcej warte niż opakowanie.

22. 07. 10
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Zapewne nie jestem jedyną, która się dziwi. Wręcz uważam, że dziwienie się świadczy o braku obojętności dla otoczenia. Jest potrzebne dla rozwoju własnego oraz do nie nudzenia się z sobą. Jest w życiu niezbędne. Nie za bardzo wiem jak Ci, miły Czytelniku, o tym mówić, ani czy Cię to w jakimkolwiek stopniu interesuje. Od wielu lat dziwi mnie moda, a raczej chęć ubierania się jak ktoś/ coś każe lub tak, by wyglądać jak co drugi, trzeci, dziesiąty przechodzień. Nie pojmuję osób, których nie ogarnia dreszcz, nie, nie ekscytacji, ale wręcz, najlżej nazywając- niechęci do wieszaka, na którym są np. ubrania tego samego fasonu i koloru w rozmiarze od 32 do 60. Gdy słyszę słowa : „znakomicie się to sprzedaje” lub wręcz: „ sprzedałam tego wzoru mnóstwo” wiem, że to nie jest coś dla mnie. Ale pewno postawa moja wynika z faktu, że mnie kompletnie nie obchodzi, czy mój strój, bądź fryzura się komuś podoba, czy nie. Ja się mam w nim dobrze czuć i tyle w temacie. Podobnie również, nie rozumiem tendencji do zatrudniania specjalistów od ergonomii w kuchni, czy w mieszkaniu, projektantów ogrodów i wnętrz, którzy wiedzą lepiej od właściciela. Przecież to ja wiem co lubię, a z czym, w czym, się źle czuję. I ja wiem czy wolę, by lodówka była pod ręką, albo czy pod ręką chcę mieć kuchenkę. Nie mówiąc o tym, że jak patrzę np. na te (niby) indywidualnie i (zawsze) pod klienta projektowane ogrody, z tą ścieżką wijącą się przez środek jak żmija, z tymi krzewami udającymi japoński bonsai, to mam skojarzenie z identycznymi twarzami kobiet, którym chirurg- plastyk „otwarł oko” i wypchał usta na wzór glonojada. Złośliwi powiedzą- nie stać cię, to wydziwiasz. Zapewniam, że nawet jeśli mnie stać, to najważniejszy dla mnie jest własny ślad w mojej przestrzeni. Coś, co stanowi o jej wyjątkowości. Taka „mojszość”.

Dalej, zastanawia mnie też, skąd wzięła się taka moda żeby mieć psa wielkości połowy kota. Moja córka ma dwa psy, jednego wielkości kota, a drugiego pełnowymiarowego dojczlanda. Kochamy tę naszą malotę już blisko 10 lat, ale wiemy, że Zumba to królewna, którą należy obsługiwać i chronić. Natomiast Cortez to pies, który za Anię oddałby bez wahania życie. Zatem, ludzie mają te maluchy, bo się nie boją, bo potrzebują przelać swoje uczucia, ale bez zobowiązań na zawsze, bo dziecko, to już całkiem inna odpowiedzialność..? Ja tylko pytam, bo przecież nie wiem.

Zaskakują mnie też mężczyźni i to nie tylko ci wprost z fotela barbera, dodatkowo z wytatuowaną jedną ręką. Ale także, będący żywą reklamą siłowni, panowie po 50-ce, pchający dziecięcy wózek wartości używanego auta, z partnerką w wieku córki z pierwszego związku, każde uzbrojone i zapatrzone w telefon Apple, a nieobecne duchem tu i teraz. Ja to myślę, że  wiek średni powinien sprzyjać odkrywaniu świata we dwoje i cieszeniu się własnym wsparciem. Nawet z facetem mającym jakiś brzuszek lub z kobietą bezskutecznie walczącą z pelikanami. Ale co ja tam wiem o prawdziwym życiu, zwykła małomiasteczkowa logopedka, bawiąca się w blogerkę.

Dziwi mnie, że ludzie pomagają obcym, często całkowicie bezinteresownie, a ręki do siostry czy brata nie wyciągną. Dziwi mnie, że często słucham zwierzeń obcych ludzi, ale oni swoim najbliższym tego pod żadnym pozorem nie powiedzą. Dziwi mnie brak potrzeby identyfikowania się z autorytetami lub w ogóle brak autorytetów, ich nieistotność. Dziwi mnie zdziwienie, że można coś robić pro bono, a do tego robić to porządnie. Dziwi mnie potrzeba wywyższania się, wyłącznie kosztem słabszego lub takiego, który na to pozwoli. Dziwi mnie praca bez pasji i to durne hasło” piątek, piątunio” , jakby życie miało polegać wyłącznie na oczekiwaniu na wolne od pracy chwile.

I wiele mam podobnych zdziwień. Lecz nieustająco się cieszę, że je dostrzegam, bo wciąż żyję życiem, a nie czekaniem na nie, niczym na Godota.

22. 02. 19
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Pandemia trwa już 2 lata. Mamy mniej kontaktów, a poziom zainteresowania sprawami bliźnich wciąż ten sam. To znakomite warunki dla rozwoju plotek. Wg słownika „Plotka to, niesprawdzona lub kłamliwa pogłoska, która powoduje utratę dobrego wizerunku osoby, której dotyczy. Plotki rodzą się w sytuacjach, gdy ludzie dokładnie nie wiedzą, co tak naprawdę się dzieje i gdy ludzka „ciekawość poznawcza” czyni atrakcyjnym tematem rozmowy każdą aktualną wiadomość.”  

  Kolportujący takie wiadomości z reguły pozostają bezkarni, a ci, których owe pogłoski dotyczą najczęściej dowiadują się na końcu, a potem z reguły nie wiedzą jaką przyjąć wobec nich strategię. Negować? Bagatelizować? Dementować? A może samemu celowo rozdmuchiwać, żeby niczym pożar po stepie, szybko obiegła całe towarzystwo czy miasto i samoistnie wygasła.. Bo plotka niby blisko obmowy stoi, lecz obmowa zawsze rani („Tak wysoko głowę nosił, no i patrz, zbankrutowało mu się.”). A plotka może być nieszkodliwa, choć zawsze zawiera złe emocje. („Schudła faktycznie. Podobno na jakieś drogie wczasy odchudzające jeździ.”) Łatwo powiedzieć, że na plotkę człowiek przyzwoity powinien stanowczo zareagować. Nie każdy chce odcinać się od źródła takich pikantnych szczegółów. Ludzie z rzadka spoglądają na drugiego z życzliwością, a często nie znając stanu faktycznego potrafią sobie „dośpiewać” takie wersje, że  rzeczywistość nie ma szans. Bo przecież lepiej się przekaże niusa: załatwił sobie swoją pozycję zawodową, niż zapracował na nią. Figurę wyrzeźbiła ćwiczeniami- aż pachnie potem. Lepiej: wywaliła kupę kasy, to jej sadło wymasowali.  Kręci niezłe lody na boku, albo: chłopa ma, mówią życzliwi o kobiecie pracującej do późna… Pewne znane mi powiedzenie mówi „Słowa rozpalane nienawiścią podpalają nie gorzej niż zapałka". 

 Nie chcę powiedzieć, że plotka, to domena pań, bo bym panów w tej materii nie doceniła. Ostatnio byłam blisko takiej rozmowy o kobiecie, która z życzliwością zajmuje się swoją niedomagającą teściową. I konkluzja była taka: „musiała jej zapisać cały majątek, bo przecież to dla niej obcy człowiek, więc nie wierzę, żeby się tak bezinteresownie angażowała”. Kiedy wtrąciłam się mówiąc, że teściowa to nie Marsjanka, ani przywłoka, czy też ni brat, ni swat, lecz MAMA współmałżonka (najczęściej zresztą chłopaka), zwana z przekąsem: mamusią, rozmowa zakończyła się natychmiast. Z tą „mamusią” to mam zresztą taki problem, że w naszej rodzinie tak do rodziców zwracali się nasi rodzice, tak my się do nich zwracamy czy też zwracaliśmy oraz nasze dzieci także tak do nas mówią. Więc ten przekąs dla mnie brzmi obco i musiałam się go nauczyć wysłuchiwać.

 Mówi się, że w każdej plotce jest ziarno prawdy, ale czasem jest tak minimalne, że całkiem niezauważalne. Najlepiej o owym ziarnie prawdy w plotce można się przekonać bawiąc się w głuchy telefon. Już czwarta osoba opowiadając krótką historyjkę opowiada inne szczegóły od tych, które były pierwowzorem.

 Zapytasz mnie drogi Czytelniku, po co ja to wszystko piszę? Szczerze odpowiem, że sama nie raz byłam obiektem plotek. A to że kolorowe włosy mam, więc z pewnością jestem niepoważna. A to, że ubieram się inaczej- za krótko, za długo, za kolorowo, więc nie można wierzyć takiej szalonej osobie. Noszę sporo biżuterii, więc po pierwsze: skąd na to mam? A po drugie wyglądam jak jakaś szamanka, więc może? Mam pracę, w której „żyję z gadania”- wszyscy normalni mówić potrafią, ale jakoś mnie wyjątkowo za to płacą. Ciekawe. Musi to mieć jakieś drugie dno. W ostatnich tygodniach wyobraźnię mieszkańców naszego miasteczka rozpala poszukiwanie osoby, która wygrała te 6 milionów (czy jakąś podobną sumę). Padają konkretne nazwiska. Jestem autentycznie przerażona takim brakiem wyobraźni plotkarzy. Przecież ten nius może dotrzeć do złodziei, do rzezimieszków gotowych na wiele dla kasy, przecież może się komuś stać krzywda, której nie da się odwrócić.

 Ja wiem, że mój apel z pewnością nie dotrze do twórców i łowców plotek. Oni niewiele czytają, skoro szukają tego rodzaju podniet, bądź żyć muszą życiem drugiego, bo w swoim pusto, nudno i chłodno. Ale nie mogę przejść obojętnie nad tym zjawiskiem społecznym, bo plotki wciąż są obecne i żyją tylko, gdy są kolportowane dalej. Więc może zaapeluję. Spróbuj zatrzymać jakąś docierającą do Ciebie plotkę. Nie indaguj informatora, lecz powiedz: nie wierzę, znam go, znam ją, to nieprawdopodobne, nie zajmuj się oszczerstwem, zastanów się nad konsekwencjami, zajmij się sobą.

 

21. 11. 02
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Drodzy Państwo, przypominam mój tekst sprzed 17 lat, opublikowany w październiku 2004 roku w "Wadze i Mieczu". Dla czytelników "ze świata" informacja: jest to nasz lokalny miesięcznik, od ponad 30-stu lat wydawany w wersji papierowej w moim rodzinnym Strzyżowie. Pisuję w nim od 20 lat, a trzeci rok jestem jego redaktorem naczelnym ( pro bono, rzecz jasna). Waga i miecz to elementy herbu Strzyżowa i stąd pochodzi nazwa. Myślę, że ten tekst jest przypomnienia wart. Zwłaszcza dziś w Zaduszki. 

                           Zaprzyjaźnieni ze mną Janeczka i Roger Maikowie odeszli latem i jesienią tego roku. Byłam na konsolacji po pogrzebie Rogera. Gdy powiedziałam, że w naszym miesięczniku dwukrotnie prowadziłam z nim rozmowy, rodzina bardzo chciała mieć te teksty. Prosili, by zrobić skany czy ksero, żeby mogli jeszcze raz spotkać się z ich bliskimi. Znali Janeczkę i Rogera lepiej i dłużej niż ja, ale to ja miałam dostęp do skarbu pamięci, jakim były teksty w WiM. Zdałam sobie wówczas sprawę jakie to wyjątkowe, że mamy takie medium, w którym zatrzymaliśmy na zawsze przeszłość. W naszej gazecie ona JEST, choć dla wielu występuje wyłącznie w kategorii BYŁA. Jak wiele dla mnie znaczyło, gdy ponownie czytałam słowa Rogera i przypominałam sobie słoneczne popołudnia w ich ogrodzie i nasze rozmowy, takie ważne i z żarem, choć o codzienności. Dziękuję Im, że byli w moim życiu. Mam nadzieję, że wielu z nas spacerując po cmentarnych alejkach,  spotka osoby, które przeszły już na drugą stronę życia, a były i są równie ważne teraz, jak wówczas, gdy dane nam było rozmawiać na tym świecie. Chilon ze Sparty mówił, że o zmarłych należy mówić dobrze lub milczeć. Mam szczęście, że wspominając moich bliskich będących na drugim brzegu, nie muszę milczeć.

Moi bardziej i mniej znajomi wiedzą, że jestem bezkrytyczną wielbicielką strzyżowskich krajobrazów. Ale ludzi tak bezkrytycznie lubić nie potrafię. Gdy szukam cechy wspólnej dla ludzi znad Wisłoka, na pierwszy plan wysuwa się przemożna potrzeba stabilizacji, ale idąca w kierunku bezwładu. Już wyjaśniam. Jak Ameryka, Włochy, Anglia- to sprzątanie domku, opieka nad… lub budowa, żadne próby nostryfikowania dyplomów czy innych uprawnień. W kraju- jeden zawód, jedno miejsce życia, jedna praca- może być za marne grosze, czasem w poniewierce przez właściciela, czy jego dzieci nawykłe już do pomiatania podwładnymi rodzica. A mnie imponują ludzie, którzy umieją wszystko, a gdy trzeba, wszystkiego się nauczą. Tacy, co mają głowę nabitą pomysłami na życie, świeżość spojrzenia, chęć doświadczania zmian. Ci ludzie nie dają się zamknąć w skorupie lat, czy w konwenansach. Proponuję Czytelnikom rodzaj wywiadu, rozmowę w cztery oczy właśnie z takimi osobami. Rozmowę o tym co w życiu- oprócz życia- ważne. Słowem- życiowy alfabet. Rok temu robiłam wywiad z niezwykle ruchliwymi w życiu ludźmi- Janiną i Rogerem Maikami. Osiedlili się w naszych stronach, choć wcześniej nic ich z tym miejscem nie łączyło. Są tacy, jakich lubię- chce im się chcieć, mają apetyt na życie, lubią się uczyć wciąż nowych rzeczy, są z sobą, łączy ich nie tylko wspólny adres. A że gadającą głową tej pary jest on, zapraszam na alfabet Rogera Maika.

 A - jak „A, a, a, kotki dwa…” śpiewam mojej żonie, gdy nie może zasnąć.

 B - jak brzoskwinie. Nasz znak rozpoznawczy, nasz sposób na dorobienie do emerytur. Czemu brzoskwinie? Bo owocują w drugim roku po posadzeniu, a my nie możemy czekać na owoce naszej pracy kilkanaście lat (choć człowiek zaprojektowany jest podobno na przeżycie 130 lat).

 C - jak chcemy. Oboje z żoną chcemy dla ludzi tu mieszkających czegoś dobrego, np. pokazać, że mieszkaniec wsi może nim być z wyboru (a nie z odrzucenia przez miasto), może być zadowolony, może- pracując na wsi- godziwie zarabiać. Jego wybór to nie tylko porzeczki, maliny, żyto lub świnie. To także brzoskwinie, winogrona czy hodowla cennych grzybów shitake. My jesteśmy z takiego pokolenia, które ma wpisane w życiorys uwzględnianie dobra grupy ludzi. Dla nas nie jest to frazes lecz sposób na życie: chcieć dla innych, a nie wyłącznie dla siebie.

 D – jak dom. Miałem kilka ważnych domów. Ważny był ten przedwojenny w Puszczykowie, okazały 3-kondygnacyjny, w stylu szwajcarskim, z ogromnym parkiem. Ważny był dwór w Gorzycach. Dom rodzinny, stary, niemiecki Rittergut był zimny. Mój obecny dom lubię najbardziej, jest mi przyjazny i ciepły.

 E - jak ekonomia. Nauka, którą zajmuje się męska linia Maików.

 F – jak Filip. Wszystkie psy w moim życiu były dogami i wszystkie nosiły to imię. Nasz obecny Filip to wprawdzie owoc przypadkowego związku matki dożycy z bliżej nieznanym absztyfikantem, ale serce ma po dogach a i posturę niczego sobie.

 G – jak Gorzyce; 22 lata życia poświęciłem na podniesienie z ruin 400-letniego dworu. Po zawale serca postanowiłem, że nie spędzę reszty życia przed telewizorem. Kupiłem ruiny i zakasałem rękawy. Zabrakło mi funduszy, gdy prace remontowe zaawansowane były w 85%. Cóż, życie, sukcesy i porażki…

 H – herb. Został nadany moim przodkom przez Stefana Batorego. Ale jaki on jest, nie wiem. Nigdy mnie to nie interesowało. Jeśli ktoś jest Czartoryskim, to zrozumiałe, że zna i używa swojego herbu. Maik używający herbu byłby śmieszny.

 I – jak Izabela, moja pierwsza żona, osoba poważna i roztropna. Za nas oboje.

 J – jak jazda samochodem. Moja pasja. Miałem wiele samochodów w tym DKW meisterklasse  Deutsche Kraft Werke lub dykta- klej- woda. Auto przy którym mikrus to prawdziwy Rolls- roys. Ale miałem też mercedesy.

 K – jak król strzelców kurkowych. Był nim w Poznaniu przez 7 lat mój dziadek Wojciech. Lubił mój dziadek cyfrę 7, miał np. siedem żon, naturalnie kolejno.

 L – jak literackie skłonności. Moja żona twierdzi, że je posiadam. Jak widzę brzydką babę, to tak ją opisuję, że nie zostawiam miejsca na wątpliwości co do jej szpetoty. Coś jak w prozie Dygasińskiego.

 Ł – jak łódź. Byłem w latach czterdziestych właścicielem ścigacza Isotta Frascini, ale tylko przez 24 godziny. Kupiłem go od radzieckiego sierżanta za litr spirytusu. Niestety następnego dnia sierżant przyszedł i zarekwirował mi moją Isottę Frascini. Zapłaty nie zwrócił…

 M – jak matka. Z mamą nie lubiliśmy się. Zresztą kiedy mieliśmy się polubić, skoro całymi miesiącami mieszkała w Wenecji. Mnie wychowywały nianie, bony.

 N – jak Neryngowo, majątek moich rodziców pod Wrześnią. Miejscowość tę kojarzę z końmi. Kiedy miałem 4 lata dostałem konia- kasztankę z gwiazdką. Kiedy miałem 5 lat, to już dobrze sobie radziłem w siodle.

 O- jak ojciec. Kochałem go bardzo, był 20 lat starszy od matki. Był ekonomistą i trzynastym polskim doktorem ekonomii, który w rządzie Grabskiego odpowiadał za politykę dewizową. Ale najpierw był niemieckim żołnierzem w stopniu podporucznika. W czasie powstania wielkopolskiego przeszedł na stronę Polaków (oficerów po polskiej stronie było niewielu). Później brał udział w powstaniu warszawskim. Służbę zakończył w stopniu podpułkownika. Kochał Polskę, sztukę i ekonomię.

 P- jak pierwsza dziewczyna, traf chce- Izabela. Byłem wtedy w pierwszej lub drugiej klasie szkoły powszechnej. To była Prywatna szkoła p.w. św. Teresy w Poznaniu.

 R – jak Roger. Mój ojciec był człowiekiem o szerokich horyzontach. Kochał, jak mówiłem, sztukę. Fascynowała go rzeźba- był znawcą i miłośnikiem twórczości Benvenuto Celliniego, włoskiego rzeźbiarza i złotnika. Miałem nosić po nim imię, lecz zaprzyjaźniony z ojcem ksiądz miał inne preferencje w sprawie imion. Ku zdumieniu wszystkich ochrzcił mnie imionami Roger Benvenuto Maria. Mój młodszy brat również nosi oryginalny zestaw imion Winston Ronald Randolf. Moja matka nie wytrzymała tego niezwykłego podejścia ojca do imion ich potomstwa i najmłodszemu dziecku kazała nadać imiona Andrzej Stefan.

 S- jak szkoła gwizdania. Mój dziadek Wojciech założył pierwszą w Poznaniu szkołę śpiewu i gwizdania dla kanarków. Była znana ze swej skuteczności, dlatego oddawali do niej na naukę swe kanarki liczący się hodowcy- od Warszawy po Berlin.

 T- jak Tibilisi, zachwycające miasto nad Kurą. Zamykam oczy i widzę tę cudowną lekkość architektury Wschodu. Podziwiałem je wielokrotnie. Na południowym, stromym brzegu rzeki wybudowano przepiękne pałacyki. Gruzja, piękne góry, stara gruzińska droga wojenna, piękne kobiety, herbaciane pola, dobre wino. Do dziś czuję smak gruzińskich win, do dziś we wspomnieniach palę czarne, gruzińskie papierosy.

 U -  jak urlop. Całe moje życie to praca i przerwa tj. urlop. A jak urlop, to koniecznie wyjazd za granicę. Dużo podróżowaliśmy, zwiedzaliśmy. I teraz o te wspomnienia, kolory, widoki, porównania, bogatsze są moje myśli.

 W- jak Wróbelek, moja druga żona. Wprawdzie jej imię zaczyna się zupełnie inną literą, ale nie używam go. Jest kobietą, której zawdzięczam drugie życie. Jest ze mną, choć przy moim charakterze nie jest to takie łatwe. Dlaczego Wróbelek? Jest bowiem powszechnie występujący (jak żony obok mężów), ruchliwy i nieco hałaśliwy ( jak żony w towarzystwie mężów). Czy wyobrażacie sobie życie bez ich ćwierkającej obecności? Ja, mimo mojej „literackiej” wyobraźni, tego nie potrafię.

 Z – jak zazdrość. Mówię, że nie jestem, ale ściśle rzecz ujmując- nie okazuję.