Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/filip/domains/loqueris.pl/public_html/libraries/cms/application/cms.php on line 464

Warning: A non-numeric value encountered in /home/filip/domains/loqueris.pl/public_html/templates/as002048free/includes/includes.php on line 80

Warning: A non-numeric value encountered in /home/filip/domains/loqueris.pl/public_html/templates/as002048free/includes/includes.php on line 80
Ludzie
21. 01. 02
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Ponieważ okres świąteczny w okowach Covidu-19 zredukował moją aktywność towarzyską i „okołostołową”, skupiłam się na przeszukiwaniu zasobów internetu w temacie najaktualniejszym, mianowicie szczepionek. Bo to i szczepiona na wszystko co wymagane jestem, a jednocześnie „mam za uszami” nie szczepienie się na grypę. Argumentów Wam nie podam, bo każdy nieszczepiący się swoje, mądre czy głupie, ma. Jednocześnie doskonale widzę, ile gorzkiej  prawdy jest w tekstach polityczno -surrealistycznego bloga, mianowicie w Minimalistycznej Satyrze Ahmeda Goldsteina: „W Polsce to żyją dziwni ludzie. Zeżre taki parówkę z Orlenu, op.....li dzika z włośniem, zapali fajkę z przemytu, wciągnie kreskę od randoma w klubie, otworzy dziwnego linka z wiadomości na fejsie, ale szczepionkom nie ufa, bo NIE WIADOMO CO W NICH JEST.”

Zatem, mili antyszczepionkowcy! Z pełnym respektem dla Waszej niezwykłej dociekliwości zakresie potencjalnych zagrożeń ze strony szczepionki przeciw Covid-19, chciałabym Was zapytać jak kupujecie pieczywo? Żeby było bez zagrożeń... No bo tak sobie myślę, że diabli wiedzą co piekarze (i czy to, w ogóle są certyfikowani piekarze) tam sypią? mogą wapna lub jakiegoś uplastyczniacza zamiast mąki dodawać, albo całkiem nieznanych polepszaczy czy spulchniaczy. Nawet jeśli mąkę dają, to może po taniości kupowana, spleśniała na przykład. A pleśń to udowodniony czynnik ryzyka rozwoju nowotworu. Albo można sobie wymyślić, że mąkę zza wschodniej granicy dronem przerzucają, bez cła i akcyzy, bo wtedy sporo można zaoszczędzić.Wiadomo, Polak oszczędny jest w niektórych aspektach. Jak to wszystko sprawdzić? Jak  prawdę poznać ? Jeśli przy chlebie naszym powszednim jestem, to w ogóle to jak ten chleb jest robiony? Może i jakieś jego badania do sanepidu wysyłają, ale sanepid ma teraz sądne dni, to raczej prozą życia się nie ma kiedy zająć.  Gdy tylko piekarze, czyli maszyna, wyrobią ciasto, to w formy szybciutko pakują i do pieca z nimi. Widział ktoś kiedyś co to za piec, jaka jego marka, kto go testował i co się w tym piecu dzieje? Coraz bardziej podejrzane, prawda? I jeszcze wmawiają ludziom, że taki cieplutki jest najlepszy, żeby tylko szybko sprzedać. Mój dom rodzinny jest koło wagonu pewnej piekarni, to wiem co mówię. My jesteśmy specjalistami w snuciu teorii spiskowych. Wspomnijmy zatem o powszechnie w domach używanych proszkach do pieczenia. Kto mi powie, czy taki kwaśny pirofosforan sodu, Na2H2P2O7 ,to on w przyrodzie występuje, a nie jest składnikiem np. spulchniacza do paszy dla nierogacizny? Jak się na chemii, wiele lat temu, nie uważało, to dziś wiedzy w tej materii brakuje. I trzeba kombinować z teoriami. Może to być, powiedzmy, spisek na polskie mózgi i żołądki, który uknuły wrogie miliarderów firmy. Jakiś Soros czy inny Bezos (ten od Amazona, więc ma czym tu i tam rozwozić), mają może w Polsce (pod przykrywką i na słupa) fabryczki wszelkich świństw. Może jakieś czipy robią, by na zlecenie Trumpa lub jego przyjaciół zaimplementować je w szczepionkach, by nam nakazywać co wybierać bądź na kogo głosować? Wy mnie dobrze zrozumiecie... no nie ma jak sprawdzić czy to wszystko bezpieczne? Kilka lat temu namówiłam Andrzeja, żeby folię kupić, na warzywa u siebie hodowane się przerzucić, ale efektu z dnia na dzień nie masz. Trzeba parę miesięcy na działce siedzieć, sprawdzać jak rośnie, plewić, przerywać, patrzeć czy ślimaki nie  zajrzały z wizytą, czy nornice się nie przyszły pożywić? Zdrowe, własne, więc bez obaw jesz. Bo jak kupujesz w sklepie, to skąd wiesz czy jakimiś g..nami z pestycydami nie nawożą? I co wszczepiają powiedzmy w pomidory, żeby kolor trzymały? Albo w kwestii mięsa: jakimi hormonami choćby drób nafaszerowany, żeby szybko się tuczył? Doradźcie wiedzący więcej Państwo antyszczepionkowcy. Musicie mieć przecież jakieś sposoby. Skoro macie taka rezerwę do szczepionek, to nie wierzę że kupujecie wędliny, słodycze, pieczywo, jarzyny!! Jeździcie motocyklami, autami, autobusami, a kto wie kto to składał czy konstruował? kto wie czy nie wybuchnie? Chodzicie do klimatyzowanych sklepów czy jak można, do restauracji, kawiarni czy biur, a kto wie co w tej klimie jest i czym ją czyszczą ? Skąd atesty mają? A pewno się zdarzy, że bierzecie jakieś leki? To zakładam, że czytaliście ulotkę z wykazem objawów i skutków ubocznych, które mogą wystąpić? Przecież takie leki, to trucizna jest! Zdradźcie Państwo antyszczepionkowcy jak żyjecie, jak to zwykłe życie ogarniacie? Drodzy rodacy, nie bądźcie tacy!!

 

20. 12. 17
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Trudną jest rola prowadzącego wywiad, gdy rozmówca nie jest emocjonalnie daleki, a wręcz dokładnie odwrotnie. Trudno w takiej sytuacji o dystans i beznamiętną ocenę. Jeśli kogoś znasz „całe życie”, a potem okazuje się, że to znajomość powierzchowna, taka z kategorii : wiesz jak wygląda, masz wspólne wspomnienia sprzed lat, ale postać tej osoby jest jednak jednym z elementów własnej przeszłości, to zdziwienie towarzyszące temu drugiemu oglądowi, jest tym większe. Jestem zaskoczona, zaskoczeniem radosnym, ekscytacją niespodziewaną oraz nieoczekiwanym odkryciem zbieżności literackich wyborów. Zapraszam na spotkanie z młodym, polskim pisarzem, którego „Absalona” wydało warszawskie wydawnictwo” Nieoczywiste”, zapraszam na spotkanie z Jakubem Miazgą.

U. Wojnarowska Curyło :  Zdania w twojej książce są malarskie, ale też długie i wielokrotnie złożone. Takie zdania kojarzą się raczej z niszową literaturą. Czy to świadomy zabieg pisania dla wyrobionego czytelnika czy tak wyszło?

J. Miazga : To, jak „Absalon” został napisany, ma swoje źródło w tym, jakie powieści czytam. Bardzo lubię książki, które mają złożoną formę, są ciekawie skonstruowane, a ich język jest melodyjny. Myślę, że stąd to upodobanie do długich fraz. Ponadto taki styl dla sztuki powieściowej wydaje mi się naturalny. Długie zdania pozwalają wplatać różne dygresje, które pewnie spowalniają narrację, ale poza tym dodają pełnowymiarowości całej historii i czynią ją bardziej przekonującą. Mimo wszystko moim celem nie było tworzenie literatury niszowej. Zawsze z największą przyjemnością sięgałem po takie książki, które da się czytać na wielu poziomach; są w nich pewne treści „ukryte”, które czytelnik samodzielnie musi wydobyć, a jednocześnie są wciągające na poziomie fabularnym. To mój ideał literatury, do którego staram się dążyć.

U. Wojnarowska Curyło : W Absalonie znalazłam słowa, które można wziąć za złotą myśl, na przykład: „Nic tak nie upadla człowieka jak chciwość połączona z niewiedzą” (str. 113). Albo ze str. 153 fantastyczny zwrot "nakarmić mną swoje ego" Czy takie przemyślenia są efektem studiów filozoficznych, bogatej dyskusji z samym sobą, oczytania, czy czymś innym lub wszystkim po trochę?

J. Miazga : Podczas pisania myślę słowami, dlatego będąc w trybie pracy nad książką, z łatwością przychodzi mi nazywanie pewnych zjawisk zaobserwowanych w życiu codziennym. To stąd biorą się takie zdania. W normalnej sytuacji niektóre zwroty nie przyszłyby mi do głowy, ale pisanie powieści jest aktem rytualnym, trzeba to robić systematycznie. Wynikiem powtarzania tego rytuału są takie nieoczywiste językowe konfiguracje. Oczywiście nie myślę o tym, żeby wyrazić „złotą myśl”, ale szukam słów do zilustrowania pewnych wydarzeń opisywanych przeze mnie w książce. Studia filozoficzne pomagają tutaj o tyle, o ile nauczyły mnie używania języka zgodnie z regułami logiki, co bardzo się przydaje podczas pisania.

U. Wojnarowska Curyło : Waham się, czy powiedziałabym o „Absalonie” : kryminał. Raczej - zanurzony w "krakowskości" portret miasta z perspektywy różnych ludzi. Ile w tym portrecie fikcji, a ile reporterskiej prawdy? Książka przytłacza wiedzą na bardzo wiele tematów. Ile trwało jej pisanie, a od kiedy kiełkowała o niej myśl?

J. Miazga : Książkę skończyłem pisać wiosną 2019 r. Wcześniej intensywnie pracowałem nad nią przez dwadzieścia miesięcy, które poprzedziło kilka dodatkowych miesięcy poświęconych na przygotowanie planu i zbieranie potrzebnych informacji. Należy jednak wziąć pod uwagę, że początkowa objętość „Absalona” była ponad dwukrotnie większa względem obecnej długości. Na potrzeby napisania tej książki przeprowadziłem bogaty „research”, który stale uzupełniałem podczas pisania, ponieważ co chwila okazywało się, że na jakiś temat muszę dowiedzieć się czegoś więcej. Generalnie starałem się nie wprowadzać do książki za dużo informacji, ale raczej dzięki nabywanej wiedzy unikać błędów. Konwencja kryminalna, której użyłem, jest pod tym względem bardzo wymagająca, i mimo że osadziłem akcję zaledwie kilka lat wstecz, nasze prawo zdołało się od tego czasu zmienić na tyle, że momentami miałem wrażenie, jakbym pracował nad powieścią prawie historyczną. Ale poza trudnościami osadzenie fabuły książki w realiach przyniosło też miłe niespodzianki. Parokrotnie w trakcie pisania dowiadywałem się o jakichś rzeczywistych zdarzeniach, które pasowały do powieści tak, jakby zostały wymyślone na jej potrzeby. Przykładem takich odkryć są zaginione szkice Caravaggia, o których jest w książce mowa – nie miałem tego w planie, ale uznałem, że warto wykorzystać ten wątek, żeby poprowadzić akcję do przodu. Moja książka łączy więc fikcję z realnymi wydarzeniami, i o ile realia stanowią tło dla fikcyjnej historii, to o wymyślonej fabule od początku myślałem jako o alegorii. Starałem się wymyślić taką historię, żeby opowiadała coś o świecie, w którym żyjemy. I uznałem, że najlepszym kostiumem dla tej historii będzie kryminał.

U. Wojnarowska Curyło : Od czego zaczęło się Twoje pisanie? Kogo lubisz czytać?

J. Miazga : Pamiętam, że pierwsze historie wymyślałem jeszcze przed nabyciem umiejętności pisania, a żeby je utrwalić, posługiwałem się rysowaniem obrazków, dlatego kiedy już opanowałem alfabet, korzystanie z niego w celu przelewania na papier różnych wymyślonych historii przyszło mi naturalnie. Mimo to nawet w dziecięcej fantazji ani razu nie pomyślałem, by być pisarzem. To była taka forma zabawy, w której dziecko wyobraża sobie, że jest kimś innym, kimś, kto doświadcza wymyślonych przez nie przygód. I chociaż nie przypisywałbym tej zabawie zbyt dużego znaczenia, myślę, że z podobnego pragnienia wzięło się moje późniejsze upodobanie do czytania oraz pisania. Poważniejsze próby pisarskie rozpocząłem w wieku 19 lat, natomiast w wieku 23 lat po napisaniu pierwszego opowiadania zacząłem z przekonaniem dążyć do tego, by pisać książki. Wciąż jednak od stworzenia pierwszej powieści dzieliła mnie długa droga, bo nie byłem studentem żadnego humanistycznego kierunku, tylko zootechniki, i naukę pisarskiego rzemiosła musiałem zaczynać całkiem od podstaw. Przy tym wiedziałem, że zmagam się z trudną materią, ponieważ nie interesowała mnie literatura, która by miała służyć tylko rozrywce. Nie jestem też typem osoby, która chciałaby dzielić się czymś, czego nie jest jeszcze do końca pewna. Tak oto pisania zacząłem się uczyć od moich ulubionych pisarzy, zarówno analizując ich dzieła, jak również czytając ich eseje oraz prace krytyczne. Myślę, że to dużo lepsza (i dużo tańsza) metoda niż jakiekolwiek kursy kreatywnego pisania, bo samemu można dobrać sobie nauczycieli. Do swoich mistrzów – żeby wymienić tych współczesnych – zaliczyłbym takich autorów, jak Harry Mulisch, J.M. Coetzee, Javier Marias, czy Orhan Pamuk. Ale czytam nie tylko beletrystykę. Z czasem zapisałem się również na filozofię, którą studiowałem właśnie pod kątem tego, by w przyszłości zostać pisarzem.

U. Wojnarowska Curyło : Urodziłeś się w Strzyżowie (co dobrze pamiętam ?), ile w Tobie zostało z melancholii, bądź z drugiej strony, ryzykanctwa i stawiania wszystkiego na jedną kartę, tak charakterystycznych dla mieszkańca Podkarpacia?

J. Miazga : Myślę, że bardzo dużo. To ryzykanctwo nawet nie wiem, skąd się u mnie bierze (to znaczy właśnie się dowiedziałem, że z tego, że się urodziłem i wychowałem na Podkarpaciu); ta cecha wydaje się nie pasować do reszty mojego charakteru, ale prawda jest taka, że jeśli coś mnie zainteresuje, zaraz przeradza się to w obsesję i jestem gotów się całkowicie temu poświęcić. Zresztą pisanie jest tego dobrym przykładem, bo decyzja, żeby zająć się tym poważnie, wiązała się z bardzo dużym ryzykiem – miałem świadomość, że to wpłynie na moje życie zarówno w przypadku, kiedy mi się powiedzie, jak i w przypadku, kiedy nic kompletnie z tego nie wyjdzie. Ale taka świadomość tylko wzmacnia determinację, która jest do pisania równie niezbędna, co skłonność do zadumy, do melancholii. To drugi biegun mojej osobowości, który już na pewno związany jest z Podkarpaciem, ponieważ zawsze, kiedy tu jestem i otaczam się tutejszymi krajobrazami, dopada mnie nastrój pewnej tęsknoty – nie tęsknoty za przeszłością, ale takiej ponadczasowej tęsknoty za bliskością z przyrodą, za przynależnością do świata i stanowienia z nim jedności, która jest we mnie bardzo silna, odkąd pamiętam. Myślę, że na intensywność podobnych przeżyć bardzo wpłynęło to, że dorastałem w takim, nie innym miejscu, ale też to, że oboje moi rodzice jeszcze przed moimi narodzinami przyjechali tutaj z Warszawy. Do stolicy, do dziadków jeździłem zatem na każde ferie i wtedy wyobrażałem sobie, że w innym możliwym świecie istnieje moje alter ego, którego rodzice nigdy nie wynieśli się z tego miasta, i które musi mieszkać tam razem z nimi. Mając w głowie te wszystkie szare bloki i chodniki, oraz dzieciaki, które z niedostatku drzew muszą bawić się na trzepakach, przed zaśnięciem modliłem się, żeby rano przypadkiem nie obudzić się w tamtym świecie jako ten drugi. Krótko mówiąc, uważam się za szczęściarza, że mogłem się wychować na Podkarpaciu.

U. Wojnarowska Curyło : Co jest dla Ciebie serdecznym wspomnieniem z tego czasu, gdy mieszkałeś we Frysztaku?

J. Miazga : Mam z tym miejscem bardzo wiele przyjemnych wspomnień, więc niełatwo jest wybrać kilka spośród tylu innych. Pamiętam, jak chodziłem się bawić nad Baranówkę, czasem z kolegami, a czasem tylko w towarzystwie mojego psa Gucia. Z wielkim sentymentem wspominam wszystkie biwaki oraz obozy, które organizowali państwo Zarszyńscy z Publicznej Biblioteki we Frysztaku i do dziś nie mogę się nadziwić, że natrafiałem na ludzi tak zaangażowanych społecznie i tak uczynnych.

U. Wojnarowska Curyło : Miłość do husky i wielkie w tej mierze efekty hodowlano- wystawiennicze zaczęły się kiedy? czemu? gdzie?

J. Miazga : Pierwszą suczkę husky nabyłem w roku 2002 i był to zakup tyleż oczekiwany, co świadomy. A miłość do psów tej rasy ewoluowała u mnie od ogólnego umiłowania zwierząt oraz dzikiej natury. Jest to pierwotna rasa, więc łączy wiele cech typowych dla dzikich psowatych z cechami psów udomowionych i przede wszystkim bardzo łagodnych. Co do jeżdżenia na wystawy – to po prostu kolejny krok, który umożliwia dzielenie się tą pasją z innymi. Razem z żoną mamy małą przydomową hodowlę, co oznacza mniej więcej tyle, że mioty planujemy tylko na potrzeby wymiany pokoleniowej, a więc bardzo rzadko. Wbrew pozorom, jeśli chce się to robić dobrze, jest to zajęcie bardzo trudne, wymagające ogromnych pokładów pracy i wiedzy, i niezwykle odpowiedzialne, bo przecież odpowiada się za przyjście na świat nowych istot, które mają zająć ważne miejsce w ludzkich domach i sercach. Husky jest niewątpliwie trudną rasą do wychowania, ale i tak uważam, że to najlepsza rasa na świecie.

U. Wojnarowska Curyło : Jak się żyje zootechniko- filozofo- hodowco- pisarzowi w tym czasie, dla kultury, trudnym?

J. Miazga : Istnieje powszechne przekonanie, że świat gardzi humanistycznymi wartościami, i w zasadzie nic nie przekonuje mnie, żeby uważać przekonanie to za fałszywe. Staram się być humanistą, ale to jest takie słowo jakby z lamusa, o którym mało już kto pamięta. W dzisiejszych czasach nawet sztuką rządzą reguły konsumpcjonizmu. Patrząc globalnie, nie dość, że populacja ludzka stale rośnie, a nie maleje, to nadal chcemy mieć coraz więcej. Obwiniamy rolników za złe traktowanie zwierząt, ale sami nakręcamy ten przemysł, spożywając za dużo mięsa. Marnujemy jedzenie, zasoby naturalne, podobnie nie żywimy szacunku do cudzej pracy. I to nawet nie jest tak, że te reguły dyktuje nam ekonomia, bo próżność i niegospodarność z ekonomią nie idą w parze, o czym może nas przekona obecny kryzys. To mnie wszystko trochę przeraża, bo wobec takiego świata czuję się nieswojo i zachowuję się w nim w sposób wycofany. Ale wierzę też, że nie muszę akceptować takiego świata. W moim przekonaniu kultura nie jest żadnym zbędnym dodatkiem do życia, lecz wyrazem owego buntu, który jest w nas. Ma swoje źródło w krzyku, który wydobywamy z siebie, gdy upadamy, i kiedy musimy przekonać samych siebie o naszym człowieczeństwie.  

U. Wojnarowska Curyło : No i ostatnie pytanie: nad czym teraz pracujesz?

J. Miazga : Jestem w zaawansowanym etapie pracy nad nową książką. Na warsztat wziąłem pewien starożytny mit, który od dawna mnie intryguje, a który chciałbym podać w formie współczesnej, w realiach Polski ostatnich czterdziestu lat. Myślę też o napisaniu kameralnej historii, której akcja działaby się w wyimaginowanej wiosce, a dla której pierwowzór upatruję w Kobylem.

U. Wojnarowska Curyło : Dziękuję Ci, mój Drogi, za tę rozmowę. Mam nadzieję, że będziesz swoim życiem realizował swe ideały. Mam też nadzieję, że nasi Czytelnicy, zwłaszcza ci, dla których czytanie jest immanentną składową ich życia, sięgną po Twojego „Absalona”, a gdy minie czas pandemii, Ty sam zechcesz do nas zawitać na spotkanie autorskie, bo rozmowa z Tobą Kubo, to wielka przyjemność.

 

 

20. 08. 15
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 W dawno minionych czasach, ludzie z „lepszych sfer”, przy służbie czy osobach o niższej pozycji społecznej, przechodzili na francuski, manifestując w ten sposób swoją „lepszość”. O ile pamiętam z historii, zjawisko wybierania komunikacji w „lepszym” języku funkcjonowało w znacznie bardziej zamierzchłej przeszłości. Wystarczy osobom zainteresowanym tą tematyką prześledzić casus łaciny czy greki. Teraz, od lat, tę funkcję pełni język angielski. Jest narzędziem, którym z lepszym czy gorszym skutkiem posługuje się większość, intensywnie przemieszczających się po świecie, ludzi. Tzn. obecnie to przemieszczanie zostało znacznie ograniczone covidem, ale jak już do podróży za granicę dochodzi, to angielski stanowi najskuteczniejszą drogę do porozumiewania się. Miało tę funkcję pełnić. wymyślone dla potrzeb powszechnego dogadywania się ludzi. esperanto, a wygrał żywy język. Pisałam już jakiś czas temu, w eseju „Galopem przez polszczyznę” http://www.loqueris.pl/index.php/9-strzyzow/224-galopem-przez-polszczyzne, o meandrach komunikacji. Dziś poniekąd do tematu wracam, ale w kontekście nie obcojęzycznych wtrętów, lecz maniery prowadzenia rozmowy pisanej w języku angielskim. Na najpopularniejszych komunikatorach zjawisko bardzo powszechne. Rozumiem, gdy ktoś jest polską „gwiazdą” (Boże, jak to słowo się zdewaluowało…) czegoś, ma fanów na całym świecie i chce być dobrze zrozumianym, to oczywiste, że w języku polskim się nie porozumie. Ale, gdy koleżanka do koleżanki omawiając zachwyty nad urlopem, dzieckiem, widoczkiem- pisze o tym po angielsku? Dla mnie żałosne i śmieszne!! Ktoś powie: Nie pojmujesz znaku czasów!!Nie interesuje cię, nie czytaj! No, zaraz. Przecież, jeśli byłaby to korespondencja w trybie wiadomości bezpośredniej, nie miałabym szans jej przeczytać. A skoro jest publiczna, to widocznie do czytania przez każdego  przeznaczona. Zatem mogę odnieść się do tej tendencji publicznie.

 Znam wielu anglistów, zatem ludzi, dla których ten język jest, może nie  tak bliski jak polski, ale z pewnością bardzo bliski i doskonale znany. Wiem też, że traktują go jak narzędzie, szanując, ale z całą pewnością nie stawiając wyżej niż język ojczysty. I nie pamiętam fejsbukowego spostrzeżenia, żeby rzeczeni angliści, w rozmowach między swoimi znajomymi, Polakami, w komentarzach zdjęć, wypowiedziach o wydarzeniach dla wszystkich, posługiwali się angielskim. Czepiam się? Nie pierwszy raz i zapewniam nie ostatni.

 Dziś rano wpadłam na nieco groteskowy koncept rozważania roli smartfonów w walce z nikotynizmem ;-) Przedtem samotnie czekając na kogoś, by nie być takim samotnym, wiele osób wybierało papierosa. Teraz tę rolę spełnia z naddatkiem smartfon. Naturalnie on też uzależnia, kto wie czy nie bardziej? A ileż zła niesie z sobą nieumiejętne i bez umiaru życie w wirtualu.! Nikt nie jest w internecie niewidzialny, a wielu robi wszystko, by być widzialnym za wszelką cenę. Ludzie kłócą się w przestrzeni publicznej, hejtują, oświadczają, chwalą… Wszystko na sprzedaż. Trawestując jedno z powiedzeń: królestwo za lajka! A dwa, za udostępnianie. Sama też nie jestem bez grzechu, często udostępniam różne informacje, ale mam wrażenie, że niosą one jakieś przesłanie, wartość czy cenną informację. I nadzieję mam, że nie przyczyniam się do zaśmiecania przestrzeni czyjejś prywatności. Wpatrujemy się w nasze elektroniczne pudełka, wsłuchujemy w odgłosy z kosmosu, wypowiadamy życzenia do spadających gwiazd, a nie słyszymy jak bije prawdziwe życie. Nie wierzymy w to co wydaje nam się niemożliwe. Ale to opowieść na całkiem inny esej. Bo najpierw muszę sobie w sercu i głowie poukładać to, co wydaje się nieprawdopodobne i uwierzyć w to co się zdarzyło prawie na moich oczach i prawie przy mnie, a ja nie chciałam zauważyć i usłyszeć.

 

20. 06. 07
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Ostatnie lata pokazały nam jak bardzo jesteśmy podzieleni i ile mamy do siebie nieufności, rezerwy, pogardy czy wrogości. Zastanawiałam się, ile w tych złych emocjach jest takich, których ostrze kieruje się na kobietę. Najczęściej zresztą przez drugą kobietę, choć  oczywiście panowie nie są też bez skazy. „Facet, a jedzie jak baba”,” mażesz się jak baba”,  „babsztyl”, „typowa blondynka”, „ Grażyny (i Janusze)” , „ kociara taka jak stara panna”, „ wiadomo- rozwódka”, „kura domowa”, „bezdzietna singielka”, „Dżejsika”, "chłop nie pies na kości nie poleci", „matka Polka”, „histeryczka”, „madka”, „kloc-baba”, „baryła” – kto nie słyszał takich słów, a może tak myślał, czy nawet mówił? Rzadko spotykamy osoby mające dystans do swojego wyglądu, a wzorcem w tym względzie jest dla mnie Dorota Wellman, która o swojej figurze mówi „ Puszysty to może być kot, ja jestem po prostu gruba”. Zatem, z czego się to bierze, że tak łatwo uderzyć słowem w kobietę? Z tego, że od wczesnego dzieciństwa słucha: Ja w twoim wieku umiałam już…., Czy ty nie możesz być taka jak… Prawo jazdy? A po co? Wyjdziesz za mąż i jeździć będziesz, ale wózkiem.. Studia do garów całkiem nie potrzebne. Wciąż za kobietami wlecze się taka społeczna drugoplanowość. Można mieć czterech synów i to jest powód do dumy, ale cztery córki już raczej dla wielu panów są powodem do bycia obiektem pokpiwań (damski krawiec). Chociaż w perspektywie starości, to zazwyczaj te córki sprawują całodobowe dyżury przy rodzicu, a synuś? Najczęściej kupuje sobie święty spokój, będąc sponsorem dla swojej siostry. Przerysowuję naturalnie, bo przecież znam wspaniałych synów, jak chociażby mój cudowny, bezinteresowny i megapracowity brat.

 Powinnyśmy się przez wieki przyzwyczaić do tego negowania naszego rozumu, możliwości rozwoju (szklany sufit), praktykowania wiedzy, bo przecież takich osób męski świat pozbywał się bez problemu, choćby przez spalenie na stosie. A przy okazji, pytanie mam np. do historyków: czy na stosach palono tylko czarownice, czy czarodziejów też? Czarodziejów nie, pewno nie, bo oni byli od pracy nad kamieniem filozoficznym, zamienianiem  czegokolwiek w złoto, czarownice natomiast skupiały się na pomocy w pozbywaniu się kłopotów, więc mogły być niewygodnymi świadkami dla mężczyzn także. Z kategorii „kłopotliwych postępowań” , to do dziś zresztą „puszczają” się kobiety, a panowie? Nie znam określenia na mężczyznę „puszczalski”. Kobieta „dostaje za swoje”, bo popełnia wykroczenia domowe- nie na czas wypełnia swoje obowiązki, oczywiście zazwyczaj mając także obowiązki zawodowe. Wiele kobiet, dla świętego spokoju i braku umiejętności walki o swoje prawa, nie chce samodzielnie prowadzić firm, choć w tym względzie, w ostatnich latach sytuacja zmienia się radykalnie. Na kobiecie także ciąży społeczny przymus, by wyglądać atrakcyjnie, bo nieatrakcyjna ryzykuje, że „zaraz ją chłop zostawi”, chociaż rzeczony chłop ma zapuszczony brzuch, stęka wstając z łóżka, interesuje go tylko to, co niewiele kobiet kręci, czyli mecz i piwko po nim lub w trakcie. Zatem, należy mieć atrakcyjną fryzurę, ale nie taką prosto od fryzjera, bo to może sugerować nadmierną pasję do (niepotrzebnego) wydawania pieniędzy. Cera też ma być promienna i bez zmarszczek czy chomików, ale wizyty u kosmetyczki budzą także męskie podejrzenia o kolejne (niepotrzebne) wydawanie wspólnych (czytaj mężowskich) zasobów finansowych. Bo co też taka „baba” może zarobić? Jeśli nie pracuje w budżetówce, w której pensje są „bezpłciowe”, to z reguły zarabia mniej niż mężczyzna.

 Kobiety oceniane są od początku swojego życia. Najpierw są porównywane z innymi królewnami w wózkach- która bardziej na oko „królewska”, potem same uczą się, że należy porównywać się ze swoimi internetowymi idolkami, często pełnymi ingerencji chirurga- plastyka celebrytkami i gwiazdami lub za takie się mającymi osobami. Od kiedy „ostrzykiwanie” zeszło pod strzechy, bez kłopotu zauważamy kobiety, które 50 lat nie miały warg i na pięćdziesiątkę dostały od losu w prezencie obfite, wywinięte i krwistoczerwone usta. Często mają także zdziwiony wyraz twarzy, bowiem zabieg „otwierania oka” to zdziwienie na twarzach rysuje.  Już słyszę posykiwania, że trafiła się specjalistka od urody. I nie chodzi mi tu o powrót do malowania rumieńców pomadką do ust, albo do czernienia brwi węglem. Chodzi mi o to, że kobiety dały się zapędzić do praktycznego realizowania  powiedzenia „Poznać pana po cholewach” i „ Jak cię widzą, tak cię piszą”. Cudowne słowa dotyczące tego tematu wypowiedział Marc Chagall „Ludzie, którzy nie potrafią się starzeć to ci sami, którzy nie umieli być młodzi”.

 

20. 02. 02
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Słowa Mariana Turskiego : „Nie bądź obojętny”, odbiły się szerokim echem, zaistniały na wielu paskach, przekazach, ale czy w sercach i duszach? Obawiam się, że w niewielu, na krótko i nietrwale. Spustoszenie, jakie w naszych głowach zrobiła globalizacja, technicyzacja, epatowanie widzów widokami wojen, kataklizmów- ale GDZIEŚ, daleko od nas, sprawiły, że spełzła nasza wrażliwość i zhardziała delikatność. Jesteśmy skłonni zapełnić pojemniki na makulaturę, w celu sfinansowania kopania studni głębinowej gdzieś w Afryce. Ale dlatego, że nie jesteśmy obojętni czy dlatego, że nie ma już skupu makulatury i to jest znakomita okazja dla pozbycia się zdezaktualizowanej prasy, podręczników, reklam?.. Wyślemy sms-a dla uratowania konia wiezionego na rzeź, ale dlatego, że osobiście nas porusza, że ma na imię jak Twoje dziecko czy dlatego, że faktycznie nie zgadzamy się, by po latach pracy skończył jako kabanos? Idziemy z dziećmi karmić ptactwo wodne. Czym? Chlebem. Bo nam został i jest stary. To nic, że wiemy, że grozi to ptakowi wieloma chorobami (anielskie skrzydło), ale i tak pieniądze już na pieczywo wydaliśmy, a na słonecznik, marchewkę, czy karmę specjalistyczną dla ptactwa, trzeba by znów sięgnąć do kieszeni... Nie dokarmiamy ptaków, bo... nie przylatują do nas, a nie przylatują, bo nie wiedzą, że zawsze mogą na coś w naszym ogrodzie liczyć. Kluczem jest słowo: zawsze. „Cokolwiek oswoiliśmy...”- dla kogo te słowa są mottem i sposobem, czy drogą wyborów życiowych? A komu nie mówią nic, bo ich przestrzeganie kosztuje? Pytania, które zadają sobie tylko wrażliwcy, czy może każdy powinien? Ile miejsca w naszych myślach zajmuje „my” i „nasze”, a ile „moje” i „dla mnie”? Dla mnie najważniejszym jest... Moim zdaniem... Ja chcę żeby.. Czy: naszym i dla nas? Nie jest łatwo żyć w czasach solistów, indywidualnych gwiazd, celebrytów na różne skale, a z drugiej strony w czasach powszechnej unifikacji i konieczności przestrzegania procedur i reguł. 

Często spotykam się z pytaniem - jak można mieszkać na prowincji, czyli w miejscu gdzie się „nic nie dzieje” ? Kiedy pada takie zdanie, pytania rodzi mi się dwa: powiedz, nazwij czego ci brakuje? Kiedy ostatnio byłeś na tym brakującym ci do szczęścia wydarzeniu/ koncercie/ wystawie/ spektaklu? Najczęściej rozmówca nie potrafi sprecyzować jakie ma oczekiwania. A na wydarzeniu z kategorii kultury był.. zaraz, kiedy to było? No, kiedyś.

 Minione kilka tygodni tego roku nie były w moim życiu jakieś szczególnie inne niż zazwyczaj. Byłam z bliskimi mi ludźmi : teatrze, na koncertach, w muzeum, w filharmonii i w kinie. Naturalnie cały czas pracując, czytając, sprzątając, prasując, piorąc, czyli wykonując wszelkie normalne dla mnie czynności. Lubię dbać o kondycję mojej wrażliwości. Lubię planować i realizować pomysły. Lubię współpracować. Na moje szczęście spotykam ludzi, którym też się chce podobnie. Często całkowicie za darmo, bez liczenia na poklask, finansowe gratyfikacje, bo nie jest im wszystko jedno. Nie czekamy aż nas ktoś dostrzeże i pogłaszcze po próżności, która występuje u każdego, choć w różnych proporcjach. Czasem natykamy się na złodziei naszych pomysłów, koncepcji. I cóż zrobić? Prawa autorskie, to wciąż ziemia obca dla wielu. A i normy dotyczące uczciwości w tym względzie, nie są powszechnie przestrzegane. Ale póki wiele moich aktywności wykonywanych dla wspólnego dobra, to wciąż kategoria : wolontariat i dobre chęci, mam nadzieję, że KIEDYŚ i TAM, ON nie zakwalifikuje mnie do grona obojętnych.

 

20. 01. 15
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Mamy skłonność do gromadzenia „przydasi”. Nie ważne, że nie działa, zepsute, niemodne, niewygodne i tak trudno się rozstać. Bo się przyda, bo od ważnej osoby, bo wyrzucanie, to niegospodarność. Tymczasem, te zepsute, nielubiane, zdezelowane czy niepotrzebne do niczego rzeczy sprawiają, że w życiu naszym narasta chaos. Myślę, że nie jestem jedyną, która źle czuje się we wnętrzach, w których, niczym w graciarni, stoją kolekcje dzbanuszków, pamiątek z wyjazdów, magnesików, ozdobnych figurek, kubków z..., puzderek na wszystko, talerzyków i mis na „cobądźe”, suszonych kwiatuszków i wszelkich podobnych dyrdymałków i kurzołapów. W łazienkach straszą nas resztki kremów, lakierów oraz kosmetyków sprzed wieków, a w kuchennych szufladach walają się przeterminowane leki, zioła i zwietrzałe przyprawy sprzed 5 lat. O ile te pamiątki naszych sentymentalnych zakupów, dadzą się jeszcze usprawiedliwić, to te „zepsutości” całkiem nie. Ja wiem, osoby pamiętające czasy słusznie minione, mają to we krwi, by mieć, bo a nuż się przyda? Ale warto zweryfikować te zasoby piwnic, szaf, strychów i schowków i się pozbyć. Żadne: to na działkę, to na grzyby, to z psem, to do sprzątania. Nie ma! Nie musisz sprzątać w starych łachach, śmiesznym badziewiu, które cię pogrubia, postarza, psuje nastrój i powoduje myśl: wyglądam jak bezdomny kloszard, oby mnie tylko nikt teraz nie zobaczył. Wyrzuć rzeczy z tej kategorii na śmieci lub wystaw przed dom, może komuś się przyda i nowe życie dostanie. To przedmioty. A co z zachowaniami, dawnymi wyborami, znajomymi, czynami, relacjami? Przeszłości nie cofniesz, nie zmienisz, ani nie poprawisz. Przestań rozpamiętywać minione dni, wybory, znajomości, a nawet przyjaźnie, skończ z robieniem sobie wyrzutów i gdybaniem. Ten wybór, w tamtej sytuacji był jedyny właściwy, i w tamtych okolicznościach- jedyny dobry. Gdyby nie on, doświadczenie życiowe, które masz byłoby znacznie uboższe. Wiem, że trudno zaakceptować i pogodzić się z tym kimś, kto Cię od lat drażni, obezwładnia wolę i niczym pajęcza sieć ogranicza ruchy, nie pomaga, a zgoła przeciwnie. Pomyśl jednak ile praktycznych umiejętności masz, dzięki rozwiązanym problemom. Jeśli potrafisz, pomyśl o tym z wdzięcznością. Zechciej siebie, swoje życie i wybory szanować i polubić. Żadnego „muszę”, „znowu”, lepiej „chcę” i „jeszcze”. Jeśli faktycznie chcesz, to zrób. Jedną rzecz, a nie cała głowa planów, a realizacji zero. Jeśli coś obiecasz- sobie czy komuś, realizuj. Nie ma „kiedyś”, daj sobie konkretny termin. Napisz na kartce. Pewno modniej i nowocześniej zrobić to w telefonie, ale ja nie mam wiary w przedmiot. Wierzę w człowieka. Zatem, zgodnie z zasadą: ręka pamięta, może i głowie będzie zapamiętać łatwiej. Nie prowadź hodowli kompleksów. Nie wiesz jak? To się dowiedz, naucz, zapytaj tych, co wiedzą. Wspomnienia raniące- wynocha. Zwyczaj bycia „grzeczną dziewczynką”, przemilczającą i ustępującą, przepraszającą i żyjącą tak, żeby komuś było miło- do kubła. Lubisz jakiś styl, choć on nie podoba się mężowi czy szeroko pojętemu otoczeniu- trudno. Im się może nie podobać. Wolno im, wolno i tobie. Jeśli czujesz, że zawaliłaś- przeproś, ale raz, a nie w kółko. Nie dźwigaj w duszy balastu złych uczynków. Poproś o wybaczenie i sama sobie wybacz. Jeśli mówisz, bądź grzeczna, ale zgodnie z własnym przekonaniem i pamiętając o swoich potrzebach. Nie pielęgnuj w sobie strachu przed przemijaniem, niewiary w swoje szczęście, dostrzegania mankamentów swej urody i charakteru. To ci w niczym nie pomoże. A przeszkodzi z całą pewnością. Skończ ze scrollowaniem wiadomości na portalach społecznościowych. Tam z rzadka jest prawda. Najczęściej to taki życiowy fotoshoping. I mimo że czytasz mój apel w internecie, jak skończysz, wyjdź na spacer, popatrz na przyrodę. Tam jest prawdziwe życie. Dekoracje to ułuda. Istotna, ale to tylko detal w twojej najważniejszej misji. Dobrym przeżyciu swojego życia.