W dawno minionych czasach, ludzie z „lepszych sfer”, przy służbie czy osobach o niższej pozycji społecznej, przechodzili na francuski, manifestując w ten sposób swoją „lepszość”. O ile pamiętam z historii, zjawisko wybierania komunikacji w „lepszym” języku funkcjonowało w znacznie bardziej zamierzchłej przeszłości. Wystarczy osobom zainteresowanym tą tematyką prześledzić casus łaciny czy greki. Teraz, od lat, tę funkcję pełni język angielski. Jest narzędziem, którym z lepszym czy gorszym skutkiem posługuje się większość, intensywnie przemieszczających się po świecie, ludzi. Tzn. obecnie to przemieszczanie zostało znacznie ograniczone covidem, ale jak już do podróży za granicę dochodzi, to angielski stanowi najskuteczniejszą drogę do porozumiewania się. Miało tę funkcję pełnić. wymyślone dla potrzeb powszechnego dogadywania się ludzi. esperanto, a wygrał żywy język. Pisałam już jakiś czas temu, w eseju „Galopem przez polszczyznę” http://www.loqueris.pl/index.php/9-strzyzow/224-galopem-przez-polszczyzne, o meandrach komunikacji. Dziś poniekąd do tematu wracam, ale w kontekście nie obcojęzycznych wtrętów, lecz maniery prowadzenia rozmowy pisanej w języku angielskim. Na najpopularniejszych komunikatorach zjawisko bardzo powszechne. Rozumiem, gdy ktoś jest polską „gwiazdą” (Boże, jak to słowo się zdewaluowało…) czegoś, ma fanów na całym świecie i chce być dobrze zrozumianym, to oczywiste, że w języku polskim się nie porozumie. Ale, gdy koleżanka do koleżanki omawiając zachwyty nad urlopem, dzieckiem, widoczkiem- pisze o tym po angielsku? Dla mnie żałosne i śmieszne!! Ktoś powie: Nie pojmujesz znaku czasów!!Nie interesuje cię, nie czytaj! No, zaraz. Przecież, jeśli byłaby to korespondencja w trybie wiadomości bezpośredniej, nie miałabym szans jej przeczytać. A skoro jest publiczna, to widocznie do czytania przez każdego przeznaczona. Zatem mogę odnieść się do tej tendencji publicznie.
Znam wielu anglistów, zatem ludzi, dla których ten język jest, może nie tak bliski jak polski, ale z pewnością bardzo bliski i doskonale znany. Wiem też, że traktują go jak narzędzie, szanując, ale z całą pewnością nie stawiając wyżej niż język ojczysty. I nie pamiętam fejsbukowego spostrzeżenia, żeby rzeczeni angliści, w rozmowach między swoimi znajomymi, Polakami, w komentarzach zdjęć, wypowiedziach o wydarzeniach dla wszystkich, posługiwali się angielskim. Czepiam się? Nie pierwszy raz i zapewniam nie ostatni.
Dziś rano wpadłam na nieco groteskowy koncept rozważania roli smartfonów w walce z nikotynizmem ;-) Przedtem samotnie czekając na kogoś, by nie być takim samotnym, wiele osób wybierało papierosa. Teraz tę rolę spełnia z naddatkiem smartfon. Naturalnie on też uzależnia, kto wie czy nie bardziej? A ileż zła niesie z sobą nieumiejętne i bez umiaru życie w wirtualu.! Nikt nie jest w internecie niewidzialny, a wielu robi wszystko, by być widzialnym za wszelką cenę. Ludzie kłócą się w przestrzeni publicznej, hejtują, oświadczają, chwalą… Wszystko na sprzedaż. Trawestując jedno z powiedzeń: królestwo za lajka! A dwa, za udostępnianie. Sama też nie jestem bez grzechu, często udostępniam różne informacje, ale mam wrażenie, że niosą one jakieś przesłanie, wartość czy cenną informację. I nadzieję mam, że nie przyczyniam się do zaśmiecania przestrzeni czyjejś prywatności. Wpatrujemy się w nasze elektroniczne pudełka, wsłuchujemy w odgłosy z kosmosu, wypowiadamy życzenia do spadających gwiazd, a nie słyszymy jak bije prawdziwe życie. Nie wierzymy w to co wydaje nam się niemożliwe. Ale to opowieść na całkiem inny esej. Bo najpierw muszę sobie w sercu i głowie poukładać to, co wydaje się nieprawdopodobne i uwierzyć w to co się zdarzyło prawie na moich oczach i prawie przy mnie, a ja nie chciałam zauważyć i usłyszeć.
Ostatnie lata pokazały nam jak bardzo jesteśmy podzieleni i ile mamy do siebie nieufności, rezerwy, pogardy czy wrogości. Zastanawiałam się, ile w tych złych emocjach jest takich, których ostrze kieruje się na kobietę. Najczęściej zresztą przez drugą kobietę, choć oczywiście panowie nie są też bez skazy. „Facet, a jedzie jak baba”,” mażesz się jak baba”, „babsztyl”, „typowa blondynka”, „ Grażyny (i Janusze)” , „ kociara taka jak stara panna”, „ wiadomo- rozwódka”, „kura domowa”, „bezdzietna singielka”, „Dżejsika”, "chłop nie pies na kości nie poleci", „matka Polka”, „histeryczka”, „madka”, „kloc-baba”, „baryła” – kto nie słyszał takich słów, a może tak myślał, czy nawet mówił? Rzadko spotykamy osoby mające dystans do swojego wyglądu, a wzorcem w tym względzie jest dla mnie Dorota Wellman, która o swojej figurze mówi „ Puszysty to może być kot, ja jestem po prostu gruba”. Zatem, z czego się to bierze, że tak łatwo uderzyć słowem w kobietę? Z tego, że od wczesnego dzieciństwa słucha: Ja w twoim wieku umiałam już…., Czy ty nie możesz być taka jak… Prawo jazdy? A po co? Wyjdziesz za mąż i jeździć będziesz, ale wózkiem.. Studia do garów całkiem nie potrzebne. Wciąż za kobietami wlecze się taka społeczna drugoplanowość. Można mieć czterech synów i to jest powód do dumy, ale cztery córki już raczej dla wielu panów są powodem do bycia obiektem pokpiwań (damski krawiec). Chociaż w perspektywie starości, to zazwyczaj te córki sprawują całodobowe dyżury przy rodzicu, a synuś? Najczęściej kupuje sobie święty spokój, będąc sponsorem dla swojej siostry. Przerysowuję naturalnie, bo przecież znam wspaniałych synów, jak chociażby mój cudowny, bezinteresowny i megapracowity brat.
Powinnyśmy się przez wieki przyzwyczaić do tego negowania naszego rozumu, możliwości rozwoju (szklany sufit), praktykowania wiedzy, bo przecież takich osób męski świat pozbywał się bez problemu, choćby przez spalenie na stosie. A przy okazji, pytanie mam np. do historyków: czy na stosach palono tylko czarownice, czy czarodziejów też? Czarodziejów nie, pewno nie, bo oni byli od pracy nad kamieniem filozoficznym, zamienianiem czegokolwiek w złoto, czarownice natomiast skupiały się na pomocy w pozbywaniu się kłopotów, więc mogły być niewygodnymi świadkami dla mężczyzn także. Z kategorii „kłopotliwych postępowań” , to do dziś zresztą „puszczają” się kobiety, a panowie? Nie znam określenia na mężczyznę „puszczalski”. Kobieta „dostaje za swoje”, bo popełnia wykroczenia domowe- nie na czas wypełnia swoje obowiązki, oczywiście zazwyczaj mając także obowiązki zawodowe. Wiele kobiet, dla świętego spokoju i braku umiejętności walki o swoje prawa, nie chce samodzielnie prowadzić firm, choć w tym względzie, w ostatnich latach sytuacja zmienia się radykalnie. Na kobiecie także ciąży społeczny przymus, by wyglądać atrakcyjnie, bo nieatrakcyjna ryzykuje, że „zaraz ją chłop zostawi”, chociaż rzeczony chłop ma zapuszczony brzuch, stęka wstając z łóżka, interesuje go tylko to, co niewiele kobiet kręci, czyli mecz i piwko po nim lub w trakcie. Zatem, należy mieć atrakcyjną fryzurę, ale nie taką prosto od fryzjera, bo to może sugerować nadmierną pasję do (niepotrzebnego) wydawania pieniędzy. Cera też ma być promienna i bez zmarszczek czy chomików, ale wizyty u kosmetyczki budzą także męskie podejrzenia o kolejne (niepotrzebne) wydawanie wspólnych (czytaj mężowskich) zasobów finansowych. Bo co też taka „baba” może zarobić? Jeśli nie pracuje w budżetówce, w której pensje są „bezpłciowe”, to z reguły zarabia mniej niż mężczyzna.
Kobiety oceniane są od początku swojego życia. Najpierw są porównywane z innymi królewnami w wózkach- która bardziej na oko „królewska”, potem same uczą się, że należy porównywać się ze swoimi internetowymi idolkami, często pełnymi ingerencji chirurga- plastyka celebrytkami i gwiazdami lub za takie się mającymi osobami. Od kiedy „ostrzykiwanie” zeszło pod strzechy, bez kłopotu zauważamy kobiety, które 50 lat nie miały warg i na pięćdziesiątkę dostały od losu w prezencie obfite, wywinięte i krwistoczerwone usta. Często mają także zdziwiony wyraz twarzy, bowiem zabieg „otwierania oka” to zdziwienie na twarzach rysuje. Już słyszę posykiwania, że trafiła się specjalistka od urody. I nie chodzi mi tu o powrót do malowania rumieńców pomadką do ust, albo do czernienia brwi węglem. Chodzi mi o to, że kobiety dały się zapędzić do praktycznego realizowania powiedzenia „Poznać pana po cholewach” i „ Jak cię widzą, tak cię piszą”. Cudowne słowa dotyczące tego tematu wypowiedział Marc Chagall „Ludzie, którzy nie potrafią się starzeć to ci sami, którzy nie umieli być młodzi”.
Słowa Mariana Turskiego : „Nie bądź obojętny”, odbiły się szerokim echem, zaistniały na wielu paskach, przekazach, ale czy w sercach i duszach? Obawiam się, że w niewielu, na krótko i nietrwale. Spustoszenie, jakie w naszych głowach zrobiła globalizacja, technicyzacja, epatowanie widzów widokami wojen, kataklizmów- ale GDZIEŚ, daleko od nas, sprawiły, że spełzła nasza wrażliwość i zhardziała delikatność. Jesteśmy skłonni zapełnić pojemniki na makulaturę, w celu sfinansowania kopania studni głębinowej gdzieś w Afryce. Ale dlatego, że nie jesteśmy obojętni czy dlatego, że nie ma już skupu makulatury i to jest znakomita okazja dla pozbycia się zdezaktualizowanej prasy, podręczników, reklam?.. Wyślemy sms-a dla uratowania konia wiezionego na rzeź, ale dlatego, że osobiście nas porusza, że ma na imię jak Twoje dziecko czy dlatego, że faktycznie nie zgadzamy się, by po latach pracy skończył jako kabanos? Idziemy z dziećmi karmić ptactwo wodne. Czym? Chlebem. Bo nam został i jest stary. To nic, że wiemy, że grozi to ptakowi wieloma chorobami (anielskie skrzydło), ale i tak pieniądze już na pieczywo wydaliśmy, a na słonecznik, marchewkę, czy karmę specjalistyczną dla ptactwa, trzeba by znów sięgnąć do kieszeni... Nie dokarmiamy ptaków, bo... nie przylatują do nas, a nie przylatują, bo nie wiedzą, że zawsze mogą na coś w naszym ogrodzie liczyć. Kluczem jest słowo: zawsze. „Cokolwiek oswoiliśmy...”- dla kogo te słowa są mottem i sposobem, czy drogą wyborów życiowych? A komu nie mówią nic, bo ich przestrzeganie kosztuje? Pytania, które zadają sobie tylko wrażliwcy, czy może każdy powinien? Ile miejsca w naszych myślach zajmuje „my” i „nasze”, a ile „moje” i „dla mnie”? Dla mnie najważniejszym jest... Moim zdaniem... Ja chcę żeby.. Czy: naszym i dla nas? Nie jest łatwo żyć w czasach solistów, indywidualnych gwiazd, celebrytów na różne skale, a z drugiej strony w czasach powszechnej unifikacji i konieczności przestrzegania procedur i reguł.
Często spotykam się z pytaniem - jak można mieszkać na prowincji, czyli w miejscu gdzie się „nic nie dzieje” ? Kiedy pada takie zdanie, pytania rodzi mi się dwa: powiedz, nazwij czego ci brakuje? Kiedy ostatnio byłeś na tym brakującym ci do szczęścia wydarzeniu/ koncercie/ wystawie/ spektaklu? Najczęściej rozmówca nie potrafi sprecyzować jakie ma oczekiwania. A na wydarzeniu z kategorii kultury był.. zaraz, kiedy to było? No, kiedyś.
Minione kilka tygodni tego roku nie były w moim życiu jakieś szczególnie inne niż zazwyczaj. Byłam z bliskimi mi ludźmi : teatrze, na koncertach, w muzeum, w filharmonii i w kinie. Naturalnie cały czas pracując, czytając, sprzątając, prasując, piorąc, czyli wykonując wszelkie normalne dla mnie czynności. Lubię dbać o kondycję mojej wrażliwości. Lubię planować i realizować pomysły. Lubię współpracować. Na moje szczęście spotykam ludzi, którym też się chce podobnie. Często całkowicie za darmo, bez liczenia na poklask, finansowe gratyfikacje, bo nie jest im wszystko jedno. Nie czekamy aż nas ktoś dostrzeże i pogłaszcze po próżności, która występuje u każdego, choć w różnych proporcjach. Czasem natykamy się na złodziei naszych pomysłów, koncepcji. I cóż zrobić? Prawa autorskie, to wciąż ziemia obca dla wielu. A i normy dotyczące uczciwości w tym względzie, nie są powszechnie przestrzegane. Ale póki wiele moich aktywności wykonywanych dla wspólnego dobra, to wciąż kategoria : wolontariat i dobre chęci, mam nadzieję, że KIEDYŚ i TAM, ON nie zakwalifikuje mnie do grona obojętnych.
Mamy skłonność do gromadzenia „przydasi”. Nie ważne, że nie działa, zepsute, niemodne, niewygodne i tak trudno się rozstać. Bo się przyda, bo od ważnej osoby, bo wyrzucanie, to niegospodarność. Tymczasem, te zepsute, nielubiane, zdezelowane czy niepotrzebne do niczego rzeczy sprawiają, że w życiu naszym narasta chaos. Myślę, że nie jestem jedyną, która źle czuje się we wnętrzach, w których, niczym w graciarni, stoją kolekcje dzbanuszków, pamiątek z wyjazdów, magnesików, ozdobnych figurek, kubków z..., puzderek na wszystko, talerzyków i mis na „cobądźe”, suszonych kwiatuszków i wszelkich podobnych dyrdymałków i kurzołapów. W łazienkach straszą nas resztki kremów, lakierów oraz kosmetyków sprzed wieków, a w kuchennych szufladach walają się przeterminowane leki, zioła i zwietrzałe przyprawy sprzed 5 lat. O ile te pamiątki naszych sentymentalnych zakupów, dadzą się jeszcze usprawiedliwić, to te „zepsutości” całkiem nie. Ja wiem, osoby pamiętające czasy słusznie minione, mają to we krwi, by mieć, bo a nuż się przyda? Ale warto zweryfikować te zasoby piwnic, szaf, strychów i schowków i się pozbyć. Żadne: to na działkę, to na grzyby, to z psem, to do sprzątania. Nie ma! Nie musisz sprzątać w starych łachach, śmiesznym badziewiu, które cię pogrubia, postarza, psuje nastrój i powoduje myśl: wyglądam jak bezdomny kloszard, oby mnie tylko nikt teraz nie zobaczył. Wyrzuć rzeczy z tej kategorii na śmieci lub wystaw przed dom, może komuś się przyda i nowe życie dostanie. To przedmioty. A co z zachowaniami, dawnymi wyborami, znajomymi, czynami, relacjami? Przeszłości nie cofniesz, nie zmienisz, ani nie poprawisz. Przestań rozpamiętywać minione dni, wybory, znajomości, a nawet przyjaźnie, skończ z robieniem sobie wyrzutów i gdybaniem. Ten wybór, w tamtej sytuacji był jedyny właściwy, i w tamtych okolicznościach- jedyny dobry. Gdyby nie on, doświadczenie życiowe, które masz byłoby znacznie uboższe. Wiem, że trudno zaakceptować i pogodzić się z tym kimś, kto Cię od lat drażni, obezwładnia wolę i niczym pajęcza sieć ogranicza ruchy, nie pomaga, a zgoła przeciwnie. Pomyśl jednak ile praktycznych umiejętności masz, dzięki rozwiązanym problemom. Jeśli potrafisz, pomyśl o tym z wdzięcznością. Zechciej siebie, swoje życie i wybory szanować i polubić. Żadnego „muszę”, „znowu”, lepiej „chcę” i „jeszcze”. Jeśli faktycznie chcesz, to zrób. Jedną rzecz, a nie cała głowa planów, a realizacji zero. Jeśli coś obiecasz- sobie czy komuś, realizuj. Nie ma „kiedyś”, daj sobie konkretny termin. Napisz na kartce. Pewno modniej i nowocześniej zrobić to w telefonie, ale ja nie mam wiary w przedmiot. Wierzę w człowieka. Zatem, zgodnie z zasadą: ręka pamięta, może i głowie będzie zapamiętać łatwiej. Nie prowadź hodowli kompleksów. Nie wiesz jak? To się dowiedz, naucz, zapytaj tych, co wiedzą. Wspomnienia raniące- wynocha. Zwyczaj bycia „grzeczną dziewczynką”, przemilczającą i ustępującą, przepraszającą i żyjącą tak, żeby komuś było miło- do kubła. Lubisz jakiś styl, choć on nie podoba się mężowi czy szeroko pojętemu otoczeniu- trudno. Im się może nie podobać. Wolno im, wolno i tobie. Jeśli czujesz, że zawaliłaś- przeproś, ale raz, a nie w kółko. Nie dźwigaj w duszy balastu złych uczynków. Poproś o wybaczenie i sama sobie wybacz. Jeśli mówisz, bądź grzeczna, ale zgodnie z własnym przekonaniem i pamiętając o swoich potrzebach. Nie pielęgnuj w sobie strachu przed przemijaniem, niewiary w swoje szczęście, dostrzegania mankamentów swej urody i charakteru. To ci w niczym nie pomoże. A przeszkodzi z całą pewnością. Skończ ze scrollowaniem wiadomości na portalach społecznościowych. Tam z rzadka jest prawda. Najczęściej to taki życiowy fotoshoping. I mimo że czytasz mój apel w internecie, jak skończysz, wyjdź na spacer, popatrz na przyrodę. Tam jest prawdziwe życie. Dekoracje to ułuda. Istotna, ale to tylko detal w twojej najważniejszej misji. Dobrym przeżyciu swojego życia.
Kończy się mój ulubiony czas w roku- jesień. Rzadko kto lubi tę późną porę o nieużywanej nazwie - przedzimie. Wrzesień, październik, kolory liści w ilościach i odcieniach obłędnych...Jak pięknie mówi poeta o liściach, że to jesienne pocałunki wiatru. A listopad? Komu przypada do gustu ten czas krótkiego dnia, chłodów, wietrzyska i siekącego deszczu? To normalne, że lubimy urodę. Ale cóż niezwykłego jest w fakcie, że w maju jest pięknie, w czerwcu oszałamiająco pachnie, w lipcu wchodzimy w czas urlopowego leniuchowania, w sierpniu zaczynamy delektować się ogromem owoców? Natomiast, gdy widzę w listopadzie mroźny błękit nieba, brązowoszare pnie drzew, słońce rześkie swym tnącym jak brzytwa światłem, doceniam urodę chwili. Nie lubię zimy. Zwłaszcza grudnia. Ten czas obrzydziła mi nachalność handlowców i pozory serdeczności , której wszędzie pełno. Zwykle w grudniu zewsząd atakują nas cynamonowo- kardamonowe zapachy, dźwięki dżingli i wszelkich, rzekomo, Mikołajowych dzwoneczków oraz życzenia wyrzucane bez uczuciowo, niczym „zapraszamy ponownie” w sklepie na b. Zawsze też przypomina mi się żarcik: zostaw, bo to na święta. I w parę dni później: jedz, bo się zepsuje... Ludzie jadą- dobrowolnie lub pod jakimś naciskiem- z drugiego końca kraju bądź kontynentu, żeby się tej rodzinnej atmosfery, i jak to się teraz mówi, „magii” świątecznej nałykać. A my, kobiety na uszach stajemy, żeby było jak w reklamie sklepu z wyposażeniem wnętrz z najwyższej półki. A przecież wysprzątany dom nie jest tym, co dla „rodzinności” jest najważniejsze. Mój przedświąteczny apel do kobiet brzmi: nie pozwól żeby Twój dom lśnił bardziej niż Ty. Nic nie musi być poukładane, posegregowane i wypucowane do absurdu, bo przedmioty nie są ważniejsze od ludzi. To tylko dekoracja dla naszego życia! Boję się osób kompulsywnie sprzątających, a w wielu z nas okres przedświąteczny wyzwala właśnie takie zachowania. Goście i rodzina, którzy nas odwiedzają, nie są zainteresowani faktem, że w szafach porządek jak żołnierza na półce i że na tych porządkach upłynęło nam 2 tygodnie życia. Żaden dzień się nie powtórzy. Czasu spędzonego na czynnościach nazywanych przeze mnie: zamiast bycia razem, nikt nam nie odda. Nasi goście, to nie inspekcja z ramienia perfekcyjnej pani domu i nie zapamiętają niczego z efektów tych przedświątecznych manewrów, a zapadną im w serce uśmiech, serdeczność, interesujące rozmowy, wspólne spacery lub śpiewy kolęd przy kominku. Droga Kobieto, sprzątasz, dekorujesz, pichcisz, pieczesz, z wywieszonym jęzorem lub na ostatnich nogach lecisz do spowiedzi, po drodze zapominając co istotniejsze grzechy, bo głowa napchana innymi myślami. A goście, jeśli przyjdą, to powiedzą, że nie głodni i nie w głowie im zachwyty nad efektem Twoich tytanicznych wysiłków, bo przyszli się spotkać i pogadać. Jak kiedyś- twarzą w twarz, a nie przez społecznościowe media. Ktoś z Czytelników może mi zarzucić, że namawiam do nicnierobienia. Cóż, czysto i bez proszka jest w sklepach meblowych, a jakoś nie wydaje mi się, że do tego miejsca pasuje słowo: rodzinnie. A tego nam właśnie potrzeba w szaleństwie obecnej doby. Poczucia, że jesteśmy ważni. My, a nie nasze ubranie, fryzura, buty czy paznokcie, wypucowane podłogi i nienaganne firanki. Cały ten pokaz i blichtr, to jedno wielkie zamiast. W życiu każdego są takie „zamiasty” różnych rozmiarów. Ważne, by nie przysłoniły tego, co w nim daleko istotniejsze.
Nieubłaganie nadciągają żniwa w sklepach z zabawkami. Dzień Dziecka na progu. Zatem tak rodzice, jak dziadkowie, ciocie przyszywane i prawdziwe, a nawet niektórzy wujkowie, nadwyrężają swe budżety kupując kolejne autko, lalkę czy maskotkę. Handel o tym wie, zatem półki uginają się od miniatur bohaterów produkcji filmowych i „growych”dla dzieci. Do czego taka zabawka została powołana? A do tego, żeby dziecko poznawało realia w miniaturze. Czyli bywają miniatury kuchni, pralek, domów, traktorów, karetek czy policji. Nie pojmuję zbytnio do czego mają służyć miniatury księżniczek typu Elza czy Zofia (jeśli takich księżniczek nie ma, daruj. Wiesz, chodzi o te laski z filmu rysunkowego, może mają inne imiona, a ja nie mająca dzieci ani wnuków w tym wieku, coś pokręciłam)? Rzadko która dziewczynka ma szanse zostać księżniczką. Może się czepiam, ale jakoś z tyłu głowy mam myśl, że dziecko które nie ma szans bawić się (w coś, a nie czymś), nie nauczy się pełnienia wielu ról w życiu dorosłym. Teraz najczęściej dzieje się tak, że dziecko, dla swego bezpieczeństwa zostaje spacyfikowane w domu i ma tam bawić się, bo przecież ma zabawek pod sufit. Zatem jak ma się nauczyć zachowywać w różnych sytuacjach, skoro ich nie testuje. Nie nauczy się być w jednym zadaniu przywódcą, w drugim wykonawcą, w trzecim obserwatorem, czasem przegrać, czasem iść na kompromis albo walczyć o swoje, bo przecież wygrana z rodzicem, to żadne zwycięstwo. Często mówię moim gabinetowym rodzicom: nie pozwalajcie dziecku zawsze wygrywać. Niech pozna smak remisu i porażki, bo kto potrafi je osłodzić jak nie najbliżsi. Gdy od rodzica słyszę, że dziecko nie ma co robić, bo place zabaw są nudne, wszelkie „fikolandy” wzajemnie siebie przypominają, dinoparki są identyczne, myślę sobie, ależ musisz się nudzić w swoim życiu, drogi rodzicu. Skoro potrzeba ci przedmiotu, bo sam niczego nie wymyślisz. Jak to się mówi: nie ogarniesz tematu czasu wolnego z własnym dzieckiem. Dlatego dzieci mają dzień zaplanowany pod korek, by odpowiedzialność spadła na innych. I tak od najwcześniejszych lat. Ostatnio byłam w Lublinie. Zobaczyłam tam ogromny baner reklamujący naukę języka angielskiego od 3 miesiąca życia!! Pomyślałam: nie obroni się ten nasz trudny język, bo „blu” jest daleko łatwiejsze od niebieskiego, o „blek” w kontekście czarnego już nawet nie mówiąc. I pogrzebałam w moich ( jeszcze ręcznie pisanych) notatkach, by wyszukać zabawy, które w tym wieku są dla dziecka właściwe. A zatem:
4 miesięczne dziecko warto zapoznawać z zapachami, bawiąc się z nim, nosząc je i zaglądając do lustra, robiąc do niego różne miny, gruchając, mrucząc, mówiąc, śpiewając mu (można fałszować, to dla dziecka bez znaczenia, ważne kto śpiewa) proste piosenki, nagrywać dziecka „ gruchające wypowiedzi”, a później mu je odtwarzać, patrząc na reakcje zaskoczenia, pozwalać bawić się właściwymi zabawkami, które i tak wylądują w buzi (uwaga na wielkość i trwałość), bo to czas poznawania świata przez dosłowne smakowanie.
5 miesięczny człowiek jest jeszcze bardziej gadatliwy, a także pojmuje jakim dobrym narzędziem są własne palce. Dlatego dobra jest zabawa paluszkowa „Idzie rak- nieborak”, „Sroczka kaszkę warzyła” czy „Rodzinka”. To bardzo ważny etap, zwłaszcza w kontekście rozwoju sprawności narządów mowy, a także późniejszych, precyzyjnych czynności. W tym wieku dziecko zaczyna praktycznie rozumieć zależności przyczynowo- skutkowe i wdrażać je w praktyce. Czyli jeśli się rozpłacze, to zostanie wyjęte z łóżeczka, jeśli czymś pluje, to ma szanse dostać to, co mu smakuje, nawet jeśli to coś nie jest zbytnio zdrowe. W tym wieku dziecko zaczyna odróżniać mimikę, rozumie także minę smutną czy groźną i na nią uczy się reagować.
Dobra, spytasz, a co ma z tym wspólnego ten angielski? Przecież jak dziecko „nasiąknie” melodią języka w tak wczesnym dzieciństwie, potem będzie mu łatwiej. A ja sobie myślę, że taka aktywność, to robienie rodzicielstwa przez kogoś, zamiast przez najbliższych. Uważam, że zwłaszcza pierwszy rok życia jest czasem, gdy dziecko potrzebuje stałości twarzy, otoczenia, melodii, języka także. Gdy się w tym świecie poczuje pewnie, można mu uchylać drzwi do kolejnych światów. A Ty jak sądzisz?