17. 12. 29
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Wielkimi krokami nadchodzi doroczny czas składania sobie obietnic. Nie wiem czy wynika to z magii przejścia z jednego roku do drugiego? Może bierze się z symbolicznego zaczynania „od początku”? Może ze zwyczajnej chęci obiecania sobie, że już wkrótce zmienimy się w ideał?

To wszystko zmusza nas do myślenia - co nowego będzie w nas i z nami od nowego roku?

Chciałam z Wami pogadać w temacie: jakie były, czy będą, Wasze noworoczne obietnice. Naturalnie te, które można głośno wypowiedzieć. I jak długo udało się Wam w postanowieniach wytrwać?

Mam za sobą pewno większość „dziewczyńskich” postanowień – zacznę się gimnastykować, będę pić 2 litry wody dziennie, wrócę do regularnego pływania, codziennie przeczytam coś dla przyjemności i coś zawodowego, codziennie nauczę się jednego słówka angielskiego / niemieckiego / węgierskiego...

Niestety,po raczej krótkim zrywie, najczęściej wracam do poprzednich przyzwyczajeń.

Ktoś z Was ma jakiś pomysł na walkę z nieskutecznymi obiecankami?

Nieocenieni amerykańscy badacze obliczyli, że tylko 8% osób postanawiających noworocznie, trwa w postanowieniu po pół roku. Co zatem zrobić żeby znaleźć się w tym ekskluzywnym gronie?

Każdy sprawdzony na sobie pomysł jest na wagę złota. Przejęci własną, noworoczną szlachetnością jesteśmy skłonni dużo obiecać. I pułapka „nikt ci tyle nie da, co ci...obieca”, gotowa.

Zatem, czekam na wypróbowane pomysły. Bo każdemu się przyda jakaś poduszka finansowa (zacznę oszczędzać), lepsza cera (2 litry wody dziennie), dobra kondycja (regularnie będę pływać, spacerować, tańczyć), biegłość w sprawach zawodowych czy językach obcych.

Łatwość w postanowieniach, obietnicach, przyrzeczeniach przypomina mi brukowanie piekieł dobrymi chęciami. Nasze noworoczne wysiłki docenia za to ks. J. Twardowski mówiąc, że, niebo brukowane jest dobrymi wysiłkami.

Ja od lat na postanowienie noworoczne biorę sobie słowa niezrównanej mistrzyni felietonu, Doroty Terakowskiej : „Żyj i daj żyć tylko tym, którzy tobie też na to pozwalają”.

17. 12. 22
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Jak się czujecie z wszechobecnymi życzeniami? Na ścianach, murach, wystawach, w klapach sprzedawców sklepów, w radiu i w telewizji, której wprawdzie nie oglądam, ale sądzę, że też? Nie czujecie się osaczeni? I nie jest to zalewanie serdecznością, ale bez emocji wyrzucane zewsząd: weeesooołyyych świąaąt! Nic prawdziwego za tym najczęściej nie stoi, ale też nic nie kosztuje rzucić przed siebie takie stwierdzenie.

Myśląc o życzeniach, najczęściej imaginuję sobie osobę, do której się zwracam. I albo życzę w kontekście tej konkretnej osoby, albo wcale. Zwłaszcza obecnie, gdy legendarne już „dwóch Polaków i cztery opinie” podlewa sos politykierstwa. Boję się świątecznych spotkań, podczas których trzeba będzie unikać tematów rodzinnie wrażliwych, a do tego uważać na przekonania współświętujących.

Zatem kochany Czytelniku naszego bloga, życzę Ci byś w Święta zwłaszcza, ale po nich także, czuł  bliskość tych, z którymi chcesz być blisko. Życzę bycia dla kogoś ważnym, zupełnie nie dlatego co i ile możesz. Życzę, by życie miało kolor, wdzięk, radość i sens. Jeśli lubisz roślinne porównania – kwitnij i owocuj. Wolisz zwierzęce – niech się powodzenie, czy wręcz bogini Fortuna, do Ciebie łasi jak kot. Przekonuje Cię świat przedmiotów – niech to, co przed Tobą, będzie poskładane, sensowne i przewidywalne. Wolisz jakieś motoryzacyjne treści, niech Ci się darzy we wszystkim i zawsze z imponującą prędkością. Lepiej się czujesz filozofując, życzę Ci więc, by dobro, które czyniłeś bezzwłocznie wróciło do Ciebie. Wierzącym życzę błogosławieństwa Dzieciny.

A wszystkim tolerancji, pomyślności i zielonych świateł na drodze życia.

17. 12. 17
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

No tak, jestem uzależniona od lat. I to, że także od lat, nałogu nie praktykuję faktu nie zmienia.

W palenie wchodziłam z trudem, nie wiedziałam jak to się robi, połykałam dym, płakałam, bo gryzł mnie w oczy, ale bardzo chciałam się nauczyć palić. Uczyła mnie koleżanka, nieco ode mnie starsza, z bardzo dobrego domu. Oczywiście imponowała mi. Wreszcie z biedą nauczyłam się zaciągać. Z paleniem byłam blisko przez czas : „do po studiach”. W rok po urodzeniu się naszego syna miałam kłopoty ze zdrowiem i pierwszy raz na serio pomyślałam : kiedyś umrę. To niesamowita myśl. Do dziś pamiętam to zaskoczenie. Nie dziw się, myśl o śmierci to nie jest problem do rozważań zdrowego, młodego człowieka. I zdałam sobie sprawę, że chcę zrobić coś, co mojego życia przynajmniej nie skróci. Najłatwiej rzucić palenie. Bo przecież mogę w każdej chwili. 

I okazało się, ku mojemu zaskoczeniu, że taka każda chwila w żaden sposób nie chciała nastąpić. Nie działało „od jutra”, „od poniedziałku”, „od pierwszego”, a wręcz paliłam jakby na zapas, więc zdecydowanie więcej. Wymyśliłam sobie taką „umowę” z Opatrznością : za opiekę i dobrostan mojego dziecka, w każdym roku nie będę palić przynajmniej miesiąc. Bo jak nie, to… I słuchaj – zadziałało. Kilkanaście lat palenie moje przebiegało tak, że robiłam przerwy czasem miesiąc, czasem 3 miesiące, raz nie paliłam półtora roku. Ale to nie było rzucenie palenia, to była przerwa w nim. Zaplanowana na przerwę o nieokreślonym czasie trwania.

Nie identyfikowałam się z palącymi, nie paliłam w pracy, jeśli jechałam pociągiem, nie wybierałam wagonów dla palących (kiedyś takie w pociągach były, serio), obrzydzał i dławił mnie zapach papierosów we włosach, ubraniu czy firankach. Ale to wciąż było za mało, żeby powiedzieć sobie: już nigdy nie zapalę papierosa.

W 2000 roku poznaliśmy Anię, naszą córkę, która w kategorii mieszkańców domów dziecka była zupełną rzadkością. Mianowicie, zastała pozostawiona w szpitalu po urodzeniu i nigdy, nawet sekundy, nie spędziła w domu swoich rodziców. Chcieliśmy, żeby została naszym dzieckiem. Wydawało się, że na poziomie sądu będzie bez problemu. Błąd. Rodzice biologiczni, którzy przez 3 lata i 10 miesięcy jej życia mieli z nią udokumentowany kontakt 7 razy (w to wlicza się także telefon do placówki!!!), zapałali nagłą miłością i… pierwszą sprawę przegraliśmy. Wtedy zrobiłam takie przyrzeczenie: Boże, jeśli wygramy na drugiej rozprawie, to już nigdy nie zapalę papierosa.

Ania jest naszą córką od 17 lat. Nie palę lat tyleż samo. Ale nałóg we mnie jest, wiem to. Kiedyś byłam na wycieczce w Izraelu. Na jakiejś kolacji zapaliłam, wraz z wszystkimi, sziszę, jakieś jabłkowo - różane aromaty. Efekt : przez pół roku z tyłu głowy miałam myśl o zapaleniu papierosa.

Możesz nie akceptować metod moich walk z nałogiem. Wolno Ci. Ale myślę sobie, że nie udałoby mi się, gdybym nie miała dla kogo. W moim życiu to ważne słowa. Mieć dla kogo.

17. 12. 08
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Straszne uczucie. Niszczące zawistnika i obiekt zawiści czasem także. I młodsze rodzeństwo zawiści – zazdrość. Naturalnie, niestety, wszechobecna. O ile zazdrość może wynikać z poczucia niższej wartości, to ciekawe z czego zawiść wynika? Jakieś przykłady? A proszę bardzo.

Mamy basen koło domu, zwykły, przedtem był rozporowy, teraz od 2 lat jest na stelażu. Taki basen każdy posiadacz kawałka ogródka może sobie kupić w Obi czy w innym Praktikerze. Na sezon rozkładamy go i pluszczemy się w nim czy też opalamy na dmuchanych fotelach. Pewnej letniej nocy ktoś wszedł do naszego ogrodu i basen nam przedziurawił. Taki „życzliwy” psikus nam zrobił. Nie będziemy się tu puszyć i amerykańskie mody na Polskę B sprowadzać.

Albo taka sytuacja: poproszono mnie parokrotnie żebym coś przeczytała publicznie. Raz były to wiersze, innym razem „Pieśń nad pieśniami”. Między nami mówiąc, zdarzyło mi się w słusznie minionych czasach PRL-u brać udział we wszelakich konkursach recytatorskich, zajmując najczęściej liczące się miejsca. Dlatego mam świadomość, że interpretować tekst potrafię dobrze. No to potem dowiedziałam się, że kreuję się na lokalną celebrytkę. Mnie się wydawało, że ja coś robię i z tych moich działań jestem znana. A okazuje się że to działania na pozór, żeby się pokazać i.... wykreować.

Byłam kiedyś w gronie osób, wydawało mi się, mi życzliwych. Nastawienie miałam bardzo promienne. Był to jeden z dwóch szczęśliwych momentów z życia kierowcy, mianowicie kupiłam, a dokładnie wzięłam w leasing nowe auto. Nie, nie przechwalałam się tym, zupełnie nawet nie wspominałam, że tak zrobiłam. I tak jakoś przy okazji tematów motoryzacyjnych usłyszałam, że uczciwy człowiek to kupuje używane auto, bo go na więcej stać nie będzie w tym kraju. A nowe to kupują przekręciarze czy inne nieuczciwe typy. A leasing to furtka dla tych co oszukują na podatkach i tychże skarbówka powinna gonić jak psy! (Czemu psy?)

Zastanawiam się czemu czyjś sukces, sukcesik, sukcesiątko, tak ciężko wielu ludziom znieść, choć często ich usta pełne są wyrazów szacunku i oficjalnej sympatii.

Nie widać drogi dojścia do efektu. Widać efekt. I tak jest łatwiej, bo nie trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie czemu ja mam jak mam?

17. 12. 01
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Zawodowo bywa z górki,ale częściej nie koniecznie. Bywa też tak, że nie bardzo wie się od czego zacząć i do czego zmierzać. To znaczy wie się w zarysie. Tylko jak to się ma do praktyki ? Miałam kiedyś okazję prowadzić terapię osoby chorującej na stwardnienie zanikowe boczne. Stan był zaawansowany, postępy choroby szybkie, osoba na dobrym poziomie intelektualnym, doskonale zdająca sobie sprawę ze swojego stanu. Pan był już leżący, z zaburzeniami połykania i artykulacją zamazaną. Nie spodziewał się, że moja terapia radykalnie poprawi jego samopoczucie. Niemniej, myśląc o tych zajęciach i naszych spotkaniach, nie mam poczucia niepowodzenia. Ale po kolei.

Będąc z kimś w długotrwałym związku, zupełnie nie trzeba słów żeby się zrozumieć w pełni. Czasem wystarczy kaszlnięcie czy chrząknięcie, czasem jakiś gest i już doskonale wiadomo co chciało się powiedzieć. Tak jest w relacjach z żoną czy rodziną, ale ja byłam dla XY obca. Podczas naszych sesji terapeutycznych obie strony musiały się bardzo postarać, żeby się porozumieć. Pan, żeby dokładnie wymówić, a ja żeby zrozumieć co powiedział. Docierałam do niego poprzez przygotowanie tematyki terapii wynikającej z jego zamiłowań, co było związane z wykonywanym zawodem. Podczas jednego z takich zajęć zapytałam czy ktoś z pracy go odwiedza. Pokręcił głową ze smutkiem. O nie!! Wkurzyłam się. Kiedy był zdrowy, wciąż do czegoś był angażowany i dla wielu niezbędny. Gdy się rozchorował, nagle wszyscy nie mieli czasu by go wesprzeć. Pojechałam do jego firmy. Naburmuszona sekretarka powiedziała, że dyrektor jest bardzo zajęty i nie przyjmie nieumówionych petentów. A ja na to, że nie przyszłam tu na pogaduszki, niczego od nich nie potrzebuję, a moja rozmowa potrwa 3 minuty, chyba, że dyrektor mnie poprosi by trwała dłużej, to być może potrwa 5 minut, bo ja więcej czasu nie mam. Poszła z tymi, niezbyt, przyznaję, grzecznymi słowami do dyrektora.

Po jakiejś chwili pojawił się i szef, naburmuszony niczym jego sekretarka. Byłam wkurzona. Bez uśmiechu (kto mnie zna, wie, że to u mnie rzadkość) mówię,że jestem neurologopedą pracującą z pacjentem XY. Od kiedy ten pan zachorował, nikt z współpracowników go nie odwiedza i jego losem się nie interesuje. Człowiek jest chory terminalnie i wkrótce odejdzie. I wtedy wszyscy na jego pogrzebie będziecie pocieszać żonę mówiąc jaki to wspaniały był gość i będziecie ją ściskać i współczuwać. A póki żyje, nikt nawet swojego cienia w jego domu nie pokaże, bo boi się stawić czoła umierającemu człowiekowi.

Dyrektor zamarł. Nie wiemy o czym możemy z nim rozmawiać, powiedział cicho i zupełnie bezradnie. O pracy, bo o niej i jej problemach wciąż myśli – prawie huknęłam. On jeszcze żyje, ta praca to jego wielka miłość. I jeszcze jedno panu powiem, jak się pan odważy powiedzieć panu XY, że tu byłam i do odwiedzania go nakłaniałam, to ja pomyślę sobie o panu źle. A jak ja o kimś tak serdeczne źle pomyślę, to on naprawdę ma kłopoty.

Pan XY zmarł 6 miesięcy później. W międzyczasie jego koledzy i koleżanki odwiedzili go wielokrotnie, ufundowali mu specjalny grawer, pytali go o zdanie i jego odpowiedzi były dla nich istotne. Przynajmniej pan XY tak uważał. A ja uważam, że było to jedno z bardziej ważnych doświadczeń tak zawodowych jak „ z życia wziętych” w moim „logopedzeniu”.

17. 11. 10
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Czym ona jest ta wolność, oprócz tego, że dla każdego czymś innym. Może wolność to swoboda robienia tego, na co mamy ochotę? E, nie, to pewno raczej nazwiemy swawolą, a od niej krok do wszelakich występków. To może wolność, jest życiem bez różnych przymusów? Też nie, bo przecież przymus, to rodzaj poczucia obowiązku, a to stan znany większości ludzi wolnych.

L. Kruczkowski definiuje ją tak: wolność to zrozumienie konieczności. Zasmuca mnie to. Zatem być może wolność jest brakiem konieczności liczenia się z opinią drugiego człowieka? Nie, z pewnością nie, bo to już blisko do lekceważenia czy wywyższania się nad innych. Wiem - wolność to życie, w którym mogę wyrażać swoje myśli bez obaw. Hm, akurat. Wejdź na jakieś forum w internecie i sprawdź czy ktoś tam swoje myśli wyraża bez obaw - większość opinii podpisane nickiem. Hejt, jak plotka i dwuznaczności lubią anonimowość, bo już jak trzeba byłoby powiedzieć w twarz, to kto wie czy odwagi starczyłoby na obronę swojego zdania. Czyli to, że wiem, że mi wolno, nie znaczy, że mogę. To jest: WIEM, że nie zawsze mogę. Lubię słowa autora arcydzieł literatury rosyjskiej, hrabiego Lwa Tołstoja „Wiedza daje pokorę wielkiemu, dziwi przeciętnego, nadyma małego…” Nie dalej jak wczoraj Andrzej Dec przypomniał mi postać angielskiego myśliciela lorda Johna Actona, żyjącego wprawdzie w XIX wieku, którego przemyślenia nic nie straciły na aktualności. W kwestii wolności lord Acton uważał, że „Wolność składa się z dystrybucji władzy, a despotyzm z jej koncentracji”. Wymowne. Szczególnie obecnie.

Na wolność czekało kilka pokoleń Polaków. I pewno nie jeden z walczących o nią miał dylematy - po co się narażać? Dla kogo? Czy ma to sens, przecież żyje się raz… A jednak zrobili to, wywalczyli czy wyszarpali zaborcom i mocarstwom własne państwo.

Moje pokolenie, o młodszych nie mówiąc, często niepodległość traktuje jako jakiś frazes, przymusowe, urzędowe święto, listopadowe pochody dla złożenia kwiatów pod pomnikami mającymi słowo „niepodległość” na tablicach. A jest ona przecież wynikiem wolności człowieka, a więc wartości, której odebrać sobie nie damy, bo nie wyobrażamy bez niej życia. Wolność moja graniczy z wolnością drugiego człowieka. Czy jeśli depczę czyjąś wolność -  to czy o taką wolność od… i niepodległość w… walczyli ci, którzy się jesienią 1918 roku tak szaleńczo z jej odzyskania cieszyli?!

Chodzę pod pomniki i tablice, bo to rodzaje grobów, a do nich mam z domu wyniesiony szacunek. Mówi się: póki ktoś o zmarłym pamięta, póty nie całkiem umarł. Dobrze, że Dzień Niepodległości obchodzimy w listopadzie. Nie koliduje z pięknem przyrody, które mogłaby nasze myśli  kierować na jej urodę. Możemy, oderwawszy się od nachalnego dydaktyzmu, serwowanego przez media, pomyśleć ilu tych „Jasieńków co w polu padli” padło, bo wolność czy ojczyzna albo wręcz honor, to były słowa święte. Że banalnie zabrzmiało, tak bogoojczyźnianie? Cóż patriotyzm miewa takie barwy właśnie. Cieszę się, że czas, w którym trwa moje życie nie wymaga ode mnie żadnego takiego patriotyzmu, waleczności czy wręcz bohaterskich zachowań. Bo się znam i raczej nie jestem do nich zdolna i niech Bóg broni bym miała się w tych sytuacjach sprawdzić. Dlatego chylę czoła przed wszystkimi, których waleczne życie sprawiło, że wciąż mogę po polsku, pod swoim nazwiskiem i z twarzą bez maski pisać o tym jakiego jestem zdania. I boję się myśleć, że strata tej wolności jest przecież możliwa.