17. 06. 30
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Nic tak nie zobowiązuje jak ten właśnie kolor włosów. Wprawdzie z racji na odrosty, ktoś życzliwy mógłby stwierdzić: „ale mózg jeszcze walczy…”, nie mniej - blondynka, to nie kolor, to stan ducha, że nie ośmielę się powiedzieć - stan umysłu. Nie jest to mój kolor naturalny, ale od lat czynię starania by z nim mnie kojarzono. I dlatego właśnie mam kilka pytań, z którymi nijak nie mogę sobie poradzić. Otrzymaliśmy kilka dni temu pismo z PGNiG- u w sprawie obniżki ceny gazu o jakieś grosze oraz podwyżki przesyłu czy jakichś zmiennych o 90 złotych. Zagotowałam się. To trochę tak, jakbym o 0,5% obniżyła moje honorarium za terapię i o 20% je podniosła, bo przecież na czymś siedzimy, gdzieś je świadczę. Tak sobie myślę, że wyobraźnia zarządzających sieciami gazowymi sytuuje odbiorców gazu wśród tych, co mają wolną rękę, ale w trybach, jak śpiewał Jan Kaczmarek.

W grudniu 2016 roku posiadałam jakieś niewielkie tzw. wolne środki. A, co mi tam, powiem Ci - to było 2 tysiące złotych. Postanowiłam je deponować na sześciomiesięcznej lokacie. Dobiegła właśnie końca. I za te pół roku dysponowania moimi pieniędzmi bank mnie nagrodził: wypłacił mi 16 złotych!! Przez pół roku moje pieniądze były jakoś obracane: pożyczane, oprocentowywane na tzw. over night, cokolwiek z nimi się działo nie mogłam nimi dysponować, bo straciłabym - przepraszam za słowo - zysk. Jak zobaczyłam ten - przepraszam - zysk, skontaktowałam się z bankiem (przez litość pominę jego nazwę) i zapytałam ile musiałabym zapłacić za pożyczenie na pół roku 2 tysięcy złotych. Otóż byłoby to 154 złote. Niewiele, jednakże blisko 10 razy więcej niż ochłap rzucony podobnym mnie ciułaczom.

I jak już przy finansach jestem, sprawa, która dzięki ZUS-owi co roku do mnie dociera: kiedyś będę emerytką. Otrzymuję co roku pogróżki z ZUS w tej właśnie kwestii. I w tych pogróżkach zawarta jest informacja, że jak po 42 latach pracy przejdę na emeryturę, to otrzymam 1500 brutto- czyli mniej niż obecnie netto wpłacam co miesiąc. Zastanawiam się też, skąd w ZUS-ie mają swe dziwne informacje o długości otrzymywania tegoż świadczenia. W końcu mniejszość ma uprawnienia do odchodzenia z pracy po 15/20/25 latach. Mężczyzna statystycznie żyje 73,8, a kobieta 81,6 lat (wg Dziennika Gazety Prawnej, 07.2016),  a to i tak o 3-7 lat krócej niż Szwajcarzy czy Hiszpanie. Czyli, póki  dobre zmiany nie obowiązują, mężczyzna będzie emerytem statystycznie 6,8 roku a kobieta 14,6 roku. Zatem, oddając ZUS-owi przez około 40 lat blisko połowę swojej pensji, powinniśmy liczyć na bardzo wysokie świadczenie. Odwołując się do porównania z Wielką Brytanią, w której stopa zastąpienia jest podobna jak w Polsce tj oscyluje wokół 40-47%, my płacąc ok. 1200 zł ZUS-u, otrzymamy emeryturę gwarantowaną około 900 . Natomiast Anglicy wpłacają do ichniego ZUS-U ok. 50 zł miesięcznie, otrzymują gwarantowane, również niskie jak na tamte warunki, świadczenie czyli w przeliczeniu 2500 zł. Wg mojego blond rachowania, polski przedsiębiorca płaci 20 razy wyższe składki i otrzyma 3 razy niższe świadczenie. Chcesz mi powiedzieć, że solidarność pokoleniowa..Tia. W mojej rodzinie, a spodziewam się, że w Twojej także, są same osoby zawodowo aktywne - od pradziadków począwszy, więc nie jestem nikomu zewnętrznemu nic winna. Jakoś tak źle się czuję z myślą, że moje państwo  wymaga ode mnie żebym terminowo płaciła podatki, mając dwie działalności opłacała podwójną składkę zdrowotną, przechodząc na emeryturę, opłacała nadal składkę rentową, płaciła abonament za program misyjny, choć od wielu lat nie oglądam telewizji, płaciła abonament (opłatę podatkową) za gaz czy prąd, choć podatek jest oddzielnie wyliczony.

Za dużo tego jak na moją blond duszę. A Tobie też zdarzają się takie myśli czy to tylko domena jasnowłosych?

17. 06. 23
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Jak każdy człowiek byłam kiedyś dzieckiem. Dzieciństwo wspominam, jako czas przez różową szybkę. Rodzice moi pracowali, babć, dziadków na tzw. podorędziu nie było, zatem oboje z bratem przerabialiśmy żłobek, przedszkole czy świetlicę. Nie są to wspomnienia jakoś źle na mnie ważące. Wszyscy nasi rówieśnicy mieli porównywalne dzieciństwo, więc nie było powodów do jakiegoś „zaważania”. Motywem dla którego wspominam o czasie różowej szybki jest beztroska, a ta jakoś do różowego pasuje.  Z mojego dzieciństwa pamiętam po pierwsze zapachy - te jedzeniowe i te roślinne; jakieś świeże zapachy ściętej trawy czy suszonych liści tytoniu, tajemniczy zapach dziadkowej szopy na wszystko i zapach mleka, takiego prosto od krowy. Pierwszym zapachem, który identyfikuję i kojarzę najwcześniej, był zapach farby drukarskiej. Co nie było niczym nadzwyczajnym dla dziecka księgarza. Teraz w księgarniach pracują ekspedienci czy doradcy klienta, a kiedyś trzeba było być księgarzem. Żeby doradzić co czytać, książkę trzeba było przeczytać. Ale, co ja tu wypisuję w tych dziwnych czasach, w których 63% Polaków nie przeczytało w minionym roku niczego, co jest tekstem dłuższym niż przepis na coś z torebki. A zakup książki w cenie paczki papierosów czy sześciopaku piw, to także czynność oryginalna i spotykana coraz rzadziej.

W naszym domu czytali wszyscy- mój tatuś czytał na okrągło Trylogię i w między czasie zawsze coś. Mnie zarzucał, że czepiłam się Ań z Zielonego Wzgórza jak pijany płotu( ciekawe po kim tak miałam ?), Marek studiował jakieś Tomki, Old Sheterhandy i Winetou, a mamusia wszystko. Nam, dzieciom, czytano przy każdej okazji i wszystko co mogło nas zainteresować. Wieczory wypełniali nam czarodzieje, wróżki, królewny, waleczni królewicze, smoki, Bajardy czy inne zaczarowane stwory, potem zwierzaki i ich przygody. Nasz tatuś miał specjalizację w poezji i piosence. Toteż usypialiśmy przy Balladzie o trzech Budrysach albo przy wierszach Janczarskiego. Proza i baśnie to już czas z mamusią. Nic zatem dziwnego, że odgrywaliśmy wieczorami teatrzyki cieni na wielkim, drewnianym  krześle, zasłoniętym dużą kartą papieru śniadaniowego. Dla nas każdy kwiatek miał przypisaną rolę do odegrania. I tak np. – cykoria podróżnik zawsze była królem. Muszę Ci powiedzieć, że w naszej rodzinie nigdy nie mówiło się do rodziców: mamo, tato. Tak słyszałam u dziadków z obu stron. Dziadkowie również w ten sposób opowiadali o relacjach ze swoimi rodzicami. Więc się nie dziw.

Pamiętam jakieś deszczowe lato, siedziałam przy oknie u babci w domu i czekałam kiedy przestanie padać. Miałam może 6 lat. Pałaszowałam sobie przysmak nad przysmaki - kromę chleba posypaną cukrem i polaną mlekiem, a tu co widzę? Do kurnika wchodzą prawdziwe krasnoludki. Widziałam je tak realnie, jak widziałam zmokłe kury, które rozgrzebywały błoto na podwórku. Długo nikomu o swoim krasnoludkowym widzeniu nie mówiłam. Wiadomo co się mówi i myśli o takich, którzy mają podobne „widzenia”. Było tak dopóki nie przeczytałam książki Axela Munthe „Księga z San Michele”, a w niej motto jednego z rozdziałów: „Żal mi ludzi, którzy nigdy nie widzieli krasnoludków”.

Pamiętam świetnie smak pierwszych papierówek, które niezbyt dokładnie wycierało się o koszulkę czy spodnie. Pamiętam jak tatuś zrobił nam na rzeczce tamę i mieliśmy malutki zalew do chlapania się, które nazywaliśmy pływaniem. A były to czasy zamierzchłe aż tak, że nikt nie odważyłby się nieczystości do rzeki wypuścić, bo przecież woda, to dobro także mieszkających w niej zwierząt. Pamiętam zapach stearyny ze zniczy i ognia, który lizał niezwykłe papierowe, woskowane kwiaty nagrobnych bukietów. I pamiętam najlepszą na świecie zupę ziemniaczaną naszej babci Hanusi.

Podobno im człowiek starszy, tym bardziej gloryfikuje przeszłość. Cieszę się, że moje życie jest takie zwyczajne, a mimo to mam aż tyle wspomnień, jak przez różową szybkę właśnie.

17. 06. 02
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Dobiega 25 lat jak pracuję jako logopeda. Najlepsze, co może się człowiekowi w zawodowym życiu wydarzyć to to, że praca go nie nudzi, a rozwija. Czyli, gdy praca, to jakby rodzaj hobby. Przez te lata przeżyłam wiele cudownych i zabawnych lub wzruszających sytuacji, które mnie w tym przekonaniu utwierdzają. Niektóre wciąż pamiętam. Opowiem ci o niektórych, co?

Było to na ostatniej, podsumowującej terapii sześcioletniego Tomka. Sprawdziłam już wszystkie wyrazy, zdania, rymowanki, w których wspólnie ćwiczyliśmy prawidłową artykulację. Było bez zarzutu. Zaczęłam z chłopcem  swobodną rozmowę- czym się lubi bawić, co będzie robił u babci na wakacjach, jakie ma plany na dziś i dziecko wszędzie wszystkie trudne głoski mówiło bardzo starannie i poprawnie. Pytam - Tomek, a masz jakieś marzenie? Chłopczykowi zabłysły oczka - Mam! Bardzo chcę pojechać do ZOO. Marzę, żeby zobaczyć trzy zwierzęta: zyrafę, szłonia i wla.

Kolejny sześciolatek, Maciuś, zna się na wszystkich zwierzętach jakie można spotkać na wsi, ale interesuje go cała przyroda. Serce ze złota. Niedawno opowiadał mi z przejęciem, jak to ich strumykiem przypłynęła kaczka, co się dopiero co okociła...

Uwielbiam te zaskakujące sytuacje i określenia, które dorosłemu nie przyszłyby do głowy.

Albo opowiadanie pewnej Zosi o tym, jak to bocian niósł w dziobie węża, a wąż był strasznie gruby, właśnie dlatego, że był kotny…  

Pamiętam taką sytuację z pięcioletnią Emilką. Jest zima, dziecko przyszło pięknie i balowo wystrojone na terapię. Pytam dziewczynkę o powód takiego wytwornego stroju. Ona na to: a, bo dzisiaj w przedszkolu była chujanka.

Przychodzi do mojego gabinetu  pięcioletni chłopczyk, którego głównym problemem jest niepłynność. W pewnej, uzasadnionej terapią, sytuacji  poprosiłam, aby na następne spotkanie przypomniał sobie jakiś wierszyk czy rymowankę, na której planowałam pracować. A Szymek powiedział, że on zna taki wierszyk, bo mówi go każdego dnia. Brzmi on tak:

Panie Jezu, módl się za nami, za urwisami, łobuziakami,

co wciąż rozbite mają kolana i psot tysiące robią od rana,

o dobrych radach zapominają, a do nauki chęci nie mają,

robią grymasy i awantury, pstro maja w głowie, w skarpetkach dziury,

w biurku bałagan, a w myślach zamęt, tysiąc pomysłów i temperament.

Pracuję także z dorosłymi i przypominam sobie pana Jurka, afatyka, który miał od sześciu miesięcy diagnozę o afazji totalnej. Pojechałam do niego na wizytę. Przyznaję, że byłam nieco w strachu. Mam taką wypracowaną metodę, że dużo do tych chorych mówię, a jeśli powiedzą cokolwiek, natychmiast wplatam to co zostało wypowiedziane do rozmowy, wciąż sprawiając wrażenie, że nie zauważam ich problemu. Tak było i tym razem, gadałam jak najęta, absolutnie nie zadając najkrótszego pytania. I w pewnym momencie mówię: ale mnie ten pana pies obszczekał, on taki groźny jest, czy udaje? A jak ma na imię?

Dżeki - odpowiada cichutko pan Jurek. Cała rodzina pana Jurka i on sam, zamarli. A ja udaję, że mnie nie dziwi człowiek mówiący od pół roku po raz pierwszy.

A groźny ten Dżeki? - pytam. Wcale - odpowiada szeptem pan Jurek.

Fajnie się pracuje tam gdzie się dzieją różne cuda. Prawda?

17. 05. 26
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Wróciłam z urlopu. A na urlopie, jak zawsze w chwilach nadmiaru czasu wolnego, mam myśli na które go brak w dniach pracy. Myślałam o tym jakim jestem życiowym szczęściarzem, bo mam jak mam, jak lubię i chcę mieć. Nie układałam tych myśli w jakiś porządek w sensie ich ważności, ale ciekawa jestem czy też zdarzają ci się takie małe życiowe podsumowania. A może tak cię wkręciło robienie kariery, że na takie „rzewne” treści brakuje już czasu? Ale skoro to czytasz, bo przecież nie musisz, to pewno takie myśli miewasz.

Nie wymagam byś się zgadzał z tym rankingiem ważności. Zrób swój. A dla mnie ważne jest że:

- wiem, że nie wiem wszystkiego i nie obawiam się powiedzieć o tym głośno,

- robię to co się lubię i zazwyczaj pracuję z zapałem, 

- nie mam od 17 lat szefa,

- mam kogoś, z kim rozumiem się bez słów,

- umiem się śmiać do łez,

- nie mam w życiu poczucia bezsensu,

- czasem podejmuję decyzję, która wokoło wszystkim wyda się irracjonalna, ale mnie nie,

- zarabiam godnie, ale w kwestii kasy mam dno,

- mam ładny widok z okna i lubię miejsce, w którym mieszkam, 

- mam plany i wersję A, B, C, D, i E na swoją przyszłość,

- wzruszam się w teatrze, kinie, przy muzyce,

- nie spóźniam się,

- akceptuję zmiany i wciąż się czegoś uczę,

- nie przejmuję się ludzką zazdrością, ale biorę pod uwagę innych, nie kłócę się o politykę, 

- marzę.

Lista nie jest pełna i każdego dnia różnił by ją jakiś szczegół. A jak mnie zechcesz spytać: po co mam tworzyć taką listę, do czego mi się przyda? Odpowiem Ci prosto: żeby zauważyć, że to co ważne nie jest przedmiotem.

17. 05. 12
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Skojarzenia z majem są na ogół przyjemne. Bo to i „łąki umajone” i „dziewczyny w zielone grają”. Części z nas w tym miesiącu zdarzą się spotkania rodzinne, bo to przecież „mój Boże, mała <<Oleńka>> już do komunii - jak ten czas leci”. Co roku tak w Internecie, prasie, w rozmowach wałkuje się temat: ILE DAĆ?  Pozwolę sobie na osobiste w tej kwestii wspomnienie. Nasze dzieci już lata świetlne temu (no, może „lata” wystarczy), szły do komunii. Ponieważ oboje z mężem jesteśmy przeciwnikami ostentacji, obie uroczystości były skromne. Nie było list prezentów, uginających się od wszelakich dań stołów, wynajmowanych restauracji. I to zupełnie nie dlatego, że jesteśmy bliskimi znajomymi biedy czy niedostatku. Dla jasności - były to czasy, w których takie sprawy jak wynajmowanie lokalu, nie były wyjątkiem. Tak mamy, że ciągle i większość w naszym życiu przeżywamy inaczej. Nie, nie lepiej czy gorzej. Po prostu - po swojemu. Gdy szła do komunii nasza córka (czas prezentów w okolicy od 500 złotych w górę), powiadomiliśmy zaproszonych gości, że rodzice chrzestni mają dać po 100 zł, a pozostali goście po 50 zł lub prezent tej wartości. Nasi bliscy zrealizowali naszą prośbę. Czemu tak zrobiliśmy? Sądzę, że dlatego, że najbardziej boimy się złych myśli. Dobrze mnie zrozum. Nie: co sobie pomyśli ktoś. Ale: qurcze, jeszcze komunia u…. Od września składaj na cudze dzieci!

Nie myśl sobie, że to fantazja literacka podpowiada mi te słowa. Pracuję wśród ludzi i takie wypowiedzi są więcej niż częste. Pomyślisz sobie: ale pomysł? Upokorzyć dziecko, które nie ma się czym pochwalić po przyjęciu, ani między rówieśnikami, ani dorosłym. Właśnie: po przyjęciu komunijnym, a nie po przyjęciu sakramentu. Wkurza mnie to nachalne wkręcanie ludzi w zakupoholizm. Dajemy sobą manipulować przez sztab wyszkolonych łowców naszych, nie najlżej zarobionych, pieniędzy. Reklama sugeruje, że dziecko będzie szczęśliwe tylko z taką grą, takim smartfonem czy innym PRZEDMIOTEM. Pozwolę sobie na zawodową refleksję. W ostatnich latach   do mojego gabinetu trafia coraz więcej dzieci, które mają 3, 4 lata i ledwo lub wcale nie mówią. Pytam rodziców: czy dziecko ma zabawki? Ma!! Ogromne ilości, ale się wcale nimi nie bawi! Wówczas proponuję żeby każdego dnia, bez wiedzy dziecka, wynieść jedną z nich, taką, która z pewnością nie była przez dziecko wykorzystywana w zabawie. I wyobraź sobie, często zdarzają się przypadki, że po  2 tygodniach takiego opróżniania pokoju z przeszkadzajek, dziecko zaczyna mówić!!

Jestem przeciwna stawianiu przedmiotu w centrum życia. Przedmiot to NARZĘDZIE. Tak i tylko tak powinien być traktowany. A wracając do tematów komunijnych: uważaliśmy, że naszym dzieciom niczego ważnego nie brakowało. A już z pewnością nie brakowało niczego, co się da zastąpić rzeczą.

A jak to jest, było czy będzie u Ciebie?

17. 05. 05
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Lubimy mieć w swoim otoczeniu coś wyjątkowego, np. żelazko z duszą, stary moździerz, zabytkowy sekretarzyk czy jakiś porcelanowy drobiazg. Coś, co świadczy o posiadaniu herbowego przodka lub o wyjątkowości naszych potrzeb do otaczania się przedmiotem szlachetnie urodzonym. Dbamy, czyścimy, eksponujemy go. A co? Niech zaświadcza…

Razem z moim mężem przyjechał do Strzyżowa tzw. babci kubek - wyprodukowany z okazji 50- lecia panowania cesarza Franciszka Józefa. Zawsze mnie zadziwiało skąd się wziął w rodzinie niebogatych małopolskich chłopów. I jak musiał być odświętnie używany skoro przetrwał grubo ponad wiek w całkiem dobrym stanie. Ta przypadłość „otaczania się” zupełnie nie dotyczy spraw niematerialnych,  zwłaszcza słowa. Bez oporu przesiąkamy anglicyzmami, wchłaniamy  technicyzmy czy słownictwo korporacyjne. Nie posługujemy się słowami utożsamianymi z gwarą. Taką mamy postawę, jakbyśmy wypierali się, że rozumiemy słowa z przeszłości. Bo o zdecydowanej większości z nas świadczą, że nasi przodkowie byli co najwyżej szaraczkową szlachtą, częściej chłopstwem czy mieszczaństwem.

Sądzę, że w każdej rodzinie są wyrazy sprzed lat, które w niej zasłużenie funkcjonują. Są i u nas słowa, z nami mieszkające, które bez oporów wplatamy do rozmów. Moim ulubieńcem są charaje, świetnie się sprawdzające na określenie ugotowanych w zupie jarzynowej warzyw, ale także na określenie „odpadów biodegradowalnych”. Lubię używać wyrazu mecyje - wraz z odpowiednim ruchem głowy - wszystko wyjaśniają. Gdy nie potrafię znaleźć odpowiedniej nazwy na przedmiot wystarcza mi słowo koromysło - w nim jest zawsze wszystko to, o co mi chodzi. Razem z moim ojcem, który do Strzyżowa przyjechał z nad Wisły, przyjechało słowo studzielina.  Tak mi niedobrze na to słowo, jak innym na słowo „flaki”. Był tatuś mój człowiekiem dość zasadniczym i w kwestii jedzenia niewybrednym - glimania nie cierpiał. A że był czas, w którym jeść lubił, urósł mu całkiem imponujący wanc. Mój dziadek Franek był koniarzem. Nic z tej namiętności na mnie nie przeszło, koni się boję i je omijam. Ale wiem, że najdelikatniejsze nozdrza mają źróbki. Tak babcia moja określała chłopaków nastoletnich, skłonnych do nieszkodliwych psot. Źróbek mieścił się w kategoriach - trochę mniej jak despetnik, a już zdecydowanie mniej jak chuncfot. Niegrzeczne czy niemądre zachowanie  mogło skutkować kłopieniem. Opowiadał mi jeden z księży, że jak zawitał na nasz teren, jednym  z pierwszych grzechów, który podczas spowiedzi usłyszał było: „kłopiłam się z chłopem”. A że nie wiedział co to słowo oznacza, spytał tylko czy ze swoim, bo jak tak, to nie grzech. Zrobiłam wśród moich młodszych znajomych rekonesans - kto wie co oznacza słowo balaski? Najczęściej kojarzyło się z… pętami kiełbasy.

I tak idą ze mną przez życie: pluskiewki, kociuba, ciulajza, sycz, uzlącany dom z cokli, omaśklane szklanki czy zaguźlane nitki. Nie epatuję nimi w rozmowie, ale są ze mną  od zawsze. Tuż przed Bożym Narodzeniem karierę międzynarodową zrobił filmik reklamujący Allegro - o dziadku, który uczył się angielskiego, bo wybierał się do wnuczki mieszkającej w którymś z anglojęzycznych krajów. Film słodki, z nienachlaną reklamą, ale pokazujący mimowolnie, że dla ojca dziewczynki język polski ważny nie był, skoro nie nauczył swojego dziecka jak po polsku powitać dziadka. Słowa nieużywane bledną, nikną i odchodzą, bo język jest wtedy żywy, gdy się go używa. Słowa są kluczem do zrozumienia ludzkich „dlaczego”. Dlatego warto pomyśleć nad budowaniem i dbałością o własne muzeum słów.