19. 09. 30
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Z czasów bycia chórzystką pozostało mi wspomnienie ćwiczenia artykulatorów poprzez dokładne wymawianie zdania : „Już październik jest za płotem, przeszedł cicho poprzez sad.” Właśnie dziś przeszedł z wiatrem, chmurami, chlustającym deszczem, więc wcale nie przechadzał się cicho. Ale już jest, umalowany, „ukoralowany” jarzębiną i głogiem, z czerwonymi „ włosami” z dzikiego wina. Jeszcze chwila i z ładną pogodą zaleje nam dusze zachwytem nad urodą jesieni. Bardzo lubię jesień- od sierpnia po listopad włącznie, to mój czas. Zawsze dobry i zawsze mi sprzyjający.

 Kiedyś październik miał dwie konotacje. Dla jednych był miesiącem oszczędzania, dla kolejnych był miesiącem modlitwy różańcowej. Obecnie, gdy o uwagę zabiega mnóstwo przeróżnych aktywności, wydarzeń, osób, ten najdłuższy w roku miesiąc (tak, tak- w związku z przejściem w czas zimowy jest o godzinę dłuższy od pozostałych, 31- dno dniowych miesięcy), znany bywa jako: miesiąc walki z rakiem, miesiąc Seniorów, miesiąc cyberbezpieczeństwa w Europie, miesiąc dobroci dla zwierząt, miesiąc różowej wstążki, miesiąc budowania świadomości społecznej na temat zespołu Downa, miesiąc ważenia tornistrów, miesiąc bez przemocy, miesiąc Skarbu Narodowego, ufff...Dużo tego!

 A ja chciałabym zwrócić uwagę miłych Czytelników na skarby słowa zawarte w polskich przysłowiach dotyczących patronów z tego uroczego miesiąca.

 „ Po świętym Franciszku chodzi bydło po owsisku.”

 „O świętej Brygidzie babie lato przyjdzie.”

 „ Święta Jadwiga szczapy dźwiga.”

 „ Święty Łukasz, czego po polu szukasz?”

 „ Święta Urszula perły w polu rozsnuła.”

 I w związku z tym, życzę tak Państwu jak sobie, by jak najdłużej były z nami dni z babim latem, a święta Urszula perły z przymrozków zatrzymała w swym skarbcu do późnego listopada.

 

19. 02. 28
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Doczekaliśmy się. Przedwiośnie u bram. Choćby i Pani Zima jeszcze z parę razy przetrzepała swoje piernaty, a Dziadek Mróz pogroził nam mrozowym kosturem, maleńkie, brązowo- zielone Przedwiośnie coraz śmielej wychyla się koło domów, czesze leszczyny w kitki i pracowicie wiąże na wierzbach puchate pętelki. Dni coraz błękitniejsze, sikorki coraz głośniej śpiewają swoje wiosenne trele. I ja, choć najchętniej i najpewniej czuję się w prozie, zaczynam poezję widzieć wokół i poezją mówić. No, może bez przesady z tym ostatnim zdaniem, ale jednak, coś w sercu innego się budzi, coś jak nadzieja, która nie dotyczy wyłącznie nadziei na chwilowy koniec wyższych rachunków za gaz. Dłuższe dni, słońce mocniej grzejące, to kwiaty, które, tylko patrzeć, wyskoczą spod zimowych kołderek. A jak kwiaty, to i pszczoły pracowicie uwijające się w swoich nektarowych tańcach. Nasza rodzina nie ma wokół domu jakiegoś szczególnie wielkiego areału, na którym te tańce możemy obserwować, ale, zauważam, że z roku na rok rośnie koło domu coraz większa ilość roślin kwitnących. Zaczynam też chętniej zaglądać do publikacji ogrodniczych. Ostatnie moje zaskoczenie dotyczy… tui. Oczywiście, rośnie ich, tak około dziesięciu, w naszym ogrodzie, bo to i szpaler zrobią i wiatr zatrzymają i liśćmi nie rzucają, więc sprzątać nie trzeba. Choć akurat ten ostatni argument, to pozór. Kto czyścił tuje, wie o czym mówię. Nie dawno, wpadł mi w ręce tekst poświęcony pszczelim pożytkom, a raczej ich kurczącej się ilości. I w tekście autor suchej nitki na tujach nie zostawił. Nie wiem jaka jest prawda, próbowałam poczytać cokolwiek w tym temacie i zaczęłam się mocno zastanawiać, czy aby części naszych szmaragdów nie wykarczować. Pszczelarze załamują ręce, że coraz mniej jest roślin miododajnych, zatem pszczoła ma ograniczone możliwości zbierania nektaru. Do tego skażenie chemiczne - np. rozsypywanie wokół roślin Ślimaxu zamiast mechanicznego czy biologicznego pozbywania się problemu, palenie plastikami( znamy, znamy - spacerowicze w każdej miejscowości mogą palcem pokazać domy, w których używany jest tego typu „opał”, tylko co z tego, że znamy?...), a z tym faktem związane opady - śnieg, deszcz, zabierające z atmosfery te chemiczne trucizny do gleby i do wód. Tępimy z zacięciem żółte łebki mniszków, które uparcie dekorują nasze nienaganne pseudoangielskie trawniki ( biję się we własne piersi), o stokrotkach nie wspomnę. Jasne, nasze ogrody, to nie magnackie nasadzenia, w których uwijają się ogrodnicy. Mamy mniej czasu, na większość tego co mamy musimy zapracować w pocie własnego czoła, więc cóż się dziwić, że cenimy sobie każdą wolną chwilę do wykorzystania dla celów nie związanych z pracą np. w ogrodzie. Sądzę jednakże, że gdybyśmy pomyśleli i postanowili wspólnie zrobić coś dobrego dla matki Natury, coś na co mamy wpływ, coś przyziemnego i zwyczajnego, to nie byłoby to nic niemożliwego. Powiedzmy, mieszkańcy bloków na parapecie zaokiennym mogliby zainstalować skrzynkę z poziomkami, żeby i pszczoła miała co zapylić i taki mini-ogrodnik miał co drugi dzień pyszny deser, nagradzający jego mini-wysiłek. A ten, który ma ogródek przy domu mógłby też przemyśleć czy z prac ogrodniczych tylko koszenie trawnika może( bo musi) wykonywać?

Jako ludzkość jesteśmy bardzo rozwinięci, ale funkcjonowanie naszej cywilizacji zależy od małych żyjątek, od owadów, których często nie dostrzegamy. Pszczołom zawdzięczamy poranną kawę i lwią część tego, co znajduje się na talerzu, np. oleje (choćby rzepakowy czy słonecznikowy) i wiele innych wiktuałów, bez których w kuchni o wielu potrawach moglibyśmy zapomnieć, zawdzięczamy im bawełniane i lniane ubrania, których naturalną jakość tak wysoko cenią nasze ciała.. Pszczoły to nie tylko miód. Słowa, które czytasz, to taki mały hołd naszym pracowitym mniejszym braciom, bez których nie byłoby możliwe życie jakie znamy. Pomyślisz o tym na przedwiośniu?

 

18. 04. 22
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Proszę Państwa, eseju dziś nie będzie. Usprawiedliwieniem jest jedno słowo: Cortez. Zamieszkało z nami psie dziecko, siedmiotygodniowy owczarek niemiecki. Szaleństwo zupełne. Zwierzęca część rodziny pogodzona, a nawet ze wskazaniem na akceptowanie. Uzależnieni od tej rasy mówią, że są psy i są owczarki. Przekonamy się. Póki co obserwujemy się bacznie. Trzymajcie kciuki.

17. 11. 24
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Pani U.- Spodziewałeś się zaproszenia do rozmowy Jumi?

Yume – Jasne, ciągle zwracasz na mnie uwagę, wciąż o mnie mówisz, to wywiad ze mną był naturalną tego konsekwencją.

Pani U. Zatem, jak jesteś leśny norwegu?

Yume -  Jestem pięciomiesięcznym kocurkiem, to jeszcze nie wiem jaki będę. Póki co, jestem ciekawski, nieco bojaźliwy i wciąż potrzebuję ludzkiego towarzystwa. Lubię jak głaszcze się mnie po grzbiecie, toleruję głaskanie po nogach, a mizianie po brzuchu drażni mnie i sprawia, że chce mi się gryźć, kopać i drapać. Podobno kotki mają inaczej, ale za tę informację nie dam sobie uciąć nawet pazurka (zresztą, co tu ucinać, skoro Ania już się tym skutecznie zajęła).

Pani U. Jumiczku, czemu czasem mruczy coś w tobie, a czasem nie i czemu niektórym mruczysz na spojrzenie, a niektórym nawet właściwe drapanie nie pomoże?

Yume – A w ogóle to czy czytałaś „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa?

Pani U. – Czytałam. Dawno.

Yume – Widać, że dawno i niezbyt dokładnie. Bo są tam takie interesujące słowa: „Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów „ty”, choć, jako żywo  żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu”.

Pani U. A jak ostatnio wskoczyłeś mi do wanny napełnianej wodą i spokojnie w niej brodziłeś i ją popijałeś, to się nie liczy?

Yume – Oj tam, myślałem, że nie zauważysz. Dobrze, to już bądźmy po imieniu. Czyli czemu jednym mruczę innym nie?, pytałaś. Otóż, ja jestem taki kot z duszą walecznego psa, albo innego leśnego dzikusa. I najczęściej wybieram sobie jednego pana, choć moja nowa rodzina wdaje się być miła i dość trudno mi dokonać wyboru. Najczęściej w domu jest Ania, najwięcej do mnie mówi, karmi mnie i czesze, to chyba sobie ją wybiorę.

Pani U. Jumi, A jak ze spacerami? Coś mi się wydaje, ze szelki i smycz leżą od 2 dni w tym samym miejscu. Podobno z norwegami spacery to żaden problem.

Yume – No tak, bo jak mnie w poniedziałek siłowo wyprowadzałaś na spacer po ogródku i nie pozwoliłaś mi wyskoczyć i wspinać się po drzewie, to się na takie spacery wypinam

Pani U. - Powiedz mi co lubisz, a co cię denerwuje, bo nasza rodzina ma spore doświadczenie z życia z kotami pod jednym dachem, ale może twoja rasa ma jakieś tajemnice, o których tylko ty wiesz, więc zamieniam się w słuch . No, mrucz.

Yume -  No to tak, jak wychodzicie, zostawiajcie mi włączone radio, bo bardzo tęsknię za wami. Jak dajecie mi jeść, to niech to będzie karma albo sucha, albo mokra. Bo jak to łączysz w jednej misce, to potem bardzo mnie boli brzuch i efekty są takie, że ludzie ich widzieć nie lubią. Jak idziesz ze mną na spacer to mnie nie ciągnij, sam pójdę jak wszystko obejrzę i obwącham. Jeszcze jestem kocim dzieckiem, więc nie wszystko rozumiem i ogarniam. Przyjdź na kolejny wywiad za jakieś 3 miesiące, myślę, ze dużo więcej będę mógł o sobie powiedzieć. A teraz już drap mnie za uchem.

 

17. 11. 17
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Przygnębiający jest czas przedzimia. Ten krótki i najczęściej bezsłoneczny okres jest nie dla mnie. Nadto zaczynają się żniwa w handlu, więc w moim życiu startuje czas niechodzenia do sklepów. Wszelkich. Ja w ogóle nie lubię zakupów, tu mogę się powołać na świadectwo mojego męża. Decyduję się szybko i ostatecznie. Szoping to dla mnie dyscyplina obca, kojarzona ze stratą czasu. Nigdy Andrzeja nie prosiłam, aby pojechał ze mną kupić dla mnie buty czy sukienkę. Zupełnie nie rozumiem w jakim, to jego towarzystwo, miałoby być celu. Nie jestem niedojdą, która nie potrafi podjąć decyzji w czym jej do twarzy. Posiadam czynne prawo jazdy na cały rok, na miasto, wieś, autostradę oraz parking. Nie potrzebuję więc kierowcy. Jak chcę coś dla siebie kupić nie muszę mieć pretekstu typu okazja czy święta. Irytuje mnie nachalność, wszędzie, a zwłaszcza w handlu.

Wkurzają mnie wszechobecne reklamy świąteczno – mikołajowe. Denerwuje mnie włażenie nachalnego konsumpcjonizmu w moją przestrzeń. Do szału mnie doprowadzają komputerowe ciasteczka, które, mam wrażenie, w myślach czytają. Czasem nawiedza mnie przeświadczenie, że to coraz bardziej nie mój świat.

A wszystko to tak we mnie buzuje, bo uroda z jesieni opadła, została posprzątana, jak nie służbami komunalnymi, to wiatrem, a zima biała jeszcze hen, wysłała tylko szron na przeszpiegi. Nie, nie, absolutnie jej nie przywołuję, wręcz niech sobie pani Zima siedzi jak najdłużej z daleka ode mnie. Jakby tu powiedzieć – póki co, niczego miłego w najbliższych dniach się nie spodziewam.

E, chyba przesadziłam. Jest jednak coś. Miłe zdarzenia z codzienności to nasi karmnikowi goście. Oczywiście moglibyśmy się uprzeć, że jeszcze czas, jest bezśnieżnie, więc niech sobie lecą szukać czegoś na polach. Ale to nie u nas. No co zrobić, skoro tak nam się podoba, że ptaki nas rozpoznają i w odległości pół metra od nas siedzą, spokojnie czekając aż nasypiemy słonecznik. Przywołują nas, gdy się jedzonko rozejdzie po dziobach i brzuszkach, siadają na parapetach i zaglądają do domu. Zdarza się niestety, że to podfruwanie pod nasze bardzo duże okna, źle się dla nich kończy. Nie widząc szyby, uderzają w nią z impetem. I giną, niestety. Ale to rzadkość na szczęście. Każdego dnia , przy porannej kawie, zawieszamy wzrok na buszujących w ziarnach kowalikach,dzwońcach, czarnogłówkach, mazurkach i bogatkach, przepędzamy sójki i cukrówki oraz sroki. Natomiast dzięcioły wszelkie – prosimy pięknie, mogą się częstować. Nasz młody kotek ma zdziwienie w oczach : czemu oni tak stoją przy oknie i się gapią na nie wiadomo co. Wykorzystuje nasze zapatrzenia i bezszelestnie układa się na kamiennym stoliku. Czasem zdarza się, że zostaje nam czerstwy chleb. Wówczas Andrzej rozkłada kromki przed domem i wkrótce potem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawiają się gawrony, zabierają każdy po jednej kromce i rozsiadają się na drzewach. Teraz mają z tym rozsiadaniem problem, bowiem sąsiad skorzystał z „lex Szyszko” i wyciął cały sad, który wiele lat rozpościerał się poniżej naszego domu. Przecież „wolnoć Tomku w swoim domku”.

Jakiś czas myślałam, że niewiele osób dokarmia ptaki. Póki w takich prywatnych pogwarkach nie podsłyszałam jak ten i ów komentuje, kto u niego w karmniku bywa. I ciepło mi się zrobiło na sercu, że chociaż w rozmowy ptaszarzy polityka nie wepchnęła swego nosa.

17. 06. 16
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Pamiętasz, jak pisałam o tym, że jesteśmy rodziną ptaszarzy? Lubimy, nieco obserwujemy, zimą dokarmiamy, nawet odróżniamy część ptasich głosów. W zasadzie zaczęło się to wiele lat wstecz, kiedy postanowiłam na Mikołaja kupić, sześcioletniemu wówczas synkowi, jakieś zwierzątko. Rybki odpadały. Myszy ,szczurki, chomiki, świnki morskie i inne gryzonie także. Zostały ptaki- papuga albo kanarek. W sklepie zoologicznym był spory wybór bardzo kolorowych ptaków. Może wybrać żółtego albo błękitnego? A co to tam w kącie za burasek? Taka pierzasta istotka, głównie brunatna, zaledwie kilka żółtych i kilka zielonkawych piórek, a na głowie krzywy przedziałek. Nie był to ładny ptaszek. Pomyślałam wtedy, że jak ja go nie kupię, to z racji na urodę, raczej szans na dom, nie ma. Do tego ten krzywy przedziałek… Całe życie mam problem z przedziałkiem. Mam takie w jego okolicach liźnięcia, które moja fryzjerka nazywa elegancko wicherkami. Niech licho porwie, gdy te moje włosy chce się ułożyć inaczej, niż one sobie życzą. Dobra, biorę ptaka z przedziałkiem. Sprzedawca spytał czy się znam na kanarkach. Wcale się nie znam. Okazało się, że wybrałam kanarka harceńskiego, śpiewaka wśród kanarków najwybitniejszego. Dostał na imię Scypion, bo pierwsze co zrobił (no drugie, bo najpierw narobił mi na rękę, ale od tego imię się nie nadawało),to uszczypnął mnie w palec. Scypion żył w naszej rodzinie i pięknie nam śpiewał przez 8 lat. I odtąd ptaki były z nami blisko. W ogrodzie mają gniazda-  wiosną obserwujemy jak żerują, tyralierą idące, kosy, zimą licytujemy się kto zobaczył szczygła, kto gila, a kto grubodzioba. Ale do czasu zawieszenia budki szpaczej, wszystko co ptaków dotyczyło, było jakby obok. Nasze szpaki, po przygodzie z czarną wiewiórką i po przetrwaniu kwietniowych chłodów wróciły, zniosły jajka i teraz mamy okazję patrzeć jak się zajmują swoim potomstwem. Jest to praca rzeczywiście od rana do nocy. Obserwujemy je bacznie i przysłuchujemy się ich życiu. Pisklaki mają teraz około 8-10 dni, jedzą bardzo dużo, rodzice wciąż dostarczają jakieś robaki, dżdżownice, owady wszelkie czy ślimaki. Ptaszki robią w budce spory rwetes. Żeby je uspokoić jeden z rodziców, taki czarniejszy, powtarza wciąż ten sam trik, naśladuje skrzeczenie sroki. I maluchy cichną natychmiast. Teraz szpaki nie mają czasu ani głowy z nami „gadać”, ale gdy trwały zaloty, to odpowiadały na nasze modulowane zawołania podobną modulacją. Nadto, z pewnością imitowały pianie koguta, trele skowronka, wzmiankowaną powyżej srokę, kucie dzięcioła, łkanie czajki albo pokrzykiwanie mewy. Były też inne trele, ale nie potrafię ich przyporządkować do ptaka.

Tak czy owak, poranne picie kawy na zachodnim tarasie, weszło nam w krew. Mój mąż ma plan, aby zawiesić w ogrodzie jeszcze jedną budkę, ale tym razem z zamontowaną w niej kamerką i obserwować to szpacze życie. Cóż, są pasjonaci podglądania bocianów, możemy i my planować podglądanie szpaków. Niewykluczone, że jakieś odpryski naszego podglądactwa trafią na Loqueris. A Ciebie interesuje ptasie sąsiedztwo, czy tylko przeszkadza, bo np. gołębie srają, wrony kraczą, bocianom wypadają z dziobów jakieś myszy czy zaskrońce, a koguty pieją od świtu?...