Labradoryt

20. 08. 23
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Od zawsze lubiłam kamienie, skały, piasek, jaskinie, wąwozy i pustynie. Zawsze też pociągało mnie w nich oprócz barw, kształtów, pochodzenia to, że są takie stare, a wciąż wyglądają na takie same, takie niestarzejące się i mimo wieku, „bezwieczne”. W zasadzie kamieni nie rozróżniam, pomijając podstawowe „pierścionkowe” oraz piaskowiec czy marmur. Przed laty zaczęłam kamieniami „obrastać”, zatem wokół domu mamy ścieżki i murki z piaskowca, a i z każdej wycieczki, wyjazdu czy wyprawy, przyjeżdżał ze mną jakiś mniejszy czy większy kamyk. Moi znajomi wiedząc o mojej kamiennej namiętności, także obdarowywali mnie przywiezionymi zewsząd kamiennymi drobiazgami.

 W dzieciństwie sporo nam, dzieciom, czytano, co nie dziwi w kontekście bycia dzieckiem księgarza (chyba nie ma odmiany dla kobiety tej profesji). Bardzo lubiłam słuchać baśni, a szczególnie takich z powiewem Wschodu. Nic dziwnego zatem, że żywo przemówił do mnie ten fragment baśni o Alibabie, który opisywał przebogaty Sezam. Wiele lat później, będąc na wycieczce w Istambule, z zachwytem zwiedzałam pałac Topkapi, czyli rezydencję sułtanów osmańskich. W nim największe wrażenie zrobił na mnie skarbiec, kapiący od złota, drogich kamieni, a wśród nich wspaniałe brylanty, słynny, olbrzymi szmaragd wyglądający jak lampion czy wisior oraz złoty sztylet inkrustowany brylantami z rękojeścią zdobioną przecudnej barwy szmaragdami.  Oczywiście nie takie minerały przywoziłam z moich bliższych i dalszych wyjazdów. Jednakże zawsze miałam wrażenie, że z tym kamykiem, czy woreczkiem piasku z tamtego miejsca, przyjeżdża do mnie jego dobra energia i ciepłe, serdeczne wspomnienia. Podobały mi się wówczas kamyki zwykłe- szare, zielone, rude, białe, w kształcie określonym i nie, czarne, udające samorodki złota, przeźroczyste. no wszelakie. Aż pewnego dnia spotkałam się z labradorytem. I to była miłość od jednego z pierwszych wejrzeń. Z pozoru kamień szarawy, może ciut w zieleni, jakiś czasem przebłysk błękitu, czasem wspomnienie lśnienia złota. Stało się to podczas przypadkowego wejścia do znajomego jubilera skupującego złom metali szlachetnych. Coś miałam kupić na prezent. I nagle propozycja: - Mam coś dla pani. Za grosze, dziś skupiłam. I na ladzie wylądowała srebrna bransoletka z okrągłym i wypukłym oczkiem, szarawym i bez blasku. Tak do końca przekonana nie byłam. -Czemu dla mnie? – spytałam. - Bo to niezwykły kamień, ale trzeba go nosić, on musi czuć ciepło człowieka i jego sympatię. Wówczas pierwszy raz usłyszałam nazwę: labradoryt. Faktycznie bransoletka kosztowała mnie jakieś marne parę złotych. Po powrocie do domu zaglądnęłam do internetu i na stronie Jubiler.pl przeczytałam m.in. „Pomaga podążać za głosem intuicji (wyostrza ją) i określić właściwy czas do wcielenia danych idei w życie. Pozwala pozbyć się uczucia strachu i niepewności wzmacniając wiarę w siebie i ufność do Wszechświata. Pomoże odkryć Twoje przeznaczenie i właściwą drogę a także nakieruje, jak nimi podążać mądrze używając swoich wrodzonych zdolności. Rozwija silną wolę i poczucie własnej wartości, również  pomaga łączyć intelektualną stronę umysłu z mądrością intuicyjną. Pobudza kreatywność inspirując Cię do wcielania oryginalnych, nowatorskich idei i rozwiązań problemów. Przynosi cierpliwość, która prowadzi do lepszego skupienia myśli i koncentracji.” A do tego jest kamieniem zwanym „Świątynią Gwiazd”, bo rozprasza negatywną energię, dając inspirację i entuzjazm tu i teraz. Według legendy Eskimosów, w skałach labradorytu odpoczywała Zorza Polarna. Próbował ją zdobyć pewien dzielny młodzieniec, włócznią rozłupując skały. Nie udało mu się w pełni. Jej niezwykłe światło pozostało tam na zawsze.

 Od tej pory na mojej drodze często stawała biżuteria z tym niezwykłym, półszlachetnym kamieniem. Lubię patrzeć w te inkluzje tańczące w oczkach moich pierścionków, bransoletek, przywieszek czy broszek. A ostatnio odkryłam powód, dla którego tak zachwycają mnie labradoryty. Okazało się, że wszystkie ich niezwykłe kolory, plamy, blaski, złocenia i zieloności, a także obramowania z szarości i granatu i dalekie pozdrowienia błękitu, są dokładnie takie,jak oczy naszej córki Ani. Bo jej oczy są labradorytowe.

 

Dodaj komentarz

W komentowaniu na tym blogu obowiązuje tylko jedna reguła: nie wolno obrażać innych osób.


Kod antyspamowy
Odśwież