17. 09. 08
posted by: Stanisława Kucab

Dziś wyjątkowo zamiast piątkowego eseju, będzie wiersz Pani Stanisławy Kucab, kobiety o wrażliwości motyla i odporności słonia.

 

Jest 

taka Polska 

 

niepartyjna 

i nie fanatyczna 

 

nie ksenofobiczna 

ani kosmopolityczna 

 

tolerancyjna uczciwa 

prawdomówna 

 

normalna 

ludzka.

 

W tej Polsce 

starość jest w poszanowaniu 

życie - święte 

ofiara - ofiarą 

a post - postem 

 

prawdziwe 

nie wirtualne 

czy medialne

 

tu wiara uzdrawia 

nie religia 

i wie się, że 

aby być dobrym 

nie wystarczy 

tylko chodzić do kościoła 

 

Mody mijają 

rządy padają 

a ona trwa 

niezmiennie 

przyzwoita 

 

Ta Polska 

leży na wszystkich 

szerokościach geograficznych 

i długościach 

tam, gdzie 

prawi Polacy 

 

wprost z utęsknień 

Norwida wyjęta 

 

Wiem, 

bo bardzo chcę 

tam zamieszkać 

17. 08. 22
posted by: Ewa Frankiewicz

Każdy przeciętny osobnik ludzki, zarówno dziecinny, jak i ten w nieco bardziej zaawansowanym kwiecie wieku, uwielbia wakacje, urlopy, weekendy, święta, różnorodne wyjazdy oraz wszelkie dni wolne najrozmaitszego autoramentu. Chętnie byczymy się na leżaku w ogródku, żłopiąc zimne piwo i hodując brzuch (przynajmniej niektórzy), raczymy się grillowaną kiełbaską i karkóweczką (tu także brzuch wchodzi do konkurencji), ganiamy kurcgalopkiem po tatrzańskich szczytach, ewentualnie moczymy „de” w pierwszej lepszej wodzie, jaką napotkamy na swojej drodze.I właściwie to wszystko mogłoby dotyczyć także labradorów – zwłaszcza ta kiełbaska, karkóweczka i moczenie w wodzie „de”, z hodowaniem brzucha włącznie (przy czym absolutnie pomijamy tu względy zdrowotne!). Mogłoby, ale…

Wakacje i urlopy to przede wszystkim wyjazdy. Bliższe, dalsze, samochodem, pociągiem, samolotem, a nawet statkiem. Z dużą ilością walizek, siatek, siateczek, pudełek i innych tobołów. Z dzieckiem, dziećmi, babciami, ciociami i całym stadem innych krewnych, tudzież niekiedy znajomych. I z labradorem – dużym, co najmniej trzydziestokilogramowym psem, który gubi kudły, chce jeść co najmniej dwa razy dziennie, a do tego kocha cały ludzki i zwierzęcy świat.Tu właśnie zaczyna się dramat i ból labradorów, zwłaszcza tych, które stały się dla swoich właścicieli przypadkowym prezentem, bagażem życiowych doświadczeń, czy po prostu zbędnym, kilkudziesięciokilogramowym balastem. W wakacje wychodzą na jaw najbardziej ponure (nie)ludzkie zwyczaje, słabostki i cechy charakteru, ukazuje się w całej pełni brak świadomości ludzi w kwestii posiadania psa i ich zwyrodniałe odchyły psychiczne.

Jeśli mamy psa, to wzajemnie – pies ma nas. Jeśli jesteśmy członkami rodziny, to wzajemnie – pies też nim jest. A więc ma takie samo prawo jak my do urlopu, wyjazdu na wakacje i poczucia świadomości bycia razem.Nieważne, czy nasz labrador pochodzi z renomowanej hodowli, ze schroniska, jest adoptusiem, czy przypadkowym znajdą. Jest nasz, czyli należy do stada. To oznacza, że na wakacje wyjeżdżamy razem z nim – razem z naszymi walizkami bierzemy psią michę, worek żarcia i w drogę. 

Moja rodzina jest specyficzna, bo wszyscy jesteśmy pomyleni na punkcie psów (a labradorów w szczególności) i wakacje bez czworonogów właściwie nie są wakacjami. Samochodem wypchanym do granic możliwości jeździmy bliżej i dalej po Polsce, wychodząc z założenia, że gdzie my, tam i nasze burki. Nasi krewni, znajomi i przyjaciele już się przyzwyczaili, że jeśli przyjeżdżamy, to solidarnie – dwunożni razem z czworonożnymi. Zrozumieli też, iż opcja zachowania przydomowego ogródka w nienaruszonym stanie jest, w trakcie naszego pobytu, nie do przyjęcia, zaś przewidziane do palenia w kominku drewno, jakimś dziwnym sposobem dostaje przysłowiowych „nóg” (a może „łap”?) i zostaje szybko zamienione w wiórki. Moja rodzinka prędzej wyrzeknie się innych ludzi niż naszych labów, i mamy to szczęście, że nasze otoczenie doskonale to rozumie.  Gdyby nie rozumiało – no cóż, na pewno nie byłoby już naszym otoczeniem…

Zdarzają się także sytuacje, że choć kochamy naszego labradora, jest on(a) pełnoprawnym członkiem rodziny, na wyjazd, z różnych względów zabrać go nie możemy. Nie oznacza to wcale, że pies przestaje do rodziny należeć – bowiem jak tylko wrócimy, zabieramy ją/jego z powrotem, czułością i miłością wynagradzając naszą nieobecność.

Kilka razy w życiu musiałam wyjechać służbowo, ku bezdennej rozpaczy moich zwierzów i mojej. Mimo najszczerszych chęci nie mogłam ich ze sobą zabrać, uważam bowiem, iż skazywanie psa na spędzenie 8, czy 10 godzin w zamkniętym hotelowym pokoju, w nieznanym psu otoczeniu i stresie, jest nieludzkie i niehumanitarne. Gdy dodamy do tego kilkunastogodzinną niekiedy podróż, oczywiste jest, że pies nie może z nami jechać.

Mamy to szczęście, że moi rodzice zawsze chętnie widzą w swoim mieszkaniu nasze psy. Mamy także znajomych, którzy w sytuacji awaryjnej bez problemu zaopiekują się naszymi labkami (choć rzadko i niechętnie korzystam z takiej opcji, bo zdaję sobie sprawę, że 80 kilogramów żywej, dwukolorowej wagi stanowi pewien kłopot). Nie wyobrażam sobie umieszczenia moich, absolutnie domowo – kanapowych, labradorów w psim hoteliku. Siedzi we mnie przekonanie, że mimo najlepszej opieki, czułyby się tam źle. Być może owo przekonanie jest chore psychicznie i niesłuszne, ale dopóki mam szansę, by Madera z Czedarem były z rodziną, to zawsze wybiorę tę opcję.

Dla każdego psiarza obydwa powyższe zjawiska są znane, oczywiste i w pełni zrozumiałe. Ba! Wielu psiarzy chętnie wspiera innych psiarzy, opiekując się ich psami oraz oczekując (nawet całkiem słusznie) umiarkowanej wzajemności w tym zakresie (pełnej wzajemności nie mamy prawa oczekiwać, życie bowiem lubi znienacka pokrzyżować nawet najbardziej pancerne plany, nie tylko urlopowe, i każdy psiarz to doskonale rozumie).

Niestety, na świecie nie istnieją tylko zakamieniali psiarze. Zdarzają się także jednostki (z pełną świadomością nie nazywam ich ludźmi!), dla których wyjazd na wakacje to wspaniała okazja do pozbycia się psa. Im bliżej lata, tym częściej na przydrożnych parkingach spotykamy przywiązane do drzew psy, wygłodzone, odwodnione, z rozpaczą w prześlicznych ślepiach, nie rozumiejące dlaczego „ukochany pan” odjechał i o piesku zapomniał. I ta ich nadzieja, że jeszcze wróci… Serce rozrywa się na kawałki!

Im bliżej lata, tym bardziej zapełniają się schroniska dla zwierząt. Psy są przywiązywane do ich bram, podrzucane nocą w pudełkach przez płot, a nawet, o zgrozo!, oddawane przez „właścicieli” jako znalezione!!!

Chyba najbardziej humanitarnym (choć dla mnie i tak, w pewnym sensie, nieludzkim) sposobem, jest oddanie psa w tak zwane „dobre ręce”. Fachowo nazywa się to „wyadoptowaniem”.

Dlaczego jest to nieludzkie? Ano dlatego, że oddać (nie tylko) labradora z powodu wakacji, dla mnie osobiście jest zbrodnią, dokonaną sadystycznie na niewinnej istocie, jaką jest pies! W końcu wiedzieliśmy kupując/biorąc zwierzę, że istnieje takie pojęcie jak urlop, że nie wszędzie psy są mile widziane, że nasi znajomi niechętnie odnoszą się do psów w ogóle, a labradorów w szczególności. I co? Znudziło nam się?! Zapomnieliśmy?! Nie przyszło nam do głowy?! Perfidne i pokręcone ścieżki życia oraz kompletna nieznajomość specyfiki rasy coraz częściej niestety stają się przyczyną niezmiernie bolesnych losów labradorów. Nasila się przykre niezmiernie zjawisko, kiedy te piękne i cudowne psy, zamiast wygodnej kanapy i pełnej miski, w zwyrodniałym podziękowaniu za swoją psią miłość i wierność, otrzymują z ludzkich rąk zimny schroniskowy kojec, ciężki łańcuch i obrzydliwą, cuchnącą breję zamiast jedzenia.

Jeżeli okazuje się po kilku tygodniach, miesiącach lub latach, że nasz labrador nie spełnił pokładanych w nim nadziei, bądź oczekiwań, wówczas pojawia się opcja „oddania psa w dobre ręce”, czyli tak zwanego „wyadoptowania”. Właściwie pierwszą naszą myślą powinno być pytanie, czy my sami spełniliśmy oczekiwania i nadzieje naszego psa? Czy kochamy go tak, jak na to zasługuje, czy jest pełnoprawnym członkiem naszej rodziny, czy poświęcamy mu wystarczającą ilość czasu? Pytań jest mnóstwo, odpowiedzi na nie jeszcze więcej. I w zależności od tych ostatnich zapada decyzja, że pies zostaje z nami lub nie.

W najlepszych rodzinach i wśród największych miłośników labradorów zdarzają się oczywiście sytuacje losowe, które nie pozwalają nam na zatrzymanie ukochanego pupila – wyjazd za granicę, ciężka choroba, śmierć itd. Człowiek, dla którego pies jest cennym członkiem rodziny, w takich dramatycznych okolicznościach będzie starał się zrobić wszystko, aby swojemu psu znaleźć naprawdę dobry, kochający dom, mając jednocześnie pełną świadomość, iż dla psa zmiana domu i rodziny będzie tragedią i bolesnym ciosem. I to nasza – właściciela – rola, aby tą tragedię i cios jak najbardziej złagodzić!

Pozostając w sytuacji nie do pozazdroszczenia, kiedy wskutek wyższej konieczności szukamy dla naszego laba nowej rodziny i domu, powinniśmy zachować daleko idącą czujność. Najlepszym wyjściem jest zwrócenie się o pomoc do stowarzyszeń i fundacji zajmujących się problemem skrzywdzonych przez los, bezpańskich i porzuconych labradorów. W tych organizacjach pracują bowiem ludzie, dla których nadrzędnym celem jest dobro labradora, którzy znają specyfikę tej cudownej rasy, i którym sumienie i serce podpowiadają w jaki sposób najlepiej można labom pomóc. Wolontariusze fundacji i stowarzyszeń potrafią pojechać na drugi koniec kraju, żeby pomóc krzywdzonym przez los labradorom, poszukują najlepszych dla nich domów tymczasowych i stałych, z dokładnością promieni Roentgena prześwietlają wszystkich, którzy starają się o adopcję labka, a także kontrolują sytuację już po adopcji.

Nie ulega wątpliwości, iż psa można i należy traktować jako element systemu opieki i wychowania w rodzinie. Dawny świat, w którym psy mieszkały na dworze, w budzie, w najdalszym końcu podwórka, odchodzi powoli (aczkolwiek wciąż zbyt powoli) w przeszłość. Współczesne określenie „psiej budy” kojarzy się z domem, w którym istnieje kilka pokoi, co najmniej jedna łazienka, a nawet ewentualnie salon, solidarnie podzielony pomiędzy wszystkich dwu – i czworonożnych członków rodziny. W sypialni wraz z nami rozpanoszyły się bardziej lub mniej kudłate psie mordki, wszelkiej maści i rozmiaru, z którymi „rozmowa” dzisiaj stanowi zaletę i wcale nie świadczy o zaburzeniach umysłowych człowieka. 

Życie, w którym zabraknie psa jest puste. Kiedy nikt nie wita nas w drzwiach, tańcząc czworonogie obłędne tango, nikt nie popiskuje i nie patrzy na nas smutno, kiedy wychodzimy do pracy, i nikt nie patrzy prosząco w stronę naszego talerza z kolacją, czujemy smutek i żal. Te bowiem tygodnie, miesiące i lata, które z naszą rodziną, w naszym domu spędził pies, są jednym z najpiękniejszych wspomnień. I właśnie dla owych wspomnień warto nie tylko uczynić z psa pełnoprawnego członka rodziny, ale przede wszystkim zawalczyć o Niego i o to, aby w naszym domu pozostał już na zawsze!

17. 08. 08
posted by: Urszula Rędziniak
fot. Pixabuy

 

Wiersz Urszuli Rędziniak z tomiku „Nim zabierze nas wiatr”. Ula jest strażakiem, prawniczką, mamą i poetką, co nie pisze do szuflady.

 

widzę że jesteś głodna

chłodu północy pełnej ziaren 

 

słońce obudziło pragnienie

gdy noc kochanków zgasła

przed świtem nim jedna z gwiazd

spadła lotem błyskawicy

 

prawdopodobieństwo zamarło

w bezruchu i tylko nagi księżyc

zerknął nieśmiało do ogrodu duszy

w poszukiwaniu ambrozji

 

nie ma żaru świetlików

ani muzyki świerszczy

jedynie ten zapach

niesiony przez wiatr

 

i  tylko kłosy złotowłose

zerżnięte stoją dumnie

czekając na znak spełnienia

w pełni świadome swej wartości

 

a bochen chleba

pachnie dostojnie

wzbudzając apetyt na życie

 

17. 08. 01
posted by: Tanie Historie

Dziś debiutuje u nas kolejna gościnna gwiazda, człowiek wielce zabawny i autor Tanich Historii, z życia lub jakby z życia wziętych, którymi zechciał podzielić się z nami na łamach Loqueris. Więcej Tanich Historii możecie przeczytać pod tym linkiem (fb).

Dramatis Personae: Motorniczy [M], Pan w podeszłym wieku [P], Narrator [N].

Miejsce akcji: tramwaj 24

<Tramwaj zatłoczony. P i N siedzą blisko kabiny motorniczego>

M: Uwaga pasażerowie: z powodu awarii trakcji przejazd do Bronowic będzie odbywał się przez Plac Wszystkich Świętych, a nie Dworzec Główny. Uwaga pasażerowie […].

<w reakcji na komunikat, duża grupa pasażerów przepycha się na czoło tramwaju zasypując motorniczego pytaniami w stylu: „To nie staje pan na Dworcu Głównym?”, „A na Batorego jedzie?”, „Zatrzyma się pan na Placu Inwalidów”, „Czy przystanek Biprostal to będzie?”. Motorniczy początkowo dzielnie przytakuje, ale wraz z kolejnymi pytaniami, staje się coraz bardziej opryskliwy>

P <pochylając się do N>: Ja wiem, że to grzech, ale czasami to ja proszę pana chcę, żeby oni wszyscy umarli...

N: I to pana martwi?

P: Nie. Ale chciałem, żeby ktoś jeszcze to wiedział.

17. 07. 25
posted by: Ewa Frankiewicz

Gościnnie na Loqueris Pani Ewa Frankiewicz - miłośniczka zwierząt i hodowczyni labradorów, nic więc dziwnego w tym, że będzie u nas pisać o psach. Tym artykułem inaugurujemy cykl gościnnych występów i mamy nadzieję, że Pani Ewa na stałe dołączy do autorów naszego bloga.

Każdy miłośnik psów z całą pewnością doskonale zna widok swojego domowego pupila, który modlitewnym wzrokiem wpatruje się w drzwi lodówki, cichcem wylizuje z dziecięcej rączki biszkopcik lub jabłuszko, czy też niedostępnymi nam sposobami tajniaków kradnie soczystego schaboszczaka wprost z obiadowego talerza, wyglądając przy tym jak uosobienie niewinności.

Nie znaczy to wcale, że nasz czworonóg jest głodny lub źle karmiony. Najwyżej bywa źle wychowany – co zazwyczaj sugeruje, iż to nie my wychowaliśmy psa, ale on wychował sobie nas. Niezależnie jednak od kwestii kto pełni rolę Samca Alfa w domowym stadzie – jedno jest pewne – pies musi jeść. Mało tego – pies powinien dobrze jeść.

Współczesny rynek zoologiczny zalewa nas reklamami różnorodnych karm, suchych i mokrych, w których gąszczu przeciętny właściciel psa traci głowę, a nierzadko również pieniądze z portfela, wygadany sprzedawca bowiem bez trudu „wciśnie” nam towar najdroższy, niekoniecznie najlepszy, ale po prostu „markowy”. Pół biedy, jeżeli nasz pies nie dostanie po tym kosmicznej sraczki, gorzej jeśli odchoruje swoje śniadanie, obiad i kolację. Zwierzę się nacierpi, często konieczna jest pomoc weterynarza, a koszty karmy rosną zatrważająco. 

W dzisiejszym świecie psy są bardzo poważnymi klientami supermarketów, choć nawet jedną łapą nie wchodzą do środka (może by i weszły, gdyby nie głupie ludzkie zakazy), na szczęście w sklepach z artykułami dla zwierząt są milej widziane. O ogoniastego i zębiastego klienta walka toczy się ostro, proponując mu karmy dla alergików, dla diabetyków, dla tłuściochów, na problemy z jelitami, wątrobą, nerkami i oczami, dla suk sterylizowanych i matek karmiących, karmy eko, karmy holistyczne – można się pogubić i zginąć z kretesem.

Niektórzy zadają sobie pytanie – czy to wszystko jest psom potrzebne? Przecież one i tak zeżrą co im się da, a potem… no cóż, wszyscy wiemy, a jeśli nie wiemy, to i tak wdepniemy.

To co pożarł nasz pupil jest widoczne w jego futrze, zębach, uszach, oczach, zapachu z pyska i smrodku spod ogona, ale przede wszystkim w odchodach. Prawidłowo żywiony pies nie ma zaparć, biegunek, nie dręczą go gazy i wzdęcia, nie wymiotuje, nie drapie się, nie wygryza „do łysego”, a nawet jeśli z jego mordki nie pachnie fiołkami, to jednak nie jest to gaz bojowy, ani wyziew wulkaniczny (bądźmy szczerzy, człowiekowi z ust też różami nie pachnie). Psia kupa powinna być niewielka, zwarta i mało wonna – oznacza to, iż psiak przyswoił większość składników znajdujących się w misce. Nie domagajmy się jednak, by labrador robił kupki ratlerka, zaś ratlerek mysie bobki – aż tak dobrze nie będzie. Sprzątnąć i tak trzeba, nawet jeśli kupa jest wielkości Himalajów (tylko trzeba wziąć większy woreczek!).

Różnorodność karm i ich cen na sklepowych półkach wynika przede wszystkim z ilości składników w owe karmy „zamieszanych”. I tak do najtańszych należą żarełka, w których tak zwane mięso (czy też składniki pochodzenia zwierzęcego) stanowi zaledwie 30% (bywa, że mniej), zaś 70% to wypełniacze roślinne. Czy jednak nasz pies i krowa to jedno i to samo? Nawet dalmatyńczyk, barwami może i do krowy zbliżony, całą resztą odległy jest od niej o całe lata świetlne. Zaletą takiego jedzenia jest jego cena oraz powszechna dostępność i łatwość podania – po prostu wrzucamy do michy i już. I na wszelki wypadek lepiej się nie zastanawiać, co takiego właśnie pożera nasz czworonóg – dla własnego, psychicznego zdrowia (gwoli ścisłości – kiedy człowiek wcina parówkę, też woli nie myśleć z czego się ona składa!).

Dlaczego w psich puszkach, czy suchych karmach jest tak wiele składników roślinnych? To proste – pozyskanie cennych składników odżywczych pochodzenia zwierzęcego jest zdecydowanie droższe, prościej jest przetworzyć produkty roślinne, które po odpowiedniej obróbce staną się przyswajalne dla psiaków. Można więc powiedzieć, że współcześni producenci gotowych karm są wyjątkowo utalentowani – rośliny zmieniają w (prawie) mięso. Tylko, że to PRAWIE robi WIELKĄ różnicę! Do tego dodają różnorodne „suplementy”: typu mączka mięsno – kostna, mąka sojowa, mąka kukurydziana oraz przede wszystkim cukry, a najczęściej ich tańsze zamienniki (melasa, syrop glukozowo – fruktozowy, sacharoza, sorbitol i inne świństewka), działające jak słodycze – pies zje trochę i… chce jeść jeszcze… i jeszcze…

Nam – ludziom również zdarza się wcinać śmieciowe, fastfoodowe jedzenie i trudno kogokolwiek potępiać za jednorazową wyprawę do hamburgerowego, czy pizzowego raju. Sam fakt jednak, iż nadal żyjemy świadczy o tym, że na co dzień odżywiamy się zdrowiej, gotując samodzielnie, czy też licząc na dobre serce mamusi lub teściowej. Dlaczego więc chcemy fastfoodowo odżywiać naszego zwierza? Bo łatwiej, bo szybciej, bo taniej? A zdrowie gdzie? Zostało w kasie marketu…

Zdarzają się oczywiście karmy lepszej jakości (najczęściej w dobrych sklepach zoologicznych i klinikach weterynaryjnych), z zawartością mięsa 60 – 70%, ich cena jednak nie jest dla każdego, bowiem (przykładowo) 12 zł za 400 g specjalistycznej karmy, kiedy nasz pies potrzebuje dziennie 1200 g, może po prostu ogłuszyć przeciętnego śmiertelnika, a w jego portfelu spowodować przedmuchy nie gorsze od tych w silniku malucha.

Co nam – właścicielom więc pozostaje? Napad na bank w celu zdobycia pieniędzy na lepsze jedzenie? Czy może rezygnacja z mało zapachowego psiego gówienka na rzecz żrących oparów z psiej rury wydechowej wskutek podawania tańszej, marketowej karmy?

Nie tylko. Są jeszcze dwie inne opcje: możemy psu gotować i powiedzmy sobie szczerze, że skoro gotujemy obiad dla całej rodziny, to raczej dalibyśmy radę ugotować i dla psiaka. Albo też możemy przestawić naszego psa na BARF (Biologically Appropriate Raw Food) – żywienie surowym mięsem z dodatkami. 

Metoda BARF została stworzona przez australijskiego weterynarza Iana Billinghursta, w latach 90 – tych XX wieku. Przez wiele lat leczył on psich pacjentów z biegunkami, alergiami i innymi sensacjami pokarmowymi, karmiąc jednocześnie swoje psy karmami komercyjnymi. Kiedy jego domowi pupile również odczuli na sobie problemy trawienne, weterynarz zaczął przemyśliwać nad prawidłowym odżywianiem czworonogów. Doszedł do wniosku, że psy to od milionów lat drapieżni mięsożercy, których podstawą diety było mięcho surowe i do takowego ich układ trawienny się przystosował w naturalny sposób. Dlaczego więc współczesne psiaki miałyby mieć inny układ pokarmowy? Przystosowany do jedzenia resztek z pańskiego stołu i puszkowanego żarcia? Takie stwierdzenie nie ma wg I. Billinghursta racji bytu i można je włożyć między bajki.

Do głównych składników diety BARF należy mięso, kości, wnętrzności, tłuszcz, nadtrawione części roślin, a także inne pożywienie, które zazwyczaj pożerają przedstawiciele gatunku psowatych. Wszystkie te składniki należy odpowiednio zbilansować, wyliczyć dzienną dawkę jedzenia dla naszego psa (w zależności od wieku, aktywności i trybu życia psa dzienna dawka to 2 do 7% jego masy ciała), pamiętając o indywidualnych różnicach między psiakami, nawet tej samej rasy. A potem należy stać się myśliwym… i zdobyć mięso!

W wersji skróconej można zaopatrywać się w sklepach z gotowymi surowymi karmami, gdzie dostaniemy w pełni zbilansowaną, pełnowartościową porcję, którą wystarczy rozmrozić i wrzucić do psiej michy. Ma to jednak swoją cenę. 

Wersja rozszerzona to samodzielne polowanie na mięso (wprawdzie bez łuku, kuszy i harpuna, ale jednak), które należy kupić, zmielić, poporcjować i zamrozić (pamiętając wszakże, iż wieprzowiny nigdy nie podajemy na surowo, ze względu na wirusa, który może być w niej zadomowiony i w efekcie zaszkodzić naszemu psu!). Zakup maszynki elektrycznej do mielenia to wydatek jednorazowy i można go wliczyć w koszty własne przedsięwzięcia „Polowanie”.

Korzyści są bezdyskusyjne – lepsza cena, pełen wgląd w to, co wcina nasz pupil, ładniejsze zęby, bardziej lśniące futro i… mało wonna kupa. Któż z nas nie przyzna, że takową przyjemniej jest zebrać z trawnika?

Nasze psy to smakosze – jeden uwielbia kurczaczka, inny wołowinkę, jeszcze inny do pyska nie weźmie wątróbki, ale już króliczek, czy jagnięcinka to przysmak jakich mało. To do nas – właścicieli należy jednak decyzja czym będziemy nasze ogony karmić – co one lubią, a co mogą jeść. Bywa, że nasz psiur chętnie podjada owoce, warzywka surowe i gotowane, nie gardząc również mleczkiem, serkiem i jogurcikiem. Ba!, jeszcze mlaszcze i oblizuje się ze smakiem! Nic nie stoi na przeszkodzie, by mięsko pomieszać z warzywkiem, a na deser dać psu owoc – jeśli tylko jego żołądek dobrze to znosi. Pamiętajmy jednak, aby każdą żywieniową zmianę wprowadzać powoli, stopniowo dawkując nowe przysmaki i obserwując psie reakcje, a w razie konieczności modyfikować psią dietkę.

Wprowadzając metodę BARF nie bądźmy jednak ekomaniakami – naszym piesom należy się od czasu do czasu wędzone świńskie ucho, prasowany gnatek, czy ciasteczko – w końcu my też od czasu do czasu jadamy ptysia, czy napoleonkę. Ciekawe jest tylko to, że nasze psy równie chętnie jak my pożarłyby napoleonkę i ptysia, a w nas – człowiekach wędzone świńskie ucho, ani prasowana kość jakoś nie budzą entuzjazmu. Czy to oznacza, że w drodze (psi)ewolucji człowiek jednak nie spsiał, zaś pies się uczłowieczył?