in Fraszki
18. 02. 17
posted by: Andrzej Curyło

Tańcowały dwa Michały,

jeden czarny, drugi biały

i wszystko było akurat,

jakby tańczył jeden mulat.

in Ludzie
18. 02. 16
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Jeśli pytasz policjanta o drogę, to myślisz sobie, że on wsiądzie za Twoją kierownicę i Cię do celu zawiezie? Jeśli pytasz fryzjera o pomysł na własne uczesanie, kolor, czy zabieg na włosy, to sądzisz, że zobaczysz to na fryzjera głowie i wówczas dokonasz wyboru? Jak chcesz nauczyć się jeździć na nartach,prowadzić samochód albo pływać, to nie liczysz, że tylko od patrzenia na to jak czyni to instruktor, przybędzie Ci praktycznych umiejętności, prawda? Mówi się, że od mieszania herbata się słodka nie zrobi. To dlaczego uważasz, że od samego chodzenia na zajęcia do logopedy, przybędzie Twojemu dziecku, czy Tobie osobiście, wiedzy czy umiejętności? Nagminne treści moich rozmów z dziećmi w kwestii utrwalania tego co ćwiczyliśmy na ostatniej terapii,wyglądają tak: ćwiczyłeś z mamusią/tatusiem?- Tak, wczoraj ćwiczyliśmy. A wcześniej?- pytam. Nie wcześniej nie, przecież logopedia jest dziś.

Wśród moich logopedycznych marzeń jest takie niespełnialne marzenie, że oto logopedzi dostają do ręki jakąś magiczną tabletkę lub, lepiej jeszcze, zastrzyk, podają ten specyfik i problem się rozwiązuje SAM. Nie ma postępów w terapii? Czemu? Przecież CHODZI na logopedię! A już wiem czemu: logopeda jest marny i trzeba go zmienić. Zatem kolejny logopeda, do którego się CHODZI. Z efektem zbliżonym do wcześniejszego. Jasne, nie dotyczy to każdego przypadku, ale sporej części niestety, tak.

Jestem często „ofiarą” takiego magicznego myślenia, że jak się zmieni logopedę, to postępy zrobią się SAME. A już jak ktoś przychodzi na terapię prywatnie, to zupełnie jest zwolniony z ćwiczenia, bo przecież zapłacił... Mam w terapii dziecko hafciarki, dla tego dziecka jestem kolejną logopedką. Ponieważ postępy są nikłe, a rodzice oczekują by były już, szybko i trwałe, zapytałam mamę, czy dobrze byłoby jej się wyszywało na kanwie, z której najpierw trzeba wypruć źle wyhaftowany wzór. Mam wrażenie, że zrozumiała, co naturalnie bynajmniej nie oznacza, że jakoś szczególnie zaangażowała się w utrwalanie tego, co robimy na zajęciach.

Prowadzę terapię pana po wypadku komunikacyjnym, z którym nic się w domu nie robi – nie sadza, bo ciężki(choć podnośnik jest), nie ćwiczy masaży logopedycznych, bo się dławi i ma odruch wymiotny, nie bogaci wiedzy biernej, bo „nie umieją tak wymyślać jak ja”. A jak podrzucam jakieś materiały, to...leżą na półce. Za to wysłuchuję litanii o poświęceniu i własnych problemach zdrowotnych pozostałych członków rodziny. Skoro „chodzę” do tego człowieka, skoro biorę za " chodzenie" pieniądze, to według rodziny, odpowiadam za jego sukces terapeutyczny.

No właśnie...A ja odpowiadam za kierunek, za metody, techniki, pomysły terapeutyczne, za demonstrację jak się to robi i w jakim celu. Natomiast wykonanie, utrwalanie, wprowadzanie w czyn, to już nie moja działka. To jakby mieć pretensje do muliny, że obrazek brzydko wyhaftowany. Oczywiście część mojego środowiska zawodowego może poczuć się urażona, że takie mi porównanie do przedmiotu do głowy przyszło. Co nie zmienia faktu, że bez tejże muliny nie będzie wyhaftowanego obrazka. Tak jak, (skoro potrzebny wg rodzica, czy lekarza), bez doświadczonego, starannego i kreatywnego logopedy, nie będzie efektów terapii. Dla bardzo wielu osób jesteśmy jedynymi, którzy wysłuchają, uśmiechną się i poradzą. I nie dotyczy to tylko dorosłych, lecz bardzo często dzieci właśnie. Czasem mam wrażenie, że empatyczne podejście do pacjenta, to nasza „zguba”, bo niektórym trudno zrozumieć, że nie jesteśmy zainteresowani w udzielaniu porad innej niż zawodowa natury, czy też nie koniecznie jesteśmy zachwyceni będąc zapraszani do grona znajomych na facebooku..

Bycie logopedą to trudna sztuka dzielenia się umiejętnościami, wiedzą i sobą. Ale w pracy. Myślę, że wszyscy czynni logopedzi, zgodzą się ze mną, że po pracy są rodzicami, czyimiś dziećmi, czy żonami/ mężami, są kolegami czy koleżankami, są eseistami czy poetami,fotografikami, pływakami, tancerzami, chórzystami...Bo nawet ukochane zajęcie może stać się nudne i monotonne, gdy się je bez przerwy uprawia. Dlatego ja pisze eseje, chodzę na wystawy, do teatru, czytam, jeżdżę w różne miejsca, robię z chęcią wszystko to, co w niczym pracy nie przypomina. I uważam, że ta różnorodność jest większym gwarantem, że praca będzie długo mi sprawiać przyjemność, a osobom, z którymi pracuję przyniesie oczekiwany efekt.

 

in Fraszki
18. 02. 11
posted by: Andrzej Curyło

Jaka jest dla Polski przyszłość,

gdy oczywista jest oczywistość?

in Fraszki
18. 02. 10
posted by: Andrzej Curyło

Mchy i włosy zawsze rosną,

tu konkluzję mam radosną,

że włosy rosną na piersiach,

a mchy tylko na popiersiach.

in Ludzie
18. 02. 09
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

To było lata temu. Wybrałam się z rodzicami i bratem na wycieczkę do Krakowa. Mieszkał tam nasz stryjek, ale dla nas, dzieci z miasteczka, istotniejszy od niego i jego rodziny był spacer ulicami dużego miasta. Ubrałam się najmodniej, jak tylko mogłam. Boże, jak dobrze, że nie ma z tego wyjazdu żadnych zdjęć... Jak to się teraz mówi odstawiłam się jak szczur na otwarcie kanału i dumnie kroczyłam ulicami Krakowa. Całe dzieciństwo miałam kompleks prowincjuszki i lata całe z nim walczyłam. Akurat mnie wyszło to na zdrowie, bo studiowałam w najlepszych polskich uczelniach, zupełnie nie odstając od moich wielkomiejskich kolegów. W moich wyborach zadziałała zwyczajna potrzeba udowadniania. Ale co przeszłam w tych udowadnianiach, to moje.

Pamiętam jak to się zaczęło, że dotarło do mnie, że mieszkamy w Polsce na dalszą literę alfabetu. Było to w czwartej klasie. Miałam zadania z matematyki, a wśród nich takie, by policzyć samochody przejeżdżające moją ulicą przez minutę, obliczyć ile ich przejedzie przez 5 minut, ile przez kwadrans, a ile przez godzinę. Zasiadłam przed oknem. Przez minutę nie przejechało ani jedno auto. Pomyślałam: eee, zła minuta, za chwilę przyjdę policzyć. Po pół godzinie zasiadłam przed oknem. Po minucie obserwacji znów wynik był identyczny. Zaczęłam nad tym myśleć. Nie, nie jaki może być wynik mnożenia przez zero, ale nad tym, że może takich miejsc peryferyjnych jest w kraju więcej, ale wielkomiejscy autorzy podręczników pewno o tym nie wiedzą.

Pamiętam swój egzamin wstępny na logopedię na Uniwersytet Warszawski - uczelni prowadzących ten kierunek było w Polsce trzy. Rok był 1989 rok, w którym w autobusach, tramwajach i na ulicach Warszawy było mnóstwo uśmiechniętych Niemców (z NRD). Dla mniej zaawansowanych w latach przypomnienie, że Polska przeżywała wówczas chwile po obaleniu rządów reżimowych, a w NRD ciągle rządził towarzysz Honecker. Jego rodacy uciekali do krajów ościennych i prosili o azyl w ambasadzie RFN-u. Liczba Niemców była tak niezwykła, że wciąż mam w uszach tę wszechobecność języka niemieckiego. Ale wracam do egzaminu, bo czasy były tak inne od obecnych, że nie trzeba było zapłacić za studia, ale by się dostać, musiało się zdać wysoko. Egzamin był dwuczęściowy. Trochę z wiedzy na temat przedmiotu studiów i część praktyczna polegająca na przeczytaniu piękną polszczyzną trudnych artykulacyjnie zdań. Było 13 osób na jedno miejsce. W mojej komisji była G. Demelowa, E. Stecko i H. Rodak, osoby znane z publikacji logopedycznych, więc onieśmielenie moje było podwójne. Po obu częściach egzaminu, pani Demel zapytała skąd jestem. Gdy powiedziałam, że jestem z okolic Rzeszowa usłyszałam zdumione: Po co tam logopeda??? Była bardzo zaskoczona, gdy powiedziałam, że w województwie rzeszowskim (było takie) mieszka blisko 700 tysięcy mieszkańców.

Opowiadam Wam takie historie, które dla wielu z Was, są jakby całkowicie na poziomie wiedzy o powstaniu listopadowym czy może nawet bitwy pod Grunwaldem. Uświadomiłam sobie właśnie, że historia może nie być nudnym przedmiotem składającym się z dat, ale że tworzą ją Twoje i moje opisy życia. Po niektórych zdarzeniach i ludziach nawet ślad nie został, inni wciąż są w pamięci czasem zbiorowej czasem indywidualnej. To co zostaje, jest ważne, być może tylko dla osoby, która takie wspomnienie ma. Czemu akurat to, a nie coś innego? Kto to wie? W mojej pamięci na przykład bardzo ważny był etap robienia prawa jazdy i pierwszy posiadany samochód. Był to ”bartbuk” czyli Wartburg mówiąc po ludzku. Co z niego pamiętam? Że był duży, w bagażniku mieściły się dwa telewizory Rubin i walizka. Miałam stresa jeżdżąc nim, z powodu wielkości właśnie. Zawsze z góry przewidywałam gdzie będę mogła zawrócić i czy będę musiała jechać z jakiejś górki. Do dziś mam to na uwadze, choć łącznie pewno kilkanaście razy objechałam Ziemię po równiku. Autko nie było jakieś „wypaśne”, bo i takich samochodów przecież w tamtej Polsce nie było. Choć miało humory, choć było dwusuwem, choć kupowałam dokumenty dwóch innych samochodów, żeby mieć kartki na paliwo i jeździć, a nie patrzeć na nie, choć jeździłam nie zbyt szybko ( mój syn zdegustowany mówił: jeszcze tylko rowery nas nie wyprzedzają), to uwierz mi Czytelniku, byłam szczęśliwa. I zupełnie mnie moje życie na prowincji w nic nie uwierało.

in Fraszki
18. 02. 04
posted by: Andrzej Curyło

Był doskonały

w przeginaniu

pały.

in Fraszki
18. 02. 03
posted by: Andrzej Curyło

Mąż do żony z zapytaniem:

- Co będzie jak mnie nie stanie?

Na to żona odpowiada:

-Nic, pójdę do sąsiada.

in Fraszki
18. 01. 28
posted by: Andrzej Curyło

Nie jeden się zbłaźnił

w przypływie wyobraźni.

in Fraszki
18. 01. 27
posted by: Andrzej Curyło

Szkoda, że nie ma cienia

chwili uniesienia.

in Ludzie
18. 01. 26
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Rozmyślania na pozimiu, okołozimiu, czy innej zimie, która zapowiadana była na zimę stulecia.

 Pisanie, jak widzisz,nie sprawia mi większych trudności. Nie mniej bywa, że nie mogę się zmobilizować i niby temat  w głowie mam, a zabrać się za przelanie go na papier, nie mogę. Może to „pozimie”, bo przecież nie przedwiośnie, które wprawdzie wyłazi z tulipanami z ziemi, tak na mnie działa? Ale dość marudzenia. Od najdawniej jak to możliwe, ważne są dla mnie słowa Władysława Bartoszewskiego „Warto być przyzwoitym” oraz przeświadczenie, że anioły są blisko, lecz ich obecność i działalność trzeba chcieć zauważyć. Jednym zdaniem: dziś będzie o tym, że dobro wraca.

 Było to – jak to się mówi- kilkanaście kilogramów temu, listopadowy, późny wieczór, wracałam z próby chóru, mżył deszcz, a jesienny, nieprzyjemny wiatr wiał ze wszystkich stron. Szłam szybko moją pustą i ciemnawą ulicą. Po kilkunastu krokach usłyszałam, że po jej drugiej stronie ktoś idzie. Nie lubię takich sytuacji. Niby poprawiając kaptur mojej czerwonej kurtki skonstatowałam: facet. Oczywiście, łatwo się domyślić, że wyobraźnia zaczęła pracować w kierunku bynajmniej nieuspokajającym. Słyszałam jak głośno stukają obcasy moich butów i jak bije mi serce. Usłyszałam szuranie butów przechodzącego na moją stronę człowieka. Oszczędzę ci Czytelniku szczegółów galopady moich pomysłów na ten fakt. Po kolejnych kilkunastu krokach, rzeczony facet zrównał się ze mną i zatrzymuje mnie chwytając za ramię ze słowami: gdzie się tak śpieszysz czerwony kapturku? Odwracam się ze złą i stanowczą miną i oczywiście z kompletną pustką w głowie. A on na to:-O, pani Ula, przepraszam, nie poznałem pani. Poznaje mnie pani? Na kolanach u pani siedziałem, cz mnie pani uczyła mówić. Pamięta pani? : Koszt poczt w Tczewie..

 Jechałam którejś niedzieli ok. 8.15 na zajęcia. Nie śpieszyłam się szczególnie, ale pusta i prosta droga każdego rasowego kierowcę prowokuje do szybszej jazdy. W pewnej zatoczce oczekiwali na takich właśnie kierowców panowie w szarym aucie, ale za to w granatowych mundurach. Przekroczyłam prędkość, nie jakoś bardzo, ale wystarczająco, żeby zauważyli… Standardowe: a dokąd to pani się tak śpieszy, a jakieś dokumenciki byśmy obejrzeli. Jeden z policjantów wziął dokumenty mojego samochodu i poszedł je sprawdzać w CEPiK-u, a drugi studiował moje prawo jazdy. Jak wiadomo, zdjęcia w dokumentach mają chyba obowiązek w niczym nie przypominać właściciela tegoż dokumentu Policjant spojrzał na mnie i zadał mi zaskakujące pytanie czy mam rodzeństwo.

 -Tak, mam brata.

 -A co brat robi?

 -Jest ortopedą.

 - Pani brat uratował mojej córce nogę. Niech pani jeździ nieco wolniej.

  Przyjaciel mojego męża jest przedsiębiorcą. Wygrał przetarg na remont jakiejś części budynków U.J. W dniu jego rozpoczęcia pojechał do Krakowa, aby na miejscu zadysponować co i jak pracownicy mają robić. A pracowników ani widu. W końcu jest telefon od jednego z nich: Szefie, stuknęliśmy dziadka. Nie jakoś poważnie, w zasadzie tylko otarcie, ale się upiera, żeby policję wezwać. Może szef z nim pogada, bo nas nie chce słuchać. Pracownik podał „dziadkowi” telefon, kolega w pokorę uderza, że prosi, bo mu zniżki na ubezpieczenia z wszystkich aut polecą..I że zapłaci i pokryje wszystkie koszty naprawy i nawet jakiś remont u „dziadka” w domu może zaoferować po kosztach...

 - Mam panu uwierzyć?, zastanawia się tenże „dziadek”.

- Bardzo pana proszę. Niech się pan da przekonać.

- Dobrze. Jestem księdzem. Wierzę ludziom. Podam mój numer telefonu pana pracownikom, proszę zadzwonić wieczorem, to omówimy szczegóły.

Wieczorem tenże kolega dzwoni do księdza, a po drugiej stronie słyszy głos: ksiądz Adam Boniecki, słucham…

 Komukolwiek nasz kolega nie opowiada tej historii, każdy reaguje tak samo: przekaż księdzu pozdrowienia, życz księdzu Bonieckiemu samego dobra, serdeczności dla księdza profesora. Bo w ludziach jest dużo życzliwości i potrzeby dzielenia się nią. Jak się otrząśniemy z tych podziałów i wszelkich „-izmów”, to okazuje się, że jesteśmy sympatycznymi i dobrymi ludźmi, którzy mogą pełnić dla obcych sobie osób rolę aniołów, choć na początku nic może na to nie wskazywać.