in Fraszki
17. 06. 25
posted by: Andrzej Curyło

Można spaść z piedestału,

prosto do urynału.

in Fraszki
17. 06. 24
posted by: Andrzej Curyło

Nie mów żonie szeptem:

- czy ty o tym wiesz?

Ona i tak stwierdzi,

że się na nią drzesz.

in Ludzie
17. 06. 23
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Jak każdy człowiek byłam kiedyś dzieckiem. Dzieciństwo wspominam, jako czas przez różową szybkę. Rodzice moi pracowali, babć, dziadków na tzw. podorędziu nie było, zatem oboje z bratem przerabialiśmy żłobek, przedszkole czy świetlicę. Nie są to wspomnienia jakoś źle na mnie ważące. Wszyscy nasi rówieśnicy mieli porównywalne dzieciństwo, więc nie było powodów do jakiegoś „zaważania”. Motywem dla którego wspominam o czasie różowej szybki jest beztroska, a ta jakoś do różowego pasuje.  Z mojego dzieciństwa pamiętam po pierwsze zapachy - te jedzeniowe i te roślinne; jakieś świeże zapachy ściętej trawy czy suszonych liści tytoniu, tajemniczy zapach dziadkowej szopy na wszystko i zapach mleka, takiego prosto od krowy. Pierwszym zapachem, który identyfikuję i kojarzę najwcześniej, był zapach farby drukarskiej. Co nie było niczym nadzwyczajnym dla dziecka księgarza. Teraz w księgarniach pracują ekspedienci czy doradcy klienta, a kiedyś trzeba było być księgarzem. Żeby doradzić co czytać, książkę trzeba było przeczytać. Ale, co ja tu wypisuję w tych dziwnych czasach, w których 63% Polaków nie przeczytało w minionym roku niczego, co jest tekstem dłuższym niż przepis na coś z torebki. A zakup książki w cenie paczki papierosów czy sześciopaku piw, to także czynność oryginalna i spotykana coraz rzadziej.

W naszym domu czytali wszyscy- mój tatuś czytał na okrągło Trylogię i w między czasie zawsze coś. Mnie zarzucał, że czepiłam się Ań z Zielonego Wzgórza jak pijany płotu( ciekawe po kim tak miałam ?), Marek studiował jakieś Tomki, Old Sheterhandy i Winetou, a mamusia wszystko. Nam, dzieciom, czytano przy każdej okazji i wszystko co mogło nas zainteresować. Wieczory wypełniali nam czarodzieje, wróżki, królewny, waleczni królewicze, smoki, Bajardy czy inne zaczarowane stwory, potem zwierzaki i ich przygody. Nasz tatuś miał specjalizację w poezji i piosence. Toteż usypialiśmy przy Balladzie o trzech Budrysach albo przy wierszach Janczarskiego. Proza i baśnie to już czas z mamusią. Nic zatem dziwnego, że odgrywaliśmy wieczorami teatrzyki cieni na wielkim, drewnianym  krześle, zasłoniętym dużą kartą papieru śniadaniowego. Dla nas każdy kwiatek miał przypisaną rolę do odegrania. I tak np. – cykoria podróżnik zawsze była królem. Muszę Ci powiedzieć, że w naszej rodzinie nigdy nie mówiło się do rodziców: mamo, tato. Tak słyszałam u dziadków z obu stron. Dziadkowie również w ten sposób opowiadali o relacjach ze swoimi rodzicami. Więc się nie dziw.

Pamiętam jakieś deszczowe lato, siedziałam przy oknie u babci w domu i czekałam kiedy przestanie padać. Miałam może 6 lat. Pałaszowałam sobie przysmak nad przysmaki - kromę chleba posypaną cukrem i polaną mlekiem, a tu co widzę? Do kurnika wchodzą prawdziwe krasnoludki. Widziałam je tak realnie, jak widziałam zmokłe kury, które rozgrzebywały błoto na podwórku. Długo nikomu o swoim krasnoludkowym widzeniu nie mówiłam. Wiadomo co się mówi i myśli o takich, którzy mają podobne „widzenia”. Było tak dopóki nie przeczytałam książki Axela Munthe „Księga z San Michele”, a w niej motto jednego z rozdziałów: „Żal mi ludzi, którzy nigdy nie widzieli krasnoludków”.

Pamiętam świetnie smak pierwszych papierówek, które niezbyt dokładnie wycierało się o koszulkę czy spodnie. Pamiętam jak tatuś zrobił nam na rzeczce tamę i mieliśmy malutki zalew do chlapania się, które nazywaliśmy pływaniem. A były to czasy zamierzchłe aż tak, że nikt nie odważyłby się nieczystości do rzeki wypuścić, bo przecież woda, to dobro także mieszkających w niej zwierząt. Pamiętam zapach stearyny ze zniczy i ognia, który lizał niezwykłe papierowe, woskowane kwiaty nagrobnych bukietów. I pamiętam najlepszą na świecie zupę ziemniaczaną naszej babci Hanusi.

Podobno im człowiek starszy, tym bardziej gloryfikuje przeszłość. Cieszę się, że moje życie jest takie zwyczajne, a mimo to mam aż tyle wspomnień, jak przez różową szybkę właśnie.

in Fraszki
17. 06. 18
posted by: Andrzej Curyło

Są sandały, są skarpetki,

jedynie brak przy nich metki.

in Fraszki
17. 06. 17
posted by: Andrzej Curyło

Kiedy się pozbyła szmat,

stwierdziłem, że to nie kwiat.

17. 06. 16
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Pamiętasz, jak pisałam o tym, że jesteśmy rodziną ptaszarzy? Lubimy, nieco obserwujemy, zimą dokarmiamy, nawet odróżniamy część ptasich głosów. W zasadzie zaczęło się to wiele lat wstecz, kiedy postanowiłam na Mikołaja kupić, sześcioletniemu wówczas synkowi, jakieś zwierzątko. Rybki odpadały. Myszy ,szczurki, chomiki, świnki morskie i inne gryzonie także. Zostały ptaki- papuga albo kanarek. W sklepie zoologicznym był spory wybór bardzo kolorowych ptaków. Może wybrać żółtego albo błękitnego? A co to tam w kącie za burasek? Taka pierzasta istotka, głównie brunatna, zaledwie kilka żółtych i kilka zielonkawych piórek, a na głowie krzywy przedziałek. Nie był to ładny ptaszek. Pomyślałam wtedy, że jak ja go nie kupię, to z racji na urodę, raczej szans na dom, nie ma. Do tego ten krzywy przedziałek…

Całe życie mam problem z przedziałkiem. Mam takie w jego okolicach liźnięcia, które moja fryzjerka nazywa elegancko wicherkami. Niech licho porwie, gdy te moje włosy chce się ułożyć inaczej, niż one sobie życzą. Dobra, biorę ptaka z przedziałkiem. Sprzedawca pyta czy się znam na kanarkach. Wcale się nie znam. Okazało się, że wybrałam kanarka harceńskiego, śpiewaka wśród kanarków najwybitniejszego. Dostał na imię Scypion, bo pierwsze co zrobił (no drugie, bo najpierw narobił mi na rękę, ale od tego imię się nie nadawało),to uszczypnął mnie w palec. Scypion żył i pięknie nam śpiewał przez 8 lat. I odtąd ptaki były z nami blisko. W ogrodzie mają gniazda-  wiosną obserwujemy jak żerują, tyralierą idące, kosy, zimą licytujemy się kto zobaczył szczygła, kto gila, a kto grubodzioba. Ale do czasu zawieszenia budki szpaczej, wszystko co ptaków dotyczyło, było jakby obok. Nasze szpaki, po przygodzie z czarną wiewiórką i po przetrwaniu kwietniowych chłodów wróciły, zniosły jajka i teraz mamy okazję patrzeć jak się zajmują swoim potomstwem. Jest to praca rzeczywiście od rana do nocy. Obserwujemy je bacznie i przysłuchujemy się ich życiu. Pisklaki mają teraz około 8-10 dni, jedzą bardzo dużo, rodzice wciąż dostarczają jakieś robaki, dżdżownice, owady wszelkie czy ślimaki. Ptaszki robią w budce spory rwetes. Żeby je uspokoić jeden z rodziców, taki czarniejszy, powtarza wciąż ten sam trik, naśladuje skrzeczenie sroki. I maluchy cichną natychmiast. Teraz szpaki nie mają czasu ani głowy z nami „gadać”, ale gdy trwały zaloty, to odpowiadały na nasze modulowane zawołania podobna modulacją. Nadto, z pewnością imitowały pianie koguta, trele skowronka, wzmiankowaną powyżej srokę, kucie dzięcioła, łkanie czajki albo pokrzykiwanie mewy. Były też inne trele, ale nie potrafię ich przyporządkować do ptaka.

Tak czy owak, poranne picie kawy na zachodnim tarasie, weszło nam w krew. Mój mąż ma plan, aby zawiesić w ogrodzie jeszcze jedną budkę, ale tym razem z zamontowaną w niej kamerką i obserwować to szpacze życie. Cóż, są pasjonaci podglądania bocianów, możemy i my planować podglądanie szpaków. Niewykluczone, że jakieś odpryski naszego podglądactwa trafią na Loqueris. A Ciebie interesuje ptasie sąsiedztwo, czy tylko przeszkadza, bo np. gołębie srają, wrony kraczą, bocianom wypadają z dziobów jakieś myszy czy zaskrońce, a koguty pieją od świtu?...

in Fraszki
17. 06. 11
posted by: Andrzej Curyło

Wczoraj tak mi się przyśniło:

żadnej partii już nie było,

PO, Nowoczesnej, PiS-u,

PSL-u i Kukisów.

Wyginęły wszystkie ciule,

a jam został Polski królem.

in Fraszki
17. 06. 10
posted by: Andrzej Curyło

Ożenił się Stachu z Bachą,

jedno ciacho, drugie ciacho.

Obrączka na palec

i wyszedł zakalec.

17. 06. 09
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Szukając miejsca na wypoczynek bierzemy pod uwagę różne sprawy. Choć ostatnio, ponad luksusy i „olikluziwy”, wybija się bezpieczeństwo, prawdziwość i uroda miejsca. Te właśnie cechy brałam pod uwagę wybierając północno-zachodnią Teneryfę. W ogóle mam słabość do wysp. Gdy sprawdziłam, że tę część wyspy upodobali sobie Niemcy i Skandynawowie i że mieszkają tam prawdziwi Kanaryjczycy, decyzja była podjęta.

Już na miejscu zorientowałam się, że cudzoziemcy, o których mowa, to seniorzy plus (z naciskiem na plus) i ich opiekunki. Ale nie będę bawić Cię opowiadaniem o naszym urlopie. Opowiem o tym, co mnie zaskoczyło. I tak: wszędzie i wszyscy porozumiewają się w języku niemieckim. W hotelowej telewizji jest 70 programów niemieckich, 28 hiszpańskich , 1 francuski, 1 amerykański i 1 angielski. Kolejnym zaskoczeniem jest raczej zauważalna wilgotność powietrza i całkowity przy tym brak komarów. Być może to efekt ogromnych ilości jaszczurek, które komary i inne owady podobno ze smakiem konsumują. W mieście Puerto de la Cruz (ok. 35 tysięcy stałych mieszkańców), na skwerach i w zaroślach na poboczach co kawałek kwoka wodzi swe kurczęta. Jak mówiła mi jedna z mieszkanek Puerto, nie są one bezpańskie. Może niekoniecznie mają właściciela, ale z pewnością konsumentów jajek czy wręcz kurczaków, jak najbardziej tak. Przez 12 dni widziałam jednego kota i tysiące psów. Psy są na smyczach, a jeśli biegają luzem, to właściciel jest tuż, tuż. Normą jest sprzątanie po swoich pupilach. Wejście w kupę jest raczej mało prawdopodobne. Mieszkańcy wyspy sporo palą, w zasadzie ciągle na ulicach widzi się masę palących. A jednocześnie na chodnikach nie ma petów. Jeśli podejdziesz pod oznaczone przejście, najbliższy jadący pojazd z pewnością się zatrzyma. Kilka razy widziałam na jezdni taki obrazek: dwa samochody stoją naprzeciw siebie, ulica jest dwujezdniowa, kierowcy sobie rozmawiają przez okna, za każdym z samochodów dwa, trzy auta oczekujące aż rozmawiający się rozstaną. Luzik, uśmiechy, no co? Każdy lubi czasem pogadać.

Początkowo zastanawiała mnie nieskazitelna czystość samochodów na parkingach, ale potem uświadomiłam sobie: aaaa, to z wypożyczalni. Samochody mieszkańców charakteryzują odrapania błotników, jakieś zagięcia blacharki czy łuszczący się lakier, no i uśmiech kierowcy. Wieczorami przed swoimi domami, na takim jakby schodku czy podeściku z boku drzwi siadają sobie sąsiadki i gadają. Dzieci, których jest sporo, biegają boso, grają w piłkę, bez skaleczenia gonią po czarnych kamieniach lawy. Podobno jest duże bezrobocie, ale ludzie są radośni i pogodni, jakby kompletnie nie dbający o takie detale jak pieniądze. Rdzenni Kanaryjczycy są raczej niewysocy i dla mnie jako logopedy mają wadę mowy - ich s brzmi międzyzębowo, ale może to taka uroda hiszpańskiego z Kanarów. Zapytam jakiegoś znajomego filologa, albo Ty zapytaj, jeśli to istotne. Co mi zostało z tego pobytu? Urodę wyspy mam pod powiekami, dźwięki w uszach, a smak barraquito w ustach. Wrócę, żeby sobie te wrażenia utrwalić.

in Fraszki
17. 06. 04
posted by: Andrzej Curyło

Byłoby super

strzelić w kaczy kuper.