17. 07. 25
posted by: Ewa Frankiewicz

Gościnnie na Loqueris Pani Ewa Frankiewicz - miłośniczka zwierząt i hodowczyni labradorów, nic więc dziwnego w tym, że będzie u nas pisać o psach. Tym artykułem inaugurujemy cykl gościnnych występów i mamy nadzieję, że Pani Ewa na stałe dołączy do autorów naszego bloga.

Każdy miłośnik psów z całą pewnością doskonale zna widok swojego domowego pupila, który modlitewnym wzrokiem wpatruje się w drzwi lodówki, cichcem wylizuje z dziecięcej rączki biszkopcik lub jabłuszko, czy też niedostępnymi nam sposobami tajniaków kradnie soczystego schaboszczaka wprost z obiadowego talerza, wyglądając przy tym jak uosobienie niewinności.

Nie znaczy to wcale, że nasz czworonóg jest głodny lub źle karmiony. Najwyżej bywa źle wychowany – co zazwyczaj sugeruje, iż to nie my wychowaliśmy psa, ale on wychował sobie nas. Niezależnie jednak od kwestii kto pełni rolę Samca Alfa w domowym stadzie – jedno jest pewne – pies musi jeść. Mało tego – pies powinien dobrze jeść.

Współczesny rynek zoologiczny zalewa nas reklamami różnorodnych karm, suchych i mokrych, w których gąszczu przeciętny właściciel psa traci głowę, a nierzadko również pieniądze z portfela, wygadany sprzedawca bowiem bez trudu „wciśnie” nam towar najdroższy, niekoniecznie najlepszy, ale po prostu „markowy”. Pół biedy, jeżeli nasz pies nie dostanie po tym kosmicznej sraczki, gorzej jeśli odchoruje swoje śniadanie, obiad i kolację. Zwierzę się nacierpi, często konieczna jest pomoc weterynarza, a koszty karmy rosną zatrważająco. 

W dzisiejszym świecie psy są bardzo poważnymi klientami supermarketów, choć nawet jedną łapą nie wchodzą do środka (może by i weszły, gdyby nie głupie ludzkie zakazy), na szczęście w sklepach z artykułami dla zwierząt są milej widziane. O ogoniastego i zębiastego klienta walka toczy się ostro, proponując mu karmy dla alergików, dla diabetyków, dla tłuściochów, na problemy z jelitami, wątrobą, nerkami i oczami, dla suk sterylizowanych i matek karmiących, karmy eko, karmy holistyczne – można się pogubić i zginąć z kretesem.

Niektórzy zadają sobie pytanie – czy to wszystko jest psom potrzebne? Przecież one i tak zeżrą co im się da, a potem… no cóż, wszyscy wiemy, a jeśli nie wiemy, to i tak wdepniemy.

To co pożarł nasz pupil jest widoczne w jego futrze, zębach, uszach, oczach, zapachu z pyska i smrodku spod ogona, ale przede wszystkim w odchodach. Prawidłowo żywiony pies nie ma zaparć, biegunek, nie dręczą go gazy i wzdęcia, nie wymiotuje, nie drapie się, nie wygryza „do łysego”, a nawet jeśli z jego mordki nie pachnie fiołkami, to jednak nie jest to gaz bojowy, ani wyziew wulkaniczny (bądźmy szczerzy, człowiekowi z ust też różami nie pachnie). Psia kupa powinna być niewielka, zwarta i mało wonna – oznacza to, iż psiak przyswoił większość składników znajdujących się w misce. Nie domagajmy się jednak, by labrador robił kupki ratlerka, zaś ratlerek mysie bobki – aż tak dobrze nie będzie. Sprzątnąć i tak trzeba, nawet jeśli kupa jest wielkości Himalajów (tylko trzeba wziąć większy woreczek!).

Różnorodność karm i ich cen na sklepowych półkach wynika przede wszystkim z ilości składników w owe karmy „zamieszanych”. I tak do najtańszych należą żarełka, w których tak zwane mięso (czy też składniki pochodzenia zwierzęcego) stanowi zaledwie 30% (bywa, że mniej), zaś 70% to wypełniacze roślinne. Czy jednak nasz pies i krowa to jedno i to samo? Nawet dalmatyńczyk, barwami może i do krowy zbliżony, całą resztą odległy jest od niej o całe lata świetlne. Zaletą takiego jedzenia jest jego cena oraz powszechna dostępność i łatwość podania – po prostu wrzucamy do michy i już. I na wszelki wypadek lepiej się nie zastanawiać, co takiego właśnie pożera nasz czworonóg – dla własnego, psychicznego zdrowia (gwoli ścisłości – kiedy człowiek wcina parówkę, też woli nie myśleć z czego się ona składa!).

Dlaczego w psich puszkach, czy suchych karmach jest tak wiele składników roślinnych? To proste – pozyskanie cennych składników odżywczych pochodzenia zwierzęcego jest zdecydowanie droższe, prościej jest przetworzyć produkty roślinne, które po odpowiedniej obróbce staną się przyswajalne dla psiaków. Można więc powiedzieć, że współcześni producenci gotowych karm są wyjątkowo utalentowani – rośliny zmieniają w (prawie) mięso. Tylko, że to PRAWIE robi WIELKĄ różnicę! Do tego dodają różnorodne „suplementy”: typu mączka mięsno – kostna, mąka sojowa, mąka kukurydziana oraz przede wszystkim cukry, a najczęściej ich tańsze zamienniki (melasa, syrop glukozowo – fruktozowy, sacharoza, sorbitol i inne świństewka), działające jak słodycze – pies zje trochę i… chce jeść jeszcze… i jeszcze…

Nam – ludziom również zdarza się wcinać śmieciowe, fastfoodowe jedzenie i trudno kogokolwiek potępiać za jednorazową wyprawę do hamburgerowego, czy pizzowego raju. Sam fakt jednak, iż nadal żyjemy świadczy o tym, że na co dzień odżywiamy się zdrowiej, gotując samodzielnie, czy też licząc na dobre serce mamusi lub teściowej. Dlaczego więc chcemy fastfoodowo odżywiać naszego zwierza? Bo łatwiej, bo szybciej, bo taniej? A zdrowie gdzie? Zostało w kasie marketu…

Zdarzają się oczywiście karmy lepszej jakości (najczęściej w dobrych sklepach zoologicznych i klinikach weterynaryjnych), z zawartością mięsa 60 – 70%, ich cena jednak nie jest dla każdego, bowiem (przykładowo) 12 zł za 400 g specjalistycznej karmy, kiedy nasz pies potrzebuje dziennie 1200 g, może po prostu ogłuszyć przeciętnego śmiertelnika, a w jego portfelu spowodować przedmuchy nie gorsze od tych w silniku malucha.

Co nam – właścicielom więc pozostaje? Napad na bank w celu zdobycia pieniędzy na lepsze jedzenie? Czy może rezygnacja z mało zapachowego psiego gówienka na rzecz żrących oparów z psiej rury wydechowej wskutek podawania tańszej, marketowej karmy?

Nie tylko. Są jeszcze dwie inne opcje: możemy psu gotować i powiedzmy sobie szczerze, że skoro gotujemy obiad dla całej rodziny, to raczej dalibyśmy radę ugotować i dla psiaka. Albo też możemy przestawić naszego psa na BARF (Biologically Appropriate Raw Food) – żywienie surowym mięsem z dodatkami. 

Metoda BARF została stworzona przez australijskiego weterynarza Iana Billinghursta, w latach 90 – tych XX wieku. Przez wiele lat leczył on psich pacjentów z biegunkami, alergiami i innymi sensacjami pokarmowymi, karmiąc jednocześnie swoje psy karmami komercyjnymi. Kiedy jego domowi pupile również odczuli na sobie problemy trawienne, weterynarz zaczął przemyśliwać nad prawidłowym odżywianiem czworonogów. Doszedł do wniosku, że psy to od milionów lat drapieżni mięsożercy, których podstawą diety było mięcho surowe i do takowego ich układ trawienny się przystosował w naturalny sposób. Dlaczego więc współczesne psiaki miałyby mieć inny układ pokarmowy? Przystosowany do jedzenia resztek z pańskiego stołu i puszkowanego żarcia? Takie stwierdzenie nie ma wg I. Billinghursta racji bytu i można je włożyć między bajki.

Do głównych składników diety BARF należy mięso, kości, wnętrzności, tłuszcz, nadtrawione części roślin, a także inne pożywienie, które zazwyczaj pożerają przedstawiciele gatunku psowatych. Wszystkie te składniki należy odpowiednio zbilansować, wyliczyć dzienną dawkę jedzenia dla naszego psa (w zależności od wieku, aktywności i trybu życia psa dzienna dawka to 2 do 7% jego masy ciała), pamiętając o indywidualnych różnicach między psiakami, nawet tej samej rasy. A potem należy stać się myśliwym… i zdobyć mięso!

W wersji skróconej można zaopatrywać się w sklepach z gotowymi surowymi karmami, gdzie dostaniemy w pełni zbilansowaną, pełnowartościową porcję, którą wystarczy rozmrozić i wrzucić do psiej michy. Ma to jednak swoją cenę. 

Wersja rozszerzona to samodzielne polowanie na mięso (wprawdzie bez łuku, kuszy i harpuna, ale jednak), które należy kupić, zmielić, poporcjować i zamrozić (pamiętając wszakże, iż wieprzowiny nigdy nie podajemy na surowo, ze względu na wirusa, który może być w niej zadomowiony i w efekcie zaszkodzić naszemu psu!). Zakup maszynki elektrycznej do mielenia to wydatek jednorazowy i można go wliczyć w koszty własne przedsięwzięcia „Polowanie”.

Korzyści są bezdyskusyjne – lepsza cena, pełen wgląd w to, co wcina nasz pupil, ładniejsze zęby, bardziej lśniące futro i… mało wonna kupa. Któż z nas nie przyzna, że takową przyjemniej jest zebrać z trawnika?

Nasze psy to smakosze – jeden uwielbia kurczaczka, inny wołowinkę, jeszcze inny do pyska nie weźmie wątróbki, ale już króliczek, czy jagnięcinka to przysmak jakich mało. To do nas – właścicieli należy jednak decyzja czym będziemy nasze ogony karmić – co one lubią, a co mogą jeść. Bywa, że nasz psiur chętnie podjada owoce, warzywka surowe i gotowane, nie gardząc również mleczkiem, serkiem i jogurcikiem. Ba!, jeszcze mlaszcze i oblizuje się ze smakiem! Nic nie stoi na przeszkodzie, by mięsko pomieszać z warzywkiem, a na deser dać psu owoc – jeśli tylko jego żołądek dobrze to znosi. Pamiętajmy jednak, aby każdą żywieniową zmianę wprowadzać powoli, stopniowo dawkując nowe przysmaki i obserwując psie reakcje, a w razie konieczności modyfikować psią dietkę.

Wprowadzając metodę BARF nie bądźmy jednak ekomaniakami – naszym piesom należy się od czasu do czasu wędzone świńskie ucho, prasowany gnatek, czy ciasteczko – w końcu my też od czasu do czasu jadamy ptysia, czy napoleonkę. Ciekawe jest tylko to, że nasze psy równie chętnie jak my pożarłyby napoleonkę i ptysia, a w nas – człowiekach wędzone świńskie ucho, ani prasowana kość jakoś nie budzą entuzjazmu. Czy to oznacza, że w drodze (psi)ewolucji człowiek jednak nie spsiał, zaś pies się uczłowieczył?

in Fraszki
17. 07. 23
posted by: Andrzej Curyło

Trudno związać koniec z końcem,

gdy różnice są rażące.

in Fraszki
17. 07. 22
posted by: Andrzej Curyło

W nocy do męża małżonka:

- Może byś tak użył członka?

- Mogę dać ci tylko kisa,

bo członkowi wszystko zwisa.

in Ludzie
17. 07. 21
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

No, nie wytrzymam. Co pewien czas musisz znieść jakieś zawodowe treści. Od już - liczonego w latach, czasu mam terapie z coraz większą grupą dzieci niemówiących, powiedzmy 3 i kawałek letnich. Jest dziewczynka, niech ma na imię Vanessa, zasób słów zrozumiałych około 6, no może 8. Pozostałe wyrazy zastępuje takim chrząknięciem typu: hm albo km. Dla jasności jej komentarz pewnej ilustracji brzmi: mama i hm am hm. Co należy tłumaczyć: mama i dziecko jedzą lody. Bo: tata hm km oznacza: tata jedzie autem. No to próbuję przez zwierzęta i ich odgłosy. I tu niespodzianka. Pokazuję lisa a Vanessa mówi bardzo wyraźnie: jeloł, pokazuję owcę i słyszę: łajt i tak przez wszystkie posiadane obrazki zwierząt. Okazuje się, że do dziecka mówię ja i bajki uczące podstaw języka angielskiego. Ostatnio miałam osiągnięcie zawodowe i zamieniłam blek, czyli czarne kurczątko, na pi-pi.

Jak się prowadzi kilkanaście sesji terapeutycznych dziennie, to trzeba mieć sporą elastyczność. Patrzę w ostatni dzień przyjęć i tak: dziecko z mpd, opóźniony rozwój mowy, afatyk, dwóch laryngektomowanych, sepleniący, znów afatyk, jąkających się trójka, osoba z nosowaniem, chłopak z przedłużającą się mutacją, chłopak z rotacyzmem i dwoje z wadami zgryzowymi. To np. dziecko z opóźnionym rozwojem mowy ma mamusię, która siedząc przy biurku w gabinecie nie patrzy i nie słucha co robię z jej dzieckiem, ale wyjmuje z torebki „dzieło” Danielle Steel i pogrąża się w lekturze. Spuszczę kurtynę miłosierdzia na innych rodziców, którzy podpowiadają dzieciom prawidłową odpowiedź szeptem, choć siedzimy w trójkę w odległości metra od siebie. Ciekawe czemu w domu nie są tacy chętni żeby odpowiadać na dziecka pytania, albo żeby chociaż je zadawać?

Późno mówiące dzieci, to już prawie epidemia, do tego usprawiedliwiana, nie wiem skąd wziętą, teorią: to chłopak, chłopcy mówią ZAWSZE (!!!!!) później. Tak jakby od tego co miedzy nogami zależała komunikacja. I co z tego, że gdzie się da rozgłaszam - najpóźniej do 26 miesiąca życia dziecko ma się porozumiewać, nie: mówić bez dziecinnej artykulacji, ale porozumiewać, a nie na wszystko wskazywać palcem i mówić :o!

Mam takiego dwulatka, Xawerego zresztą, to ten od: o!. Kiedy go poprosiłam, aby bajeczkę typu parawanik rozłożył, on próbował na niej przesuwać obrazki kciukiem, jak na smartfonie. Był akurat z dziadkiem, poprosiłam aby włączył światło w gabinecie, dziadek wziął chłopca na ręce, a ten próbuje je włączyć kciukiem przesuwając po włączniku. Rodzice, w rozmowie wstępnej, się nie przyznali, że w domu laptop i smartfon są w użyciu bieżącym  a telewizor włączony jest od świtu do nocy. Dopiero dziadek powiedział, że nawet gdy przychodzą goście, nawet gdy jest wigilia, telewizor jest włączony zawsze, a dzieciom każdego dnia daje się – starszemu laptopa do gier, młodszemu smartfon z bajkami i można świętować, żyć, pracować. A że chłopcy nie mówią (pięciolatek mało i z dużymi problemami w artykulacji, 2-latek wcale), to nic, bo „w tej rodzinie chłopcy mówili zawsze późno”.

Taki, prawdę mówiąc, główny problem w mojej pracy z dziećmi polega na tym, że nie nauczono mnie pracować z osobami niezainteresowanymi kontaktem słownym. Różne wymyślane przeze mnie bajeczki, rymowanki, zagadki, nie inspirują dziecka do podjęcia rozmowy- ono chce ruszających się obrazków. Nie jest emocjonalnie dostępne. I rośnie, uczy się, studiuje, potem żeni albo wychodzi za mąż, dzieci ma i zupełnie nie wie co wtedy zrobić, bo nie da się dziecka wyłączyć, nie ma się do dyspozycji siedmiu żyć.. I nie opowiadam Ci tu bajek, tylko konkluzję z wczorajszego dnia. Bo coraz szersza jest grupa rodziców, którzy potrzebują dzieci, nie potrzebujących rodziców.

in Fraszki
17. 07. 16
posted by: Andrzej Curyło

Odstaw na bok sentymenty,

Bo cię mogą dopaść sępy.

in Fraszki
17. 07. 15
posted by: Andrzej Curyło

Dysponujesz długim worem,

znaczy jesteś już seniorem.

17. 07. 14
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Jestem przyzwyczajona, że jak coś lubię albo mi się podoba, to nie są to rzeczy, teksty, miejsca, sprawy, które podobają się większości. I nie chodzi o to, że silę się na oryginalność, dlatego wybieram to, co jest mniej popularne. W zasadzie, to nawet nie znajduję na te upodobania argumentu, ale też zupełnie nie szukam. Przywykłam. Lubię na przykład pełnię księżyca. Dobrze się wtedy czuję, świetnie śpię, mam wyśmienity humor i werwę. Pełnia zawsze kojarzy mi się z podróżą, wyjazdem, urlopem, poznawaniem. Niemcy mają takie określenie Reisefieber, które w najpozytywniejszym znaczeniu kojarzę z pełnią. Lubię miejsca, gdzie życie jest prawdziwe, albo gdzie nie „wszyscy” już byli.

Zdarzyło mi się trzykrotnie wybrać jako cel wyjazdu Czechy. Raz klasycznie - byłam zwiedzać  Pragę. Drugi raz na bogato - był to wyjazd do rezerwatu przyrody, do Slavkovskiego Lesu, a konkretnie… do spa w Mariańskich Łaźniach. Każda, no prawie, kobieta marzy o wyjeździe do spa. Sprawdziłam uprzednio oferty wypoczynkowo-upiększaniowe w swojej okolicy - z grubsza licząc jeden nocleg ze śniadaniem  i obiadokolacją, 30 minut masażu relaksacyjnego, o typie miziania, grota, sauny i basen to koszt 300- 350 zł. Sporo za niezbyt wiele. Nie wikłając Cię w szczegóły - jako koleżanka kierowniczka wyjazdu, wybrałam Mariańskie łaźnie, hotel Richard, z jego świetnym zapleczem wellness& spa oraz namówiłam swoje trzy koleżanki na wspólny 6 dniowy wypad. Cena była zbieżna z ceną weekendu w polskim spa, zabiegi: dużo, długo i wspaniałe. Oczywiście miałyśmy sporo czasu na zwiedzanie i spacery po tym cudnie odrestaurowanym mieście. Za jednym zamachem miałyśmy XIX wiek za oknem i sporo lat mniej na duszy i ciele. Kolejny raz to znów był babski wypad, do Blanska na Morawach, zamieszkałyśmy w fantastycznym pensjonacie U Rechu. Niby pojechałyśmy z dziewczynami, żeby pogadać, ale tak naprawdę to na rejs kanałem Baty (nie wyszło nam tym razem) i na Morawski Kras. Jest to prawdziwy labirynt zalesionych wzgórz i wapiennych wąwozów leżący na północ od Brna. Większość turystów przyjeżdża tu ze względu na jaskinie. Spośród kilkuset tutejszych jaskiń i przepaści, najsłynniejsze są Punkevni Jeskyne. Najpierw, idąc wśród stalaktytów i stalagmitów, dociera się na dno słynnej przepaści Macochy – gigantycznej dziury o głębokości około 140 metrów, powstałej po zawaleniu się stropu pieczary. Panuje tu specyficzny mikroklimat – latem porastająca ściany roślinność sprawia wrażenie tropików. Najwięcej emocji wywołuje spływ łodziami podziemną rzeką Punkvą. Podczas naszego spływania poziom wody był wysoki, więc chcąc przepłynąć, należało się w łódce prawie położyć na plecach. A i tak skalne nawisy drapały nas po wystających częściach ciała (No, kto sobie pomyślał, że po brzuchu?! :-)). Podczas tego wypadu, zawadziłyśmy o Austerliz. Tak, tak, teraz to są Czechy i obecnie obowiązująca nazwa to Slavkov u Brna. Prawda, że podobnie brzmi?;-) Co roku w grudniu, w okolicach zamku odbywa się rekonstrukcja bitwy trzech cesarzy, natomiast  w sierpniu - Letnie Dni Napoleońskie, czyli okazja do świętowania urodzin Napoleona. W tym roku wszystko odbywać się będzie 12 sierpnia. Nie pojadę niestety. W tym terminie zaplanowałam wyjazd na Spisz.

A tak poza tematem, a w zasadzie nie koniecznie: jak to jest, że kraje leżące na podobnej szerokości geograficznej, mające podobny klimat, czy zbliżoną historię wychodzenia z różnych politycznych zakrętów, nie muszą za swe usługi  zdzierać  finansowej skóry bez znieczulenia?  Tak jak to ma miejsce w różnych turystycznych „Mekkach” czy letnich/zimowych „stolicach” naszego kraju…

in Fraszki
17. 07. 09
posted by: Andrzej Curyło

Drogi bracie, droga siostro,

czasem może być za ostro,

więc od razu, za pokutę,

wiążę się kolczastym drutem.

in Fraszki
17. 07. 08
posted by: Andrzej Curyło

Chodzi, pali, kaszle, sapie,

położy się spać, to chrapie.

in Ludzie
17. 07. 07
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Mam tak czasem, że nagle przyjdzie mi do głowy pytanie, pomysł, myśl i nie zdąży się rozgościć, bo jakieś zwykłe lub nie, codzienne albo odświętne sprawy, na to nie pozwolą. Bywają marzenia uparte, nie dające się zbyć słówkiem „kiedyś”, wracające nagminnie. To co, że nierealne? Lub pytania śmieszne i dziecinne, a jednak od wielu lat będące blisko.

Takie pytanie od lat będące w mej głowie to - czy są kobiety kominiarze? Takie kominiarki? To nic, że bez sensu pytanie i wiedza także do niczego mi nie potrzebna. Skoro to, że nie znam odpowiedzi, nie pozwala mi o pytaniu zapomnieć.

Albo marzenie o tym, żeby napisać opowiadanie o pilnym i nieodwołalnym przeniesieniu stolicy do jakiejś zapadłej dziury. O tym  jakie zmiany zachodzą w emocjach, zachowaniu, noszeniu się ludzi tam mieszkających, którzy z „zapadłodziurzan” stają się nagle  mieszkańcami metropolii. Nawet nazwa nowej stolicy już jest. Ale Ci nie zdradzę, bo jak opowiadanie napiszę, to nazwa się przyda.

Od kilku lat mam plan pojechać w październiku do Hortobagy, by przez kilka dni o świcie patrzeć na odloty tysięcy żurawi. Albo, może być wiosną bądź latem, w tym samym miejscu na Węgrzech patrzeć na bezkresne równiny, miraże w upale i szare bydło, które tam żyje, pilnowane przez hajduków i ich psy puli. Niestety, od kilku lat te moje plany są nierealizowane i leżą plackiem w szufladzie z napisem - „kiedyś”.

Szczęście mam, że lubiąc wąwozy, zdarzyło mi się kilka zobaczyć. Byłam kiedyś w tureckim Wąwozie Saklikent. Wciąż pamiętam smużkę błękitu nieba wysoko nad głową. Tak wysoko, że aż się w niej kręciło. I cieszę się, gdy czytam, że w Turcji się uspokaja, więc może kiedyś powtórzymy i Oludeniz i Saklikent i Dalyan z motylami fruwającymi nad nią i żółwiami w rajskiej mnogości tam żyjącymi. Albo może Wąwóz Vikos, piękny grecki zakątek, raczej bez szans na spotkanie mas turystów, bo trasa raczej dla miłośników takich miejsc, a nie typowych wczasowiczów w Grecji, jadących po opaleniznę, a nie po męczące łażenia i widoki na zawsze zapadające w pamięć. Albo marzenie takie, by raz jeszcze zobaczyć Wadi Qelt lub przejść Wąwóz Masca…

Wiem, wiem, jestem w mniejszości. Tych nieszkodliwych marzycieli czasy współczesne wyrzucają na margines. Muszą albo się zmienić, albo stwardnieć albo w ostateczności nie mówić o tym. Przecież to bez wpływu na PKB… Pozwolę sobie pozostać w tej niszy. I tak sobie żyć jak dyktuje mi napis na jednym z T-shirtów: NIC NIE MUSZĘ.